Marsjańska prowincja
Obraz rosyjskiej prowincji świetnie oddał Wieniedikt (nie mylić w Wiktorem) Jerofiejew w książce "Moskwa-Pietuszki". Jego Rosja była ciągle pijana, ale miała też fantazję, niekończące się rozterki życiowe przeplatały się z prostymi rozrywkami. Ten obraz był autentycznie rosyjski, niepodobny do niczego innego - nawet w Polsce, kraju także zamieszkanym przez Słowian, którzy nie wylewają za kołnierz, nie ma tego rozmachu, tej niczym nieograniczonej chęci zabawy.
Rosji Jerofiejewa w "Marsie" nie ma prawie w ogóle - przebija chwilami w scenach z dziewczyną o najdłuższym warkoczu na świecie, ale oprócz niej Rosjanie żyją już w innym świecie. Problem w tym, że ten świat jest bardzo nieciekawy i nie zasługuje na to, aby go pokazywać w kinach. Bo czym tu się zachwycać? Bankrutującą fabryką zabawek? Kultem Putina? Pogonią za mitem szczęśliwego życia w wielkim mieście? Polacy, przechodzący podobne zmiany ustrojowe, wszystko to znają, oglądali to w dziesiątkach filmów, które powstały u nas w latach 90.
"Mars" ma tylko jedną wartość - pokazuje, że wszędzie przechodzenie od socjalizmu do kapitalizmu jest trudne. Problemy, które kiedyś były (i po części ciągle są) naszym udziałem, dotykają także Rosjan. Tylko że to było wiadomo, zanim jeszcze upadł Mur Berliński.
Agaton Koziński
"Mars" reż. Anna Melikian, Rosja, 2004