Kredyt, czyli czysty zysk
Dodano:
Zaledwie 35 proc. polskich gospodarstw domowych ma kredyt bankowy. Piszę „zaledwie”, bo w USA aż 95 proc. rodzin kupuje na kredyt
Jesteś w błędzie, jeśli sądzisz, że dobrze robisz, starając się jak najszybciej pozbyć bankowego długu, szczególnie kredytu długoterminowego. Kredyt jest po to, żeby z niego korzystać, a czym dłuższy termin spłaty, tym lepiej.
Mój ojciec był krakowskim mieszczaninem, urodzonym w drugiej dekadzie ubiegłego wieku. Nie pamiętam, aby cokolwiek kupił na raty. O zaciąganiu jakichkolwiek długów też nie było mowy. Można by rzec, że to był przedwojenny człowiek, a dzisiaj myślimy zupełnie inaczej. Czyżby?
Można o niej powiedzieć bez wahania, że jest kobietą sukcesu. Nietuzinkowa osobowość, niezwykła uroda, zadbana, bardzo aktywna, optymistycznie nastawiona do życia i ludzi, kilka lat przed czterdziestką. Własna, mała, ale dobrze prosperująca firma kosmetyczna w prestiżowym miejscu w Warszawie. Współpracuje z firmami na Zachodzie i Wschodzie. Non stop podąża za światowymi trendami. Do czego się nie zabierze, jest w stanie zamienić to w gotówkę. Kiedyś zapytałem z głupia frant: - Czy masz bankowe długi?
- Zwariowałeś!
Hm, pomyślałem. Pasuje jak ulał do mojej tezy...
- A gdybyś miała kredyt - ciągnąłem - powiedzmy na 20 lat i wolną gotówkę, czy spłaciłabyś dług najszybciej, jak się da?
- Oczywiście!
Jeśli tak mówi kobieta biznesu, to nietrudno sobie wyobrazić, jaki stosunek do kredytu mają ludzie pracy najemnej, często żyjący pod presją niepewności jutra. A takich jest większość.
Statystyki są jednoznaczne. Zaledwie 35 proc. polskich gospodarstw domowych ma bankowy kredyt. Piszę „zaledwie”, bo w USA aż 95 proc. rodzin kupuje w ten sposób. I jeszcze jedno porównanie: w USA i Niemczech kredyty dla firm i osób prywatnych przeznaczone na zakup nieruchomości to równowartość 53 proc. produktu krajowego brutto. W Polsce... zaledwie 2 proc. To prawda, że i kraj, i poziom bezrobocia nie ten. Jest to jednak, jak sądzę, w znacznej mierze konsekwencja naszej mentalności.
Moja teza jest następująca:
Po pierwsze: boimy się kredytów, bierzemy je wówczas, kiedy znajdujemy się w sytuacji traktowanej jako przymusowa.
Po drugie: kiedy tylko mamy nadwyżkę finansową, pędzimy do banku, aby jak najszybciej spłacić dług.
Wasz autor urodził się w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku i chyba trochę na przekór swojemu ojcu wybrał model zupełnie przeciwstawny: kredyt jest po to, aby sfinansować nie tylko to, czego nie jestem w stanie kupić za gotówkę, ale także po to, by mieć wolne pieniądze na inwestycje osobiste.
Czy jest to filozofia słuszna? Być może z punktu widzenia emocjonalnego - nie. Jednak jeśli spojrzymy na tę filozofię przez pryzmat wyliczeń, sytuacja wygląda zupełnie inaczej.
Przyjmijmy okrągłą kwotę naszych długów
- 100 tys. zł. Powiedzmy, że w tym mieści się kredyt samochodowy, mieszkaniowy i konsumpcyjny. Zadłużenie możemy zamienić na dostępny na rynku kredyt konsolidacyjny rozłożony np. na 25 lat, który kosztuje 5,9 proc. w skali rocznej. Przy ratach stałych całkowity jego koszt wyniesie 91 460 zł, czyli 91,46 proc. wartości kapitału. To dużo. Ale jeśli podzielimy te odsetki przez 25 lat, to okaże się, że rzeczywisty roczny, uśredniony koszt długu wyniósł zaledwie 3,6 proc.
Tymczasem ostatnia rentowność 26-tygodniowych bonów skarbowych wynosi 5,7 proc. Idźmy dalej. Ponad trzydziestoprocentowe zwroty z inwestycyjnych funduszy zrównoważonych i osiemdziesięcioprocentowe z funduszy akcji w skali ostatniego roku nie należały wcale do rzadkości.
I oto jest odpowiedź, czy warto spłacać wcześniej kredyty, nawet jeśli Będzie to kredyt mieszkaniowy, z oprocentowaniem w wysokości 7,52 pkt. Wówczas, przy 25-letnim okresie spłaty średni roczny koszt wyniósłby 4,8 proc. Czy może lepiej pomyśleć, jak mądrze zainwestować wolne pieniądze? Tak więc kto chce, niech niesie nadwyżki finansowe do banku, aby jak najszybciej pozbyć się długu. Ja tego nie zrobię.
Mój ojciec był krakowskim mieszczaninem, urodzonym w drugiej dekadzie ubiegłego wieku. Nie pamiętam, aby cokolwiek kupił na raty. O zaciąganiu jakichkolwiek długów też nie było mowy. Można by rzec, że to był przedwojenny człowiek, a dzisiaj myślimy zupełnie inaczej. Czyżby?
Można o niej powiedzieć bez wahania, że jest kobietą sukcesu. Nietuzinkowa osobowość, niezwykła uroda, zadbana, bardzo aktywna, optymistycznie nastawiona do życia i ludzi, kilka lat przed czterdziestką. Własna, mała, ale dobrze prosperująca firma kosmetyczna w prestiżowym miejscu w Warszawie. Współpracuje z firmami na Zachodzie i Wschodzie. Non stop podąża za światowymi trendami. Do czego się nie zabierze, jest w stanie zamienić to w gotówkę. Kiedyś zapytałem z głupia frant: - Czy masz bankowe długi?
- Zwariowałeś!
Hm, pomyślałem. Pasuje jak ulał do mojej tezy...
- A gdybyś miała kredyt - ciągnąłem - powiedzmy na 20 lat i wolną gotówkę, czy spłaciłabyś dług najszybciej, jak się da?
- Oczywiście!
Jeśli tak mówi kobieta biznesu, to nietrudno sobie wyobrazić, jaki stosunek do kredytu mają ludzie pracy najemnej, często żyjący pod presją niepewności jutra. A takich jest większość.
Statystyki są jednoznaczne. Zaledwie 35 proc. polskich gospodarstw domowych ma bankowy kredyt. Piszę „zaledwie”, bo w USA aż 95 proc. rodzin kupuje w ten sposób. I jeszcze jedno porównanie: w USA i Niemczech kredyty dla firm i osób prywatnych przeznaczone na zakup nieruchomości to równowartość 53 proc. produktu krajowego brutto. W Polsce... zaledwie 2 proc. To prawda, że i kraj, i poziom bezrobocia nie ten. Jest to jednak, jak sądzę, w znacznej mierze konsekwencja naszej mentalności.
Moja teza jest następująca:
Po pierwsze: boimy się kredytów, bierzemy je wówczas, kiedy znajdujemy się w sytuacji traktowanej jako przymusowa.
Po drugie: kiedy tylko mamy nadwyżkę finansową, pędzimy do banku, aby jak najszybciej spłacić dług.
Wasz autor urodził się w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku i chyba trochę na przekór swojemu ojcu wybrał model zupełnie przeciwstawny: kredyt jest po to, aby sfinansować nie tylko to, czego nie jestem w stanie kupić za gotówkę, ale także po to, by mieć wolne pieniądze na inwestycje osobiste.
Czy jest to filozofia słuszna? Być może z punktu widzenia emocjonalnego - nie. Jednak jeśli spojrzymy na tę filozofię przez pryzmat wyliczeń, sytuacja wygląda zupełnie inaczej.
Przyjmijmy okrągłą kwotę naszych długów
- 100 tys. zł. Powiedzmy, że w tym mieści się kredyt samochodowy, mieszkaniowy i konsumpcyjny. Zadłużenie możemy zamienić na dostępny na rynku kredyt konsolidacyjny rozłożony np. na 25 lat, który kosztuje 5,9 proc. w skali rocznej. Przy ratach stałych całkowity jego koszt wyniesie 91 460 zł, czyli 91,46 proc. wartości kapitału. To dużo. Ale jeśli podzielimy te odsetki przez 25 lat, to okaże się, że rzeczywisty roczny, uśredniony koszt długu wyniósł zaledwie 3,6 proc.
Tymczasem ostatnia rentowność 26-tygodniowych bonów skarbowych wynosi 5,7 proc. Idźmy dalej. Ponad trzydziestoprocentowe zwroty z inwestycyjnych funduszy zrównoważonych i osiemdziesięcioprocentowe z funduszy akcji w skali ostatniego roku nie należały wcale do rzadkości.
I oto jest odpowiedź, czy warto spłacać wcześniej kredyty, nawet jeśli Będzie to kredyt mieszkaniowy, z oprocentowaniem w wysokości 7,52 pkt. Wówczas, przy 25-letnim okresie spłaty średni roczny koszt wyniósłby 4,8 proc. Czy może lepiej pomyśleć, jak mądrze zainwestować wolne pieniądze? Tak więc kto chce, niech niesie nadwyżki finansowe do banku, aby jak najszybciej pozbyć się długu. Ja tego nie zrobię.