Marsjańska prowincja

Dodano:
Życie w Marsie to koszmar. Oglądanie "Marsa" nie pozostawia dużo lepszego wrażenia.
Miasto Mars to wytwór zmian, jakie przechodzi Rosja. W czasach komunizmu miasto nazywało się Marks. Po upadku dawnego ustroju zaczęto szukać nowej formy. Mimo zmiany nazwy nowej tożsamości ciągle nie udało mu się znaleźć, a jedynym pomysłem jego mieszkańców na szczęśliwe życie to ucieczka do Moskwy.

Obraz rosyjskiej prowincji świetnie oddał Wieniedikt (nie mylić w Wiktorem) Jerofiejew w książce "Moskwa-Pietuszki". Jego Rosja była ciągle pijana, ale miała też fantazję, niekończące się rozterki życiowe przeplatały się z prostymi rozrywkami. Ten obraz był autentycznie rosyjski, niepodobny do niczego innego - nawet w Polsce, kraju także zamieszkanym przez Słowian, którzy nie wylewają za kołnierz, nie ma tego rozmachu, tej niczym nieograniczonej chęci zabawy.

Rosji Jerofiejewa w "Marsie" nie ma prawie w ogóle - przebija chwilami w scenach z dziewczyną o najdłuższym warkoczu na świecie, ale oprócz niej Rosjanie żyją już w innym świecie. Problem w tym, że ten świat jest bardzo nieciekawy i nie zasługuje na to, aby go pokazywać w kinach. Bo czym tu się zachwycać? Bankrutującą fabryką zabawek? Kultem Putina? Pogonią za mitem szczęśliwego życia w wielkim mieście? Polacy, przechodzący podobne zmiany ustrojowe, wszystko to znają, oglądali to w dziesiątkach filmów, które powstały u nas w latach 90.

"Mars" ma tylko jedną wartość - pokazuje, że wszędzie przechodzenie od socjalizmu do kapitalizmu jest trudne. Problemy, które kiedyś były (i po części ciągle są) naszym udziałem, dotykają także Rosjan. Tylko że to było wiadomo, zanim jeszcze upadł Mur Berliński.

Agaton Koziński

"Mars" reż. Anna Melikian, Rosja, 2004

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...