Trzecia Polka na liście śmierci (aktl.)
Anna Brandt to trzecia polska ofiara zamachów. Podobnie jak dwie poprzednie zidentyfikowane ofiary śmiertelne z Polski - Monika Suchocka i Karolina Glueck - znajdowała się na liście "wysokiego ryzyka", co oznacza, że od początku podejrzewano, iż w chwili zamachów była w jednym z miejsc, gdzie ich dokonano.
Mieszkańcy Wągrowca, gdzie mieszkała, nie mogą uwierzyć i pogodzić się z tym, że zginął ktoś, kto "tylko pojechał sobie zarobić". Bliższa i dalsza rodzina Anny Brandt nie chciała rozmawiać z dziennikarzami. Syn ofiary nie chciał też otworzyć drzwi burmistrzowi Wągrowca.
"Chciałem tylko złożyć wyrazy współczucia i powiedzieć, że pomogę sprowadzić zwłoki do Wągrowca. Ale myślę, że on nie chciał ze mną rozmawiać, bo przed domem jest wielu dziennikarzy. I tak się tą rodziną zajmę" - powiedział burmistrz miasta Stanisław Wilczyński.
Nazwisko Anny Brandt kojarzone jest przez wielu mieszkańców Wągrowca. Pamiętają, że kilka lat temu miała razem z rodziną restaurację przy drodze wylotowej na Bydgoszcz.
Znajomi Brandt - większość nie chce podawać nazwiska - mówią, iż oprócz tego, że chciała zarobić, "pokomplikowało się jej życie rodzinne, i to też miało wpływ na decyzję o wyjeździe".
Anna Sass, która przed wyjazdem Brandt do Londynu pracowała z nią w sklepie obuwniczym w centrum Wągrowca, jeszcze kilka dni temu mówiła, że wierzy, iż koleżanka się znajdzie. W środę powiedziała tylko, że "brak jej słów". "Przecież pojechała tylko sobie dorobić. I co, musiała zginąć? Nie mogę rozmawiać... Proszę mnie nie pytać więcej" - dodała.
Dalsza rodzina Anny Brandt jeszcze przed otrzymaniem informacji o jej śmierci zamówiła w jednym z miejscowych kościołów mszę w intencji jej odnalezienia. "Teraz to będzie msza za jej duszę" - mówią mieszkańcy.
Anna Brandt przyjechała do Londynu trzy lata temu. Pracowała jako sprzątająca w dzielnicy Hammersmith. W dniu zamachów wyjechała do pracy około godz. 8. Od tamtej chwili nie było od niej wieści.
W zamachach samobójczych w Londynie zginęło 56 osób.
em, pap