Obserwatorium: Drogi na skróty
Dodano:
Nowe technologie pozwalają na przeskakiwanie całych etapów w rozwoju bankowości czy komunikacji.
poprzednim felietonie pisałem o zdetronizowanym dawnym królu gospodarki - kolejach. Dziś czas powiedzieć słowo na temat pretendenta, który pragnie - i chyba jest w stanie - zająć w gospodarce miejsce tak ważne, jak wiek temu zajmowały właśnie koleje. Zamiast szyn branża ta oferuje światłowody i infostradę, zamiast lokomotyw - telefony i podłączone do internetu komputery, zamiast stacji - serwery. Chodzi oczywiście o telekomunikację.
O roli telekomunikacji w rozwoju gospodarczym, a ściślej całego sektora technologii łączności i informacji, nazywanego w skrócie ICT, było szczególnie głośno od połowy lat 90. Ogromny skok technologiczny, możliwy dzięki rozpowszechnieniu się internetu z jednej strony, a telefonów komórkowych z drugiej, w niebywałym tempie zmienił życie setek milionów ludzi i podstawy funkcjonowania gospodarki.
Po pierwsze, w niezwykły sposób spadł koszt dostępu do informacji, co doprowadziło do ogromnych zmian w funkcjonowaniu rynku. Po drugie, obniżył się koszt dotarcia do klienta, co zrewolucjonizowało zasady prowadzenia biznesu. Po trzecie wreszcie, rozwój technologii stał się samonapędzającą się maszynką: atrakcyjność inwestowania w sektor ICT przyciągnęła tam ogromne pieniądze, które zaowocowały dalszym przyspieszeniem i tak bezprecedensowo szybkiego tempa postępu technologicznego (dla uczciwości trzeba dodać, że ubocznym efektem tego `inwestycyjnego magnesu` stało się ogromne przewartościowanie spółek internetowych).
Burzliwy rozwój sektora ICT nastąpił najpierw w USA, potem przeniósł się na Daleki Wschód i do zachodniej Europy. Dzisiaj sektor ICT, zarówno w zakresie produkcji sprzętu, jak i dostarczanych usług, daje we Francji zatrudnienie blisko milionowi ludzi i wytwarza ok. 6 proc. francuskiego PKB. W Finlandii jest to blisko 10 proc. PKB, oczywiście głównie dzięki globalnemu sukcesowi Nokii. Co szczególnie ciekawe, udział sektora ICT w gospodarce wzrastał w latach 90. mimo silnie spadających cen. Był to więc rzadko spotykany przykład rynku, na który z roku na rok trafiało coraz więcej i coraz lepszej jakości produktów, za coraz niższą jednostkową cenę. Do takiego cudu doprowadziło połączenie burzliwie rozwijających się zupełnie nowych i silnie konkurencyjnych przemysłów i rynków z liberalizacją tradycyjnej telekomunikacji (po liberalizacji rynku usług telekomunikacyjnych ceny rozmów w krajach zachodnioeuropejskich spadły prawie o połowę).
Słowem, w gospodarce mają miejsce naprawdę rewolucyjne zmiany, a sektor ICT zdecydowanie odgrywa w nich rolę lidera. Co to może oznaczać dla Polski?
Z jednej strony, pojawienie się nowych technologii i przyspieszenie tempa rozwoju technologicznego odsłania w jeszcze większym stopniu skalę dystansu, który dzieli nas od najlepiej rozwiniętych krajów Europy. Pogoń za światem rozpoczynaliśmy w roku 1990, mając 12 linii telefonicznych na 100 mieszkańców, niekończące się kolejki po założenie linii i skandalicznej jakości usługi. Dzisiaj mimo ogromnego postępu nadal pozostajemy w tyle. Mamy tylko 31 linii na 100 mieszkańców (w zachodniej Europie średnio 50), a dostęp do internetu ma mniej niż 10 proc. polskich gospodarstw domowych, podczas gdy w Portugalii 26 proc., a w Szwecji 77 proc.
Z drugiej jednak strony, nowe technologie pozwalają szukać drogi na skróty. Polski sektor bankowy nie przeszedł przez okres czeków i od obrotu gotówkowego przeskoczył od razu do świata pieniądza plastikowego. Podobnie polski sektor telekomunikacyjny poszedł drogą na skróty. Nasycenia liniami telefonicznymi porównywalnego z zachodnią Europą chyba nigdy nie osiągniemy. Za to liczba telefonów komórkowych na 100 mieszkańców, w roku 1995 bliska zeru, już w roku 2002 przekroczyła liczbę telefonów stacjonarnych i nadal szybko wzrasta. Podobne zjawiska - wręcz spadku liczby linii stacjonarnych w miarę rozwoju telefonii komórkowej - zaobserwowano również w Grecji i Portugalii.
Żeby było jasne: rozwiniętemu światu ustępujemy w dziedzinie nasycenia telefonami komórkowymi. Jednak dynamika rozwoju tego rynku, od początku konkurencyjnego, tworzy nadzieję na to, że w dziedzinie telekomunikacji Polska pójdzie drogą na skróty. I oby takich dziedzin było jak najwięcej.
O roli telekomunikacji w rozwoju gospodarczym, a ściślej całego sektora technologii łączności i informacji, nazywanego w skrócie ICT, było szczególnie głośno od połowy lat 90. Ogromny skok technologiczny, możliwy dzięki rozpowszechnieniu się internetu z jednej strony, a telefonów komórkowych z drugiej, w niebywałym tempie zmienił życie setek milionów ludzi i podstawy funkcjonowania gospodarki.
Po pierwsze, w niezwykły sposób spadł koszt dostępu do informacji, co doprowadziło do ogromnych zmian w funkcjonowaniu rynku. Po drugie, obniżył się koszt dotarcia do klienta, co zrewolucjonizowało zasady prowadzenia biznesu. Po trzecie wreszcie, rozwój technologii stał się samonapędzającą się maszynką: atrakcyjność inwestowania w sektor ICT przyciągnęła tam ogromne pieniądze, które zaowocowały dalszym przyspieszeniem i tak bezprecedensowo szybkiego tempa postępu technologicznego (dla uczciwości trzeba dodać, że ubocznym efektem tego `inwestycyjnego magnesu` stało się ogromne przewartościowanie spółek internetowych).
Burzliwy rozwój sektora ICT nastąpił najpierw w USA, potem przeniósł się na Daleki Wschód i do zachodniej Europy. Dzisiaj sektor ICT, zarówno w zakresie produkcji sprzętu, jak i dostarczanych usług, daje we Francji zatrudnienie blisko milionowi ludzi i wytwarza ok. 6 proc. francuskiego PKB. W Finlandii jest to blisko 10 proc. PKB, oczywiście głównie dzięki globalnemu sukcesowi Nokii. Co szczególnie ciekawe, udział sektora ICT w gospodarce wzrastał w latach 90. mimo silnie spadających cen. Był to więc rzadko spotykany przykład rynku, na który z roku na rok trafiało coraz więcej i coraz lepszej jakości produktów, za coraz niższą jednostkową cenę. Do takiego cudu doprowadziło połączenie burzliwie rozwijających się zupełnie nowych i silnie konkurencyjnych przemysłów i rynków z liberalizacją tradycyjnej telekomunikacji (po liberalizacji rynku usług telekomunikacyjnych ceny rozmów w krajach zachodnioeuropejskich spadły prawie o połowę).
Słowem, w gospodarce mają miejsce naprawdę rewolucyjne zmiany, a sektor ICT zdecydowanie odgrywa w nich rolę lidera. Co to może oznaczać dla Polski?
Z jednej strony, pojawienie się nowych technologii i przyspieszenie tempa rozwoju technologicznego odsłania w jeszcze większym stopniu skalę dystansu, który dzieli nas od najlepiej rozwiniętych krajów Europy. Pogoń za światem rozpoczynaliśmy w roku 1990, mając 12 linii telefonicznych na 100 mieszkańców, niekończące się kolejki po założenie linii i skandalicznej jakości usługi. Dzisiaj mimo ogromnego postępu nadal pozostajemy w tyle. Mamy tylko 31 linii na 100 mieszkańców (w zachodniej Europie średnio 50), a dostęp do internetu ma mniej niż 10 proc. polskich gospodarstw domowych, podczas gdy w Portugalii 26 proc., a w Szwecji 77 proc.
Z drugiej jednak strony, nowe technologie pozwalają szukać drogi na skróty. Polski sektor bankowy nie przeszedł przez okres czeków i od obrotu gotówkowego przeskoczył od razu do świata pieniądza plastikowego. Podobnie polski sektor telekomunikacyjny poszedł drogą na skróty. Nasycenia liniami telefonicznymi porównywalnego z zachodnią Europą chyba nigdy nie osiągniemy. Za to liczba telefonów komórkowych na 100 mieszkańców, w roku 1995 bliska zeru, już w roku 2002 przekroczyła liczbę telefonów stacjonarnych i nadal szybko wzrasta. Podobne zjawiska - wręcz spadku liczby linii stacjonarnych w miarę rozwoju telefonii komórkowej - zaobserwowano również w Grecji i Portugalii.
Żeby było jasne: rozwiniętemu światu ustępujemy w dziedzinie nasycenia telefonami komórkowymi. Jednak dynamika rozwoju tego rynku, od początku konkurencyjnego, tworzy nadzieję na to, że w dziedzinie telekomunikacji Polska pójdzie drogą na skróty. I oby takich dziedzin było jak najwięcej.