Śmierć uczciwego człowieka

Dodano:
„Na starość chciałbym mieć własną piwnicę na wino. Niczego więcej zresztą od życia nie pragnę. Jeśli mi ślepy los dopisze, pod siedemdziesiątkę uczciwi ludzie uznają mnie za człowieka uczciwego, za winiarza, a więc kogoś, kto wie, gdzie należy umrzeć. Bo nie masz piękniejszej śmierci jak przed piwniczką, pod rozłożystym orzechem, jesienią.”
Te piękne, mądre słowa spisał Węgier, pisarz, autor „Żaru”, „Wyznań patrycjusza”, „Ziemi, ziemi”, „Księgi ziół”, Sandor Marai. Swego czasu, czekając na bolesny zabieg u dentysty przeglądałem w poczekalni porzucony tam, stary numer „Respubliki”. I zaraz, na samym początku trafiłem na taki oto manifest Marai’ego przetłumaczony przez Tadeusza Olszańskiego. Marai, podobnie jak inny wielki madziarski filozof wina, Béla Hamvas był praktycznie nie znany w komunistycznych Węgrzech, skąd wyemigrował w latach 1930. Jego opowieść to upust dany tęsknocie za ojczyzną sprowadzoną metaforycznie do kielicha z winem. Czytałem Marai’ego entuzjastycznie. Piłowanie zębów za ścianą przestało we mnie wywoływać wstręt, bo w wyobraźni siedziałem już pod orzechem i miałem przed sobą pint olaszrizlinga.

„Pint to stara miara, jaką posługiwali się nasi ojcowie. Zawiera półtora litra. Uczciwy Węgier, kiedy doszedł do męskiego wieku, zawsze stawiał sobie przy nakryciu pintową flaszkę. To była jego miara. Przez pokolenia – bez żadnego bólu głowy – tyle wypadało wypić rizlingu, choćby badaczońskiego do kolacji. Inaczej w moich rodzinnych stronach, w okolicach Koszyc, bo tam obojętnie szlachta, czy wozacy pijali tylko szklanicę samorodnego tokaja. Mocniejszego. Jedynie Polacy pili samorodnego, jakby pragnienie pragnęli ugasić.”

A mówi się, że Polak i Węgier to bratanki do szklanki. Może i tak, tylko jak dobrać proporcje. Tymbardziej, że Marai z góry zaznacza: „Wino nie po to jest, aby się upić w sztok. Brzydzę się więc pijanym na równi z wybrednym wstrzemięźliwcem, który dolewa wody mineralnej do wina, aby przyrządzić sobie szprycera.”
Zastanawiam się co też tkwi węgierskiej naturze, że pozwala jednocześnie kochać alkohol i brzydzić się jego nadużywaniem w sposób tak bardzo oczywisty. Czyż to nie Węgier Hamvas nazywał niepijących wina ateistami? Węgierskie myślenie o winie, które tak bardzo chciałbym przyswoić sobie i moim współrodakom kłóci się jednak w znacznej mierze z polską tradycją alkoholową. Co bowiem powiecie Państwo na taki ustęp: „Na winobranie zaproszę gości, ale takich, co to niespecjalnie lubią głośną muzykę, nie chcą się znać na polityce i potrafią milczeć pod moim rozłożystym orzechem.” Gdzież tu miejsce na sarmacką witalność, pohukiwania po trzecim kieliszku i dzikie ryki po pierwszej flaszce?

„Będziemy pili wino, patrząc na okolicę i ostrożnie ważąc słowa. Bo wino nie znosi gadatliwości. Jest to życiowa mądrość. Taka sama jak fakt, że gadatliwy człowiek nie jest na wino odporny, szybko traci głowę.” I tu zdaje się dotykamy sedna problemu, nawet jeśli niejeden z Was obrazi się na aluzję jakoby Polak głowy do alkoholu nie miał. „Będziemy więc mądrzy winem, które pić będziemy drobnymi łykami, delektując się nim, smakując. I z całym spokojem, ze wzruszeniem ramion jedynie, będziemy zdolni oceniać wyroki tego świata. Gdyż cała mądrość, którą Węgier nabył z wina i wszelkich szkół swoich sprowadza się w końcu do jednego: trzeba kochać życie i nie przejmować się wyrokami losu.”
I cóż można więcej dodać?
Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...