Wolna ręka, ale w trybach

Dodano:
Zasada swobodnego wyboru dostawcy energii istnieje w Polsce na papierze.
Wolna ręka, ale w trybach
Monopoliści zrobią wiele, by zmiana dostawcy energii nikomu się nie opłacała

Karierę podobną do francuskiego Poweo mogło w Polsce zrobić ponad 300 spółek. Tyle otrzymało bowiem koncesję na obrót energią od prezesa Urzędu Regulacji Energetyki. Żadnej się to jednak nie udało, choć jak przyznaje Witold Szwagrun z Centrum Informacji o Rynku Energii, strategia francuskiej spółki w tej branży nie jest oryginalna.
- Energię można kupić hurtowo. Ale sprzedanie jej w detalu jest bardzo trudne - mówi Szwagrun.
Dzieje się tak dlatego, że zasada swobodnego wyboru dostawcy energii (TPA) istnieje w Polsce tylko na papierze. Teoretycznie od 1 stycznia tego roku może z niej korzystać każdy odbiorca o zużyciu rocznym ponad 1 GWh, ale diabeł tkwi w szczegółach. Warunki, które trzeba spełnić, sprawiają, że klientów polskiego odpowiednika Poweo byłoby niewielu.
Potwierdzają to pracownicy największych na polskim rynku spółek obrotu: Elbisu (kontrolowanego przez Elektrownię Bełchatów) i Polskiej Energii PKH (to spółka-córka Południowego Koncernu Energetycznego). Gdyby powielenie francuskiego scenariusza było możliwe, firmy te zrobiłyby to już dawno. - Masowe korzystanie z zasady swobodnego wyboru dostawcy już na wstępie ograniczają kontrakty długoterminowe - mówi Paweł Micuła, zastępca dyrektora ds. obrotu w Polskiej Energii PKH. - Na ich podstawie ok. 60 proc. produkowanej w Polsce energii kupują PSE. Na rynku zostaje więc mniej niż połowa.

W detalu wcale nie taniej
Największą przeszkodą w korzystaniu z zasady TPA jest jednak nieopłacalność tego przedsięwzięcia. Oferta przygotowywana przez spółki obrotu dla odbiorców końcowych bywa mniej atrakcyjna od tej, którą oferuje tradycyjny dystrybutor, czyli zakład energetyczny.
- Gdybym chciał wystąpić w roli bezpośredniego dostawcy energii, musiałbym wypełnić dodatkowe obowiązki - tłumaczy Micuła. - Przede wszystkim 3,1 proc. dostarczanej przeze mnie energii musiałoby pochodzić ze źródeł odnawialnych (tzw. zielona energia). Tymczasem po pierwsze: tej energii na rynku jest za mało, po drugie - jest ona droga. Od 1 stycznia 2005 roku musiałbym również zapewnić odpowiedni udział energii ze źródeł skojarzonych (tzw. energii czerwonej). Po zmiksowaniu kosztów mogłoby się okazać, że moja oferta jest mniej atrakcyjna niż ta, którą przedstawia tradycyjny dystrybutor. On kupuje zieloną energię na co dzień, dzięki czemu może zapłacić nie 220 zł za MWh, a np. 210.
Wyliczenia te potwierdza URE: - Ceny energii w ramach TPA nie różnią się istotnie od cen stosowanych przez spółki dystrybucyjne - napisali pracownicy urzędu w raporcie za 2002 rok.

Kary i obowiązki
nawet jednak korzystna cena energii nie gwarantuje powodzenia przedsięwzięcia, bo uczestnictwo w rynku jest ryzykowne. Klienci tradycyjnych dystrybutorów mają ustaloną moc umowną, płacą za zużytą energię i o nic nie muszą się troszczyć. Gdyby natomiast zechcieli skorzystać z zasady TPA i zawrzeć ze swym dystrybutorem jedynie umowę na usługi przesyłowe (a samą energię kupić gdzie indziej), musieliby przejąć sporo obowiązków, którym trudno sprostać. Musieliby też ponieść karę.
Obowiązkiem jest sporządzanie grafików zapotrzebowania na energię. Karą - terminy wyznaczane przez "obrażonych" dystrybutorów. Żądają oni grafików już na 2 doby przed dniem dostawy, choć sami, kupując energię, mogą złożyć grafik do godziny 11 doby poprzedzającej dostawę. - Wiadomo, im wcześniej wykonuje się prognozę, tym większym ryzykiem jest ona obarczona. Jeżeli okaże się nietrafiona, bo np. dzień przed dostawą wybuchnie w firmie strajk, odbiorca może stracić duże pieniądze - mówi Micuła. - Dystrybutor rozliczy go bowiem według cen z tzw. rynku bilansującego, na którym nadwyżki sprzedaje się po marnej cenie, a braki uzupełnia po cenach dużo wyższych. Inaczej jest, gdy współpracuje się z tradycyjnym dystrybutorem: wówczas ewentualne nagłe wahania w zużyciu energii są bilansowane w ramach całej spółki dystrybucyjnej.
Jakby tych przeszkód było mało, obowiązujące w Polsce przepisy uniemożliwiają w praktyce skorzystanie z zasady TPA wszystkim przedsiębiorstwom o rozproszonej strukturze. PSE tak opracowały Instrukcję Ruchu i Eksploatacji Sieci (na jej podstawie tworzone są instrukcje ruchu regionalnych dystrybutorów), że niemożliwe jest wspólne rozliczanie odchyleń od prognozowanych wielkości poboru. Cierpią na tym m.in. PKP Energetyka czy sieci supermarketów. - Dystrybutorzy w sposób perfekcyjny wyłapują luki w przepisach, chroniąc swą pozycję lokalnego monopolisty przed wchodzącymi na rynek konkurentami - podsumowuje URE.
Listę przeszkód w korzystaniu z zasady TPA można wydłużać. Efekt jest taki, że sprzedaż energii odbiorcom finalnym to margines w działalności spółek obrotu. W 2003 roku wolumen tej sprzedaży wyniósł ok. 2,6 mln MWh, podczas gdy sprzedaż energii dystrybutorom - ponad 20 mln MWh.
Wniosek jest jeden: na papierze liberalizacja polskiego rynku energii elektrycznej idzie zupełnie przyzwoicie tylko dlatego, że spółki decydujące o obliczu branży nauczyły się już, iż o wszystkim decydują szczegóły. Na zarzut, że z pozoru błahymi instrukcjami ograniczają rozwój rynku, PSE i spółki dystrybucyjne odpowiadają: przecież ustawa nie zabrania zmieniania dostawcy. A że to się komuś nie opłaca, to już jego problem!

Średnie ceny energii w Polsce* w 2003 r. (zł/MWh)
ogółem - 145,09
w kontraktach długoterminowych - 169,83
ceny u producenta w hurcie:
sprzedaż do spółek dystrybucyjnych - 119,70
sprzedaż do przedsiębiorstw obrotu - 118,60
sprzedaż innym odbiorcom finalnym - 163,66
ceny w spółkach obrotu w detalu - 112,00
*średnie ceny sprzedaży energii elektrycznej uzyskane w 2003 r. przez 12 wytwórców systemowych w poszczególnych segmentach rynku.
Źródło: URE
Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...