Przedstawienie Koizumiego
Koreańczycy obrazili się, ale nie za bardzo. Jeszcze z Japończykami rozmawiają. Chodzi o kamień, własność Korei, który znajduje się... gdzie? W Jasukuni, oczywiście. Wchodząc do świątyni w centrum Tokio można było od dawna spotkać koreańskich mnichów. Jasukuni, przypomnijmy, to świątynia wynosząca na ołtarze dusze wszystkich Japończyków poległych w wojnach. Wśród nich jest 14 skazanych na śmierć zbrodniarzy klasy A. Fakt ten był przedmiotem kilku kryzysów koreańsko-chińsko-japońskich. Nie przeszkadza to jednak w zaglądaniu tam koreańskim mnichom, którzy pilnują kamienia nazywanego Bukgwandaecheopbi. Kamień to symbol zwycięstwa Koreańczyków nad Japończykami w XVI wieku. Teraz rząd w Seulu chce go odzyskać i, tutaj znowu zaskoczenie, przekazać rządowi w Phenianie. Warto przy tym przypomnieć, że komunistyczny rząd KRLD także jest przeciw wizytom "tego psa Koizumiego" w Jasukuni.
Chiny też trochę się obraziły. Niby odwołali wizytę szefa dyplomacji, ale nie odwołali konsultacji w sprawie reformy ONZ. Rozmowy mają tyczyć sprawy poważnej, czyli azjatyckiego szefa ONZ. Tak więc Chińczycy obrazili się trochę na pokaz, a w rzeczywistości - także spodziewali się wizyty w Jasukuni. Zresztą teatralność polityki w Azji jest na porządku dziennym. Z tą różnicą, że tam politycy posądzeni o korupcję w swej teatralności strzelają sobie w łeb.
Grzegorz Sadowski