Niechlubny początek budowania "twardego jądra"
Dodano:
Francja i Niemcy coraz śmielej ingerują w europejską gospodarkę. Polityczne przepychanki towarzyszą fuzjom i przejęciom -komentuje John Rossant
Niemcy i Francja budują blok, który ma im pomóc w utrzymaniu wpływów w Europie
Co fuzja we francuskim przemyśle farmaceutycznym ma wspólnego z przyszłością Europy? Z pozoru niewiele. 26 kwietnia, kiedy Jean-Francois Dehecq, szef Sanofi-Synthelabo, ogłosił, że jego firma wygrała wojnę o przejęcie konkurencyjnej francuskiej spółki
Aventis, z entuzjazmem mówił o perspektywach rysujących się przed nową grupą: powstanie trzeci pod względem wielkości producent leków na świecie z budżetem na badania w wysokości 4,5 miliarda USD. A, jeszcze jeden drobiazg, siedzibą firmy będzie Paryż.
Dehecq nie wspomniał jednak, jak doszło do tej fuzji. Francuski rząd nie chciał dopuścić, by Aventis wpadł w ręce szwajcarskiego Novartisu, i nalegał, by transakcja odbyła się między podmiotami francuskimi. Szczegóły umowy wynegocjowano w budynku Ministerstwa Finansów. Prezydent Jacques Chirac chciał powstania narodowego giganta farmaceutycznego, a kto lepiej nadawał się do realizacji tego zadania niż jego długoletni przyjaciel Dehecq? Nieważne, że fuzję wartą 64 miliardy dolarów trudno uzasadnić. Nieważne, że popsuje ona wizerunek Francji jako miejsca do inwestowania. "Jeżeli chodzi o ingerencję rządu w gospodarkę, stało się bardzo, bardzo źle" - martwi się Bernard Gilly, szef funduszu inwestującego w spółki biotechnologiczne. - Sądziłem, że tego typu interwencje zmarły śmiercią naturalną 6-7 lat temu - mówi.
Są one jednak częścią tego, co niektórzy niemieccy i francuscy politycy określają mianem "twardego jądra" Europy. Nie chodzi tu o Unię Europejską, która z dniem 1 maja i przyjęciem 10 nowych państw zwiększyła liczbę członków do 25. Nie, dotyczy to węższego bytu, opartego na Francji i Niemcach, z Hiszpanią, krajami Beneluksu, a także z Włochami pełniącymi funkcję wspomagającą. Kraje "twardego jądra" dystansują się do proamerykańskich Brytyjczyków z ich inklinacjami do wolnorynkowych rozwiązań i nieufnie traktują państwa Europy Środkowej.
Jakie zasady obowiązują w tej grupie? Po pierwsze, rodzaj łagodnego protekcjonizmu, który sprzyja tworzeniu silnych narodowych koncernów i - kiedy to konieczne - stosuje rynkowe metody, by osiągnąć swoje cele. Kolejna cecha: determinacja, by ograniczyć wpływy amerykańskie i tak naginać unijne regulacje, by służyły interesom europejskiego centrum, nawet kosztem reszty bloku. Wystarczy przypomnieć, jak Francja i Niemcy uniknęły w listopadzie ubiegłego roku konsekwencji za złamanie unijnych zasad dotyczących deficytu budżetowego.
Chirac i Schroder poczuli wiatr w żaglach po zamachach w Madrycie, które dwa dni później zaowocowały wyborczym zwycięstwem socjalistów i zmianą o 180 stopni polityki Madrytu - zbliżeniem z Francją i Niemcami kosztem Wielkiej Brytanii i USA. Niemal z dnia na dzień Paryż i Berlin wzmocniły swoją pozycję w walce o przyszłość Europy. Ta zmiana skutkuje postępującą izolacją brytyjskiego premiera Tony`ego Blaira.
Politycy bezkarnie ingerujący w gospodarkę to w Europie nic nowego. Nie jest to jednak powód do radości. Po uratowaniu przemysłowego giganta - firmy Alstom - Paryż zmusił francuskie banki, by renegocjowały kwestie jego zadłużenia. Rzym usiłuje ratować Alitalię. Niemieccy politycy chcą, by nowi członkowie UE podnieśli u siebie podatki korporacyjne, dostosowując je w ten sposób do wyższego poziomu obowiązującego w Niemczech i Francji. Daniel Gros, szef Centrum Europejskich Studiów Politycznych w Brukseli, uważa, że to osłabiona Komisja Europejska pozwala Paryżowi i Berlinowi hamować zmiany. Jak jednak dodaje, "jeśli "twarde jądro Europy" ma oznaczać zgodę na myślenie, że to, co dobre dla Paryża i Berlina, jest dobre dla wszystkich, to ten model się nie sprawdzi". To jednak nie przeszkadza Paryżowi i Berlinowi w podejmowaniu takich prób.
John Rossant
Co fuzja we francuskim przemyśle farmaceutycznym ma wspólnego z przyszłością Europy? Z pozoru niewiele. 26 kwietnia, kiedy Jean-Francois Dehecq, szef Sanofi-Synthelabo, ogłosił, że jego firma wygrała wojnę o przejęcie konkurencyjnej francuskiej spółki
Aventis, z entuzjazmem mówił o perspektywach rysujących się przed nową grupą: powstanie trzeci pod względem wielkości producent leków na świecie z budżetem na badania w wysokości 4,5 miliarda USD. A, jeszcze jeden drobiazg, siedzibą firmy będzie Paryż.
Dehecq nie wspomniał jednak, jak doszło do tej fuzji. Francuski rząd nie chciał dopuścić, by Aventis wpadł w ręce szwajcarskiego Novartisu, i nalegał, by transakcja odbyła się między podmiotami francuskimi. Szczegóły umowy wynegocjowano w budynku Ministerstwa Finansów. Prezydent Jacques Chirac chciał powstania narodowego giganta farmaceutycznego, a kto lepiej nadawał się do realizacji tego zadania niż jego długoletni przyjaciel Dehecq? Nieważne, że fuzję wartą 64 miliardy dolarów trudno uzasadnić. Nieważne, że popsuje ona wizerunek Francji jako miejsca do inwestowania. "Jeżeli chodzi o ingerencję rządu w gospodarkę, stało się bardzo, bardzo źle" - martwi się Bernard Gilly, szef funduszu inwestującego w spółki biotechnologiczne. - Sądziłem, że tego typu interwencje zmarły śmiercią naturalną 6-7 lat temu - mówi.
Są one jednak częścią tego, co niektórzy niemieccy i francuscy politycy określają mianem "twardego jądra" Europy. Nie chodzi tu o Unię Europejską, która z dniem 1 maja i przyjęciem 10 nowych państw zwiększyła liczbę członków do 25. Nie, dotyczy to węższego bytu, opartego na Francji i Niemcach, z Hiszpanią, krajami Beneluksu, a także z Włochami pełniącymi funkcję wspomagającą. Kraje "twardego jądra" dystansują się do proamerykańskich Brytyjczyków z ich inklinacjami do wolnorynkowych rozwiązań i nieufnie traktują państwa Europy Środkowej.
Jakie zasady obowiązują w tej grupie? Po pierwsze, rodzaj łagodnego protekcjonizmu, który sprzyja tworzeniu silnych narodowych koncernów i - kiedy to konieczne - stosuje rynkowe metody, by osiągnąć swoje cele. Kolejna cecha: determinacja, by ograniczyć wpływy amerykańskie i tak naginać unijne regulacje, by służyły interesom europejskiego centrum, nawet kosztem reszty bloku. Wystarczy przypomnieć, jak Francja i Niemcy uniknęły w listopadzie ubiegłego roku konsekwencji za złamanie unijnych zasad dotyczących deficytu budżetowego.
Chirac i Schroder poczuli wiatr w żaglach po zamachach w Madrycie, które dwa dni później zaowocowały wyborczym zwycięstwem socjalistów i zmianą o 180 stopni polityki Madrytu - zbliżeniem z Francją i Niemcami kosztem Wielkiej Brytanii i USA. Niemal z dnia na dzień Paryż i Berlin wzmocniły swoją pozycję w walce o przyszłość Europy. Ta zmiana skutkuje postępującą izolacją brytyjskiego premiera Tony`ego Blaira.
Politycy bezkarnie ingerujący w gospodarkę to w Europie nic nowego. Nie jest to jednak powód do radości. Po uratowaniu przemysłowego giganta - firmy Alstom - Paryż zmusił francuskie banki, by renegocjowały kwestie jego zadłużenia. Rzym usiłuje ratować Alitalię. Niemieccy politycy chcą, by nowi członkowie UE podnieśli u siebie podatki korporacyjne, dostosowując je w ten sposób do wyższego poziomu obowiązującego w Niemczech i Francji. Daniel Gros, szef Centrum Europejskich Studiów Politycznych w Brukseli, uważa, że to osłabiona Komisja Europejska pozwala Paryżowi i Berlinowi hamować zmiany. Jak jednak dodaje, "jeśli "twarde jądro Europy" ma oznaczać zgodę na myślenie, że to, co dobre dla Paryża i Berlina, jest dobre dla wszystkich, to ten model się nie sprawdzi". To jednak nie przeszkadza Paryżowi i Berlinowi w podejmowaniu takich prób.
John Rossant