Certyfikat na świetlaną przyszłość

Dodano:
Na dwa tygodnie przed wejściem do Unii Europejskiej w wielu polskich przedsiębiorstwach zapanowała gorączka. Kto tylko może, stara się jeszcze w kwietniu zdobyć certyfikaty i pozwolenia niezbędne w zjednoczonej Europie. Jednak wielu przedsiębiorców woli poczekać z przygotowaniami, by sprawdzić, czy zmiany rzeczywiście będą tak poważne
Właściciele i menedżerowie polskich firm mają ciężki orzech do zgryzienia. Czasu jest coraz mniej, a wątpliwości nie brakuje. Czy zmiany w sposobie prowadzenia biznesu rzeczywiście będą aż tak głębokie? Czy zachodni konkurenci zaczną szturmować Polskę? I czy firmy, które dobrze radziły sobie w polskich realiach, są przygotowane na nowe otwarcie?

Certyfikaty na zdrowie
Na razie jedno wiadomo na pewno: największe kłopoty mogą spotkać te polskie firmy, które na czas nie zaczną spełniać norm unijnych i nie zdobędą koniecznych certyfikatów. Najgłośniejszy przykład to oznaczenie CE, które zaświadcza, że wyrób jest bezpieczny - suszarka elektryczna nie porazi prądem, a zabawka nie ma ostrych krawędzi, które mogłyby zranić rączkę dziecka. Na rynku unijnym wolno sprzedawać tylko wyroby spełniające wspólnotowe normy bezpieczeństwa, opisane aż w 21 dyrektywach. Stosowany dotychczas krajowy znak bezpieczeństwa B przestanie obowiązywać i producenci, którzy nie spełnią norm unijnych, będą musieli opuścić rynek.
Co to oznacza? - Po wejściu do UE prawie połowa firm działających na polskim rynku wyrobów medycznych przestanie istnieć - obawia się Piotr Kostro, prezes Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Wyrobów Medycznych "Polmed".
- Jednym z kluczowych problemów jest brak w kraju firmy nadającej certyfikat CE - dodaje. To być albo nie być dla wielu wytwórców i dostawców sprzętu medycznego. Dla niecierpliwych pozostają starania o zdobycie certyfikatu za granicą - droższe i bardziej czasochłonne.
CE to tylko jedna z setek unijnych "nowinek", które muszą pojawić się w polskich firmach. W tych dniach jak w ukropie uwijają się m.in. krajowi producenci leków, którzy pragną zarejestrować specyfiki jeszcze przed majem. W ten sposób gwarantują sobie patent na lek wyprodukowany w kraju. Brak rejestracji dla spóźnialskich oznaczać może nawet koniec produkcji, jako że z początkiem maja zaczną obowiązywać patenty unijne. Nieopatentowany w UE polski lek zastąpiony zostanie na aptecznych półkach przez produkty ze wspólnoty.

Mięso sobie radzi...
W branży spożywczej chyba najwięcej emocji wzbudza sytuacja zakładów mięsnych. Dużo mówiło się o konieczności administracyjnego wstrzymywania produkcji i zamykania firm. Problem miałby dotyczyć nawet tysiąca firm - często tych najmniejszych, zaopatrujących pojedyncze sklepy.
- Sytuacja wcale nie jest taka dramatyczna - uspokaja Jacek Leonkiewicz, radca głównego weterynarza kraju. - W połowie stycznia tego roku główny weterynarz podpisał stosowne instrukcje dotyczące nadzoru - dodaje. W praktyce oznacza to rozszerzenie listy zakładów, które mogą starać się o dodatkowy okres przejściowy. - Zdążyliśmy i jeszcze wykorzystujemy ostatnie tygodnie - mówi Leonkiewicz.
Według ostatnich szacunków, po 1 maja z krajowej mapy zakładów mięsnych może zniknąć 300-400 zakładów, przede wszystkim ubojni. Szanse na przetrwanie, nawet mimo niedostosowania się do norm unijnych w zakresie uboju, mają przedsiębiorstwa o szerszym profilu działalności. Komisja Europejska może przyznać tym firmom dodatkowo od 6 do 12 miesięcy na przystosowanie się do nowych wymogów. Wiele z nich liczy na możliwość prowadzenia produkcji w ramach tzw. sprzedaży bezpośredniej, czyli sprzedaży wyrobów domowych np. na bazarach i targach.

Mleko jest wzburzone...
Gorzej wygląda dziś sytuacja branży mleczarskiej. W Polsce jest 398 mleczarni. Tylko 55 spełnia wszystkie wymagania unijne i ma prawo eksportować do UE. 166 miało je spełnić do dnia akcesji, ale 33 oświadczyły, że nie zdążą, a 24 prawdopodobnie otrzymają 12-miesięczne okresy przejściowe. Wcześniej 109 przyznano okresy przejściowe do końca 2006 r. Te, które nie uzyskały okresów przejściowych, zostaną zlikwidowane.
- Mleczarstwo zmuszono do wielkiego wysiłku - oceniają ludzie z tej branży. Dało to pozytywne skutki. Przykładem może służyć Okręgowa Spółdzielnia Mleczarska w Giżycku. Tam wyeksploatowane maszyny zastąpiono zautomatyzowanymi liniami produkcyjnymi, zmodernizowano hale produkcyjne, utwardzono drogi, udrożniono kanalizację, poprawiono system wentylacyjny i elektryczny, wybudowano przed wejściami do działów szatnie i śluzy z umywalkami automatycznie włączającymi wodę i oczywiście przeszkolono załogę.
Ogromna presja, jakiej poddaje się mleczarstwo, wymusi jego gruntowną restrukturyzację i koncentrację. Eksperci oceniają, że liczba podmiotów w branży może zmaleć nawet
10-krotnie, a zatrudnienie z obecnych ok. 80 tys. spadnie do ok. 50 tys.

...a oscypek staje się symbolem
- Można ubolewać nad niewystarczającym wykorzystaniem, szczególnie przez drobnych producentów, możliwości rejestracji regionalnych wyrobów o starych i oryginalnych recepturach, takich jak podhalański oscypek - zauważa Hubert Janiszewski z Polskiej Rady Biznesu.
Rzeczywiście, ci producenci obudzili się późno, ale mają konkretny plan działania. Właśnie powołali Polską Izbę Produktów Regionalnych i Lokalnych (PIPRiL) i będą próbowali pokazać Unii, co to znaczy domowy pasztet z zająca. - Nasz rolnik nauczył się sprzedawać swoje wyroby jako surowiec, teraz przyszła pora, by zaczął sprzedawać także to, co przygotowuje się w jego kuchni - mówi Mieczysław Rusak, przewodniczący PIPRiL.
Rusak ma nadzieję, że w izbie uda się zarejestrować nie tylko prawdziwy polski bigos, ale i specjalne odmiany ziemniaka, polskie miody, powidła, nalewki i wina owocowe. W wielkich mleczarniach, podlegających surowym unijnym rygorom sanitarnym, nie można robić sera z mleka niepasteryzowanego, tymczasem ser jako produkt lokalny można będzie zrobić właśnie z mleka prosto od krowy - podkreśla Rusak.

Chaos pod maską
O ile żywność ma "furtkę" w postaci produktów regionalnych czy lokalnych, to części samochodowe muszą być od 1 maja w pełni uniwersalne - tego dnia stosowany dotychczas certyfikat bezpieczeństwa B ustąpi miejsca unijnej homologacji. Największy problem mają wytwórcy okładzin do klocków hamulcowych, których jest wiele rodzajów. Większość firm czekała do ostatniej chwili, tymczasem jedynym podmiotem uprawnionym w Polsce do prowadzenia homologacji jest Przemysłowy Instytut Motoryzacji (PIMot). Procedura może trwać nawet pół roku, a chętnych jest kilka tysięcy. Koszt homologacji dla jednego rodzaju okładzin to ok. 8 tys. zł. Przy wielu rodzajach koszty mogą sięgnąć kilkudziesięciu, a nawet kilkuset tysięcy złotych. Dla małych firm - wielki problem, który może się skończyć nawet wyeliminowaniem z rynku.
- Zapytaliśmy resorty infrastruktury i gospodarki, czy możemy tworzyć konsorcja producenckie i wspólnie występować o homologację. Dostaliśmy odpowiedź odmowną, a przecież w innych krajach unijnych jest to normalna procedura - skarży się Antoni Dąbrowski, prezes Stowarzyszenia Producentów Części Motoryzacyjnych. - Taka postawa urzędników bije nie tylko w nas, ale i w polskie instytucje certyfikujące. Przecież po 1 maja możemy uzyskiwać homologacje w dowolnym kraju unijnym. Będziemy to robić tam, gdzie najtaniej i najwygodniej - zapowiada Dąbrowski.
Zaledwie 30 proc. uczestników badania BusinessWeeka wierzy w perspektywy rozwoju biznesu po przystąpieniu do Unii Europejskiej. Przeważają pesymistyczne scenariusze związane z sytuacją gospodarczą po akcesji (większa konkurencja, więcej upadłości, bardziej restrykcyjne przepisy). Czy są to słuszne obawy, okaże się już za parę miesięcy.

Co jeszcze możesz zrobić
Na pięć minut przed wejściem do Unii Europejskiej przedsiębiorcy mają ostatnią szansę, by zastanowić się, co jeszcze mogą zmienić w swojej działalności. Eksperci radzą im, by wzięli sprawy w swoje ręce.
- Radziłbym sporządzić dwie listy - mówi Krzysztof Kania z PKPP. - Pierwszą - certyfikatów i zezwoleń, które będą potrzebne do prowadzenia działalności, zwłaszcza eksportowej, ale także na rynku krajowym, by z niego nie wypaść i sprostać nowej konkurencji. Drugą - możliwości finansowania. Warto przyjrzeć się funduszom przedakcesyjnym i sprawdzić, jaka jest szansa skorzystania z dotacji inwestycyjnych.
- Namawiałbym każdego przedsiębiorcę, by spróbował sobie odpowiedzieć na strategiczne pytanie: czy chce i może prowadzić ekspansję na rynki sąsiednie - dodaje Marek Kłoczko z Krajowej Izby Gospodarczej. - Jeśli odpowiedź jest negatywna, to trzeba wziąć pod uwagę, że nawet jeśli przedsiębiorca ograniczy się do rynku krajowego, to po 1 maja wejdą tu firmy zagraniczne ze swoimi produktami, może lepszymi i tańszymi... - zauważa Kłoczko.

Niespokojnie w ulach
Cała ta unijna gorączka nakręca koniunkturę, ale nie nam, pszczelarzom - mówi Krzysztof Patalas, z firmy Eko-Barć ze wsi Biernatka w Pomorskiem. Zyskają cukrownie i cementownie - dodaje.
Krajowych bartników czeka kosztowna modernizacja hal, w których wirują i rozlewają miody. Ściany pomieszczeń muszą wyłożyć kafelkami. Drewniane kadzie do przechowywania miodu trzeba zamienić na wykonane ze stali kwasoodpornej. Wedle nowych norm sanitarnych, dotychczasowa impregnacja kadzi spożywczym lakierem i woskiem już nie wystarczy.
- Dla dużej pasieki, a za takie uważa się mające co najmniej 150 uli, oznacza to wydatek rzędu 200 tys. zł - liczy Patalas. Takich pasiek jest w kraju ok. 150. To spory wydatek zważywszy na to, że jeszcze dwa lata temu nikt pszczelarzom nie mówił o nadchodzących zmianach.
- Pierwsze pogłoski pojawiły się rok temu, ale wówczas były bardzo mgliste. Tak naprawdę do dzisiaj nie wiemy, co i w jakim czasie musimy zrobić. Inspektorzy weterynaryjni, których nadzorowi od niedawna podlega nasza produkcja, również są bezradni. Niewiele mogą nam powiedzieć na temat czekających nas zmian i związanych z nimi wydatków - mówi bartnik z Biernatki.
Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...