Buffo dwóch aktorów
Dodano:
Właściciele Studia Buffo swych gości przyjmują późnym wieczorem. Dopiero po spektaklu, gdy pustoszeje widownia, potrafią mówić o pieniądzach, a nie o sztuce. Przyjmują nas w biurze typowym dla teatru: pianino, sterta rozrzuconych ubrań... Ale na biurku Janusza Stokłosy rekwizyty prawdziwego menedżera. Laptop, palmtop - pełna kontrola nad wszystkim. Ten biznes musi się kalkulować, bo szefowie Studia Buffo nie mogą liczyć na publiczne dotacje. Tymczasem ich konkurenci z miejskiego teatru Roma dostaną z ratusza w tym roku 10 mln zł. Stokłosa z Józefowiczem nauczyli się więc zarabiać: mają restaurację, studio nagrań, szkołę. Koncertują, sprzedają licencje i prawa telewizyjne. Wciąż jednak muszą wysłuchiwać uwag konkurentów: to nieprzyzwoite robić kulturę bez dotacji! Ich przychody w ubiegłym roku sięgnęły 7,7 mln zł. W tym roku z pewnością wzrosną. Od października widzowie mogą oglądać najnowszą produkcję - Romea i Julię. Mały, prywatny teatr wynajął wielką halę, by zarobić na kulturze. Czy ci panowie potrafią liczyć?
W branży mówią, że kalacie Panowie własne gniazdo.
J.J. Tak właśnie powiedział kiedyś do mnie pewien urzędnik z warszawskiego ratusza zajmujący się teatrami. Jego zdaniem, działamy wbrew środowisku, bo w czasach, gdy ludzie kultury wyciągają rękę po każdą złotówkę dotacji, zachowujemy się bezczelnie, pokazując, że można działać bez dotacji.
J.S. Jako jedyni w tej branży mamy do dyspozycji tylko to, co uzyskujemy ze sprzedaży biletów, dlatego rachunek ekonomiczny jest dla nas szczególnie ważny.
Konkurencyjny Teatr Muzyczny Roma, który również wystawia musicale, dostanie w tym roku 10 mln zł dotacji z budżetu stolicy. Nie chcielibyście takich pieniędzy?
J.S. Gdyby nam ktoś zaproponował 10 mln złotych, to mógłbym nawet pójść do ratusza, jak szefowie publicznych teatrów, i posłuchać, co się urzędnikom u nas nie podoba. Oczywiście, że chcielibyśmy dostać takie pieniądze. Bo nam jest wszystko jedno, czy teatry z komercyjnym repertuarem będą otrzymywać dotacje, czy nie. Ale niech rządzi tym jasna zasada - albo pieniądze dla wszystkich, albo dla nikogo. A teraz działamy w sytuacji, że gdyby istniał poważny urząd piętnujący nieuczciwą konkurencję, to natychmiast poszedłbym tam i złożył doniesienie o jej istnieniu. My i Roma robimy to samo, ale startujemy z innych dołków. W dodatku Roma pracuje za moje pieniądze - z moich podatków.
J.J. Gdyby miasto zechciało sprywatyzować Romę, owe 10 mln mogłoby przeznaczyć na kulturę niekomercyjną, a teatr by działał tak, jak działa. Bo my, mając takie możliwości sceniczne i tak dużą widownię, jaka jest w Romie, moglibyśmy poprowadzić ją bez tych dotacji. Tłumaczymy to już bardzo długo, ale nikt tego nie rozumie.
Dwanaście lat temu prywatne teatry też nie mogły liczyć na dotacje, a jednak założyliście Studio Buffo.
J.S. Ta spółka powstała z przekory. Gdy zaczynaliśmy, wszyscy mówili: nie uda się wam! A ja byłem przekonany, że minie kilka lat i znajdą się partnerzy do tego biznesu - ludzie wyspecjalizowani w zarządzaniu, podatkach, sponsoringu, a my z Januszem Józefowiczem, zajmiemy się sztuką. Tymczasem minęło 12 lat i wciąż kierujemy tym samodzielnie. Przy okazji premiery Romea i Julii Janusz był wszystkim - reżyserował, zdobywał pieniądze, negocjował bartery...
J.J. Skoro nie mamy dotacji, nie mamy innego wyjścia - musimy szukać pieniędzy na mieście. Na Romea i Julię nie bylibyśmy w stanie zarobić sami, bo widownia w Studiu Buffo jest mała. Po sprzedaniu wszystkich 380 miejsc po 30 złotych, mamy zaledwie ok. 10-12 tys. zł. Po pokryciu kosztów, zarobek jest niewielki, dlatego inwestycje w spektakle zwracają się bardzo długo. Dopiero przy jakiejś superpopularności jeden spektakl może zarobić na produkcję kolejnego.
Nie łatwiej finansować prywatny teatr z kredytów bankowych? Przez kilka lat finansowano w ten sposób filmowe superprodukcje.
J.J. Właśnie kolegom z branży filmowej zawdzięczamy to, że już nie da się pożyczyć niczego w banku.
J.S. Kiedyś współpraca z bankami układała się nam fantastycznie. Jak nam brakowało na coś pieniędzy - szedłem i mówiłem: pożyczcie sto tysięcy złotych. Proszę bardzo! Nasze obroty budziły zaufanie. Ale dziś, choć wciąż wahają się w granicach 6-8 mln zł rocznie, jest zupełnie inaczej. Zmieniły się zasady kontrolowania kredytobiorcy, powstały specjalne komisje. Gdy chcieliśmy wziąć przy okazji wystawiania sztuki Witkacego sto tysięcy złotych - co wydawało mi się żartem - to mimo całej przychylności dyrekcji oddziału zażądano sześciu różnych zabezpieczeń i mojej osobistej rękojmi. No więc powiedziałem: przepraszam, pocałujcie nas, znajdziemy te pieniądze gdzie indziej.
Kto wyłożył pieniądze na realizację Romea i Julii?
J.J. To jedno z naszych najdroższych przedsięwzięć, jego koszt szacujemy w tej chwili na 1,5 mln złotych. Cześć dała fundacja Avon, cześć dorzuciła Telewizja Publiczna za prawo do rejestracji i wyemitowania spektaklu. Bez nich nie byłoby przedstawienia.
Ile Studio Buffo zarabia na każdym przedstawieniu?
J.J. Na Torwarze około 5 tys. zł. Jeśli zapełnimy całą halę, możemy się spodziewać około 100 tys. zł wpływów. Koszty szacujemy na 95 tysięcy - musimy zapłacić za wynajem hali, dekoracje, opłacić oświetleniowców, realizatorów dźwięku, ochroniarzy, wypłacić honoraria... Ale zarabiamy tylko wtedy, gdy uda się zapełnić widownię. Cześć biletów oddajemy sponsorom, cześć Torwarowi...
J.S. Nasze zyski z przedstawień w Studiu Buffo zależą z kolei od tego, jak wielu ludzi występuje na scenie. Duży zespół to większe koszty.
Ile zarabiają aktorzy w Buffo?
J.S. Bardzo różnie - 200, 300, niektórzy 500 zł za przedstawienie. Jeśli zagrają pięć razy w tygodniu, mają 2500 zł brutto.
J.J. To są zarobki porównywalne z tymi na West Endzie w Londynie. Tam artyści zarabiają np. 400 funtów tygodniowo. W ogóle koszty przedstawień w Polsce i w Europie są już podobne. Tylko zyski nijak mają się do siebie. Bilet na musical w Londynie kosztuje 50 funtów - dzięki temu wpływy mogą być dziesięciokrotnie wyższe niż w Polsce. Szczerze mówiąc, ja nie wiem, dlaczego Studio Buffo, oferując takie zarobki, jeszcze istnieje. Teatr Komedia płaci aktorom takie pieniądze, że jak szybko wziąłem kartkę i ołówek i to podliczyłem, to stwierdziłem, że to nie ma nic wspólnego z rachunkiem ekonomicznym. Działamy chyba tylko dlatego, że mamy wciąż dobrą markę.
W takich warunkach trzeba pilnować kosztów.
J.S. Dopóki nie uruchomiliśmy restauracji, na etatach w Studiu Buffo było osiem osób. Potem liczba ta urosła do pięćdziesięciu, ale teraz znów tych etatów jest nie więcej niż dwadzieścia. Dla porównania, konkurująca z nami Roma zatrudnia ponad 120 osób. Teatr Wielki dziesięć razy tyle.
J.J. Wszyscy nasi artyści pracują na umowy-zlecenia. A ja jestem chyba jedynym reżyserem w Polsce, który nie płaci za próby. Mówię moim ludziom: kochani - ja tę pracę traktuję jak wspólną inwestycję. I oni dają mi moralne prawo wykorzystywania ich. Wiedzą, że jak już zrobię spektakl, to on jest długo grany i można na tym zarobić.
J.S. Nasz największy problem to interpretacja prawa. Nikogo nie interesuje to, jak działają przepisy w świecie show-biznesu. Jesteśmy uznawani za kompletny margines! W pewnym momencie zaczęła się dyskusja, czy zatrudniając artystów przez dwa czy trzy lata na umowę o dzieło, naruszamy przepisy o ubezpieczeniach. I nikt nam tego przez lata nie potrafił jednoznacznie wyjaśnić. A potem okazało się, że wystarczy, by jakiś urzędnik się uparł, byśmy mieli do spłacenia wieloletnie zobowiązania wobec ZUS-u. Miliony złotych! I tak jest w bardzo wielu wypadkach. Wprowadzenie VAT-u od biletów teatralnych spowodowało tak ogromne zamieszanie, że ja do dziś nie wiem, jak to wszystko działa. Dla czynników oficjalnych biznesu w sztuce nie ma. My nie jesteśmy żadnym powodem do zastanowienia, do debaty - kto tam się będzie przejmował biletami teatralnymi. Dla naszego małego biznesu państwo jest zabójcą. Przeszkody na każdym kroku.
Zostało jakieś pole manewru na oszczędności w kryzysie?
J.S. Gdy rok temu nasza restauracja wpadła w tarapaty, zmieniliśmy strukturę zatrudnienia. Dziś każdy kelner ma własną działalność gospodarczą. Zrezygnowaliśmy z kierowcy, bo zakupy robi główny kucharz, itd. Udało się wyjść na prostą. Ale w 2002 roku sytuacja była jeszcze gorsza. Byliśmy o krok od zamknięcia tego interesu.
J.J. Kultura jest papierkiem lakmusowym dla sytuacji gospodarczej w kraju. Gdy jest trochę gorzej, ludzie przede wszystkim zaczynają oszczędzać właśnie na kulturze. I na restauracjach!
J.S. Skoro mówimy o obniżaniu kosztów - w wypadku takich przedstawień jak Romeo i Julia byłyby one dużo mniejsze, gdyby zamiast na Torwarze można było pokazać ten spektakl na normalnej scenie. To jest to, o co od lat bezskutecznie walczymy. Gdyby można było taki teatr np. wynająć, to nie trzeba byłoby wynajmować dodatkowego światła, dźwięku, budować sztankietów, opłacać sztabu ludzi, by zamienić Torwar w salę teatralną. Artysta wchodziłby do takiego teatru i albo potwierdzał swój artyzm, umiejętnie wykorzystując możliwości, albo do widzenia. Takie teatry działają na całym świecie, niestety nie w Polsce, więc wynajmujemy Torwar i wydajemy pieniądze na to, by z pałacu sportu zrobić magiczną przestrzeń musicalowego teatru.
Po 12 latach artystycznych sukcesów spółka Studio Buffo nie może takiej sceny kupić?
J.S. Nie słyszałem, by jakiekolwiek miasto w Polsce chciało sprzedać teatr. A o zbudowaniu nowego nie mamy co marzyć, bo nie mamy takich pieniędzy i ich nie zarobimy. Przede wszystkim dlatego, że najważniejszym celem Buffo nie jest zarabianie. Jesteśmy artystami - chcemy tworzyć duże spektakle muzyczne, realizowane z rozmachem i na wysokim poziomie. Gdyby chodziło wyłącznie o pieniądze, to wykorzystalibyśmy nasze nazwiska, pojechali w Polskę i zarobili pięć razy tyle, co dziś, bez najmniejszego wysiłku, grając kilka koncertów dziennie. Ale przepraszam - mnie to już nie interesuje, Janusza też nigdy do tego nie ciągnęło. Zresztą nawet gdybyśmy nie wiem jak chałturzyli, sami teatru nie zbudujemy.
Gdyby ktoś chciał wyłożyć kilkadziesiąt milionów na budowę teatru muzycznego - jest w stanie na tym zarobić?
J.S. Z widownią na 400 osób - nie. Ale na 700 - tak. Na tym można zarobić. Wierzę, że powstanie takiej sali to kwestia czasu. Gdyby ktoś zdecydował się ją postawić
- my dalibyśmy mu nasz produkt.
Na razie wszystko wskazuje na to, że prędzej powstanie teatr Buffo w Moskwie?
J.J. Rzeczywiście, mer Moskwy obiecał nam ziemię pod jego budowę. Przez moment myśleliśmy nawet, by zamknąć biznes tutaj i wynieść się do Rosji, ale jesteśmy związani z naszymi artystami i nie chcemy ich zostawiać. Myślimy raczej o eksporcie naszych produktów. Mamy wrażenie, że tworzone przez nas musicale mogą być interesujące dla zagranicznych teatrów. Za wystawione w Moskwie Metro otrzymaliśmy najwyższe artystyczne wyróżnienia państwowe, w Toronto jest producent zainteresowany Piotrusiem Panem.
J.S. Najprawdopodobniej w ciągu tygodnia podpiszemy kontrakt na wystawianie słowackiej wersji Metra w Bratysławie.
Ile można zarobić na sprzedaży licencji?
J.S. To nie są wielkie pieniądze. Słowakom sprzedajemy Metro za 10 tys. USD i 11,5 proc. od wpływów.
J.J. Mamy nadzieję, że kiedyś któryś z tych naszych tytułów w końcu wystrzeli. Oryginalnych tytułów musicalowych nie robi się zbyt dużo. Rynek zachodni jest niezwykle chłonny, w niemal każdym prowincjonalnym niemieckim miasteczku jest scena, gdzie wystawiane są musicale. A ile można oglądać Nędzników? W pewnym momencie znajdzie się popyt na nasze propozycje.
J.S. Ale to wymaga też zmian w samej Warszawie. Tymczasem władze od lat nie mają pomysłu na strukturę teatralną stolicy. Utrzymywać 30 publicznych scen? Ja nie wiem, w jakiej innej stolicy europejskiej jeszcze coś podobnego istnieje - może w posocjalistycznej Moskwie. Teatr miejski, wojewódzki, sejmikowy - przecież one są utrzymywane z tych samych, naszych pieniędzy! W Berlinie, który staje się kulturalną stolicą Europy, wiedzą, czego chcą. Wiedzą, jak inwestować, jak pomagać. Tymczasem w Warszawie całkowity chaos - teatru Buffo nie ma nawet na mapie teatrów wydrukowanej przez miasto. Nie istniejemy!
Dlaczego w folderze wydanym za publiczne pieniądze mają reklamować prywatny interes?
J.J. Oni używają właśnie tego argumentu! Niczego nie rozumieją. Czy królowa angielska, wyróżniając Eltona Johna tytułem hrabiowskim, też reklamuje prywatny biznes? Nie, ona docenia zjawisko kulturalne. A my też - czy to się komuś podoba, czy nie - jesteśmy częścią kultury. Nie można nas traktować jak producenta guzików.
J.J. Tak właśnie powiedział kiedyś do mnie pewien urzędnik z warszawskiego ratusza zajmujący się teatrami. Jego zdaniem, działamy wbrew środowisku, bo w czasach, gdy ludzie kultury wyciągają rękę po każdą złotówkę dotacji, zachowujemy się bezczelnie, pokazując, że można działać bez dotacji.
J.S. Jako jedyni w tej branży mamy do dyspozycji tylko to, co uzyskujemy ze sprzedaży biletów, dlatego rachunek ekonomiczny jest dla nas szczególnie ważny.
Konkurencyjny Teatr Muzyczny Roma, który również wystawia musicale, dostanie w tym roku 10 mln zł dotacji z budżetu stolicy. Nie chcielibyście takich pieniędzy?
J.S. Gdyby nam ktoś zaproponował 10 mln złotych, to mógłbym nawet pójść do ratusza, jak szefowie publicznych teatrów, i posłuchać, co się urzędnikom u nas nie podoba. Oczywiście, że chcielibyśmy dostać takie pieniądze. Bo nam jest wszystko jedno, czy teatry z komercyjnym repertuarem będą otrzymywać dotacje, czy nie. Ale niech rządzi tym jasna zasada - albo pieniądze dla wszystkich, albo dla nikogo. A teraz działamy w sytuacji, że gdyby istniał poważny urząd piętnujący nieuczciwą konkurencję, to natychmiast poszedłbym tam i złożył doniesienie o jej istnieniu. My i Roma robimy to samo, ale startujemy z innych dołków. W dodatku Roma pracuje za moje pieniądze - z moich podatków.
J.J. Gdyby miasto zechciało sprywatyzować Romę, owe 10 mln mogłoby przeznaczyć na kulturę niekomercyjną, a teatr by działał tak, jak działa. Bo my, mając takie możliwości sceniczne i tak dużą widownię, jaka jest w Romie, moglibyśmy poprowadzić ją bez tych dotacji. Tłumaczymy to już bardzo długo, ale nikt tego nie rozumie.
Dwanaście lat temu prywatne teatry też nie mogły liczyć na dotacje, a jednak założyliście Studio Buffo.
J.S. Ta spółka powstała z przekory. Gdy zaczynaliśmy, wszyscy mówili: nie uda się wam! A ja byłem przekonany, że minie kilka lat i znajdą się partnerzy do tego biznesu - ludzie wyspecjalizowani w zarządzaniu, podatkach, sponsoringu, a my z Januszem Józefowiczem, zajmiemy się sztuką. Tymczasem minęło 12 lat i wciąż kierujemy tym samodzielnie. Przy okazji premiery Romea i Julii Janusz był wszystkim - reżyserował, zdobywał pieniądze, negocjował bartery...
J.J. Skoro nie mamy dotacji, nie mamy innego wyjścia - musimy szukać pieniędzy na mieście. Na Romea i Julię nie bylibyśmy w stanie zarobić sami, bo widownia w Studiu Buffo jest mała. Po sprzedaniu wszystkich 380 miejsc po 30 złotych, mamy zaledwie ok. 10-12 tys. zł. Po pokryciu kosztów, zarobek jest niewielki, dlatego inwestycje w spektakle zwracają się bardzo długo. Dopiero przy jakiejś superpopularności jeden spektakl może zarobić na produkcję kolejnego.
Nie łatwiej finansować prywatny teatr z kredytów bankowych? Przez kilka lat finansowano w ten sposób filmowe superprodukcje.
J.J. Właśnie kolegom z branży filmowej zawdzięczamy to, że już nie da się pożyczyć niczego w banku.
J.S. Kiedyś współpraca z bankami układała się nam fantastycznie. Jak nam brakowało na coś pieniędzy - szedłem i mówiłem: pożyczcie sto tysięcy złotych. Proszę bardzo! Nasze obroty budziły zaufanie. Ale dziś, choć wciąż wahają się w granicach 6-8 mln zł rocznie, jest zupełnie inaczej. Zmieniły się zasady kontrolowania kredytobiorcy, powstały specjalne komisje. Gdy chcieliśmy wziąć przy okazji wystawiania sztuki Witkacego sto tysięcy złotych - co wydawało mi się żartem - to mimo całej przychylności dyrekcji oddziału zażądano sześciu różnych zabezpieczeń i mojej osobistej rękojmi. No więc powiedziałem: przepraszam, pocałujcie nas, znajdziemy te pieniądze gdzie indziej.
Kto wyłożył pieniądze na realizację Romea i Julii?
J.J. To jedno z naszych najdroższych przedsięwzięć, jego koszt szacujemy w tej chwili na 1,5 mln złotych. Cześć dała fundacja Avon, cześć dorzuciła Telewizja Publiczna za prawo do rejestracji i wyemitowania spektaklu. Bez nich nie byłoby przedstawienia.
Ile Studio Buffo zarabia na każdym przedstawieniu?
J.J. Na Torwarze około 5 tys. zł. Jeśli zapełnimy całą halę, możemy się spodziewać około 100 tys. zł wpływów. Koszty szacujemy na 95 tysięcy - musimy zapłacić za wynajem hali, dekoracje, opłacić oświetleniowców, realizatorów dźwięku, ochroniarzy, wypłacić honoraria... Ale zarabiamy tylko wtedy, gdy uda się zapełnić widownię. Cześć biletów oddajemy sponsorom, cześć Torwarowi...
J.S. Nasze zyski z przedstawień w Studiu Buffo zależą z kolei od tego, jak wielu ludzi występuje na scenie. Duży zespół to większe koszty.
Ile zarabiają aktorzy w Buffo?
J.S. Bardzo różnie - 200, 300, niektórzy 500 zł za przedstawienie. Jeśli zagrają pięć razy w tygodniu, mają 2500 zł brutto.
J.J. To są zarobki porównywalne z tymi na West Endzie w Londynie. Tam artyści zarabiają np. 400 funtów tygodniowo. W ogóle koszty przedstawień w Polsce i w Europie są już podobne. Tylko zyski nijak mają się do siebie. Bilet na musical w Londynie kosztuje 50 funtów - dzięki temu wpływy mogą być dziesięciokrotnie wyższe niż w Polsce. Szczerze mówiąc, ja nie wiem, dlaczego Studio Buffo, oferując takie zarobki, jeszcze istnieje. Teatr Komedia płaci aktorom takie pieniądze, że jak szybko wziąłem kartkę i ołówek i to podliczyłem, to stwierdziłem, że to nie ma nic wspólnego z rachunkiem ekonomicznym. Działamy chyba tylko dlatego, że mamy wciąż dobrą markę.
W takich warunkach trzeba pilnować kosztów.
J.S. Dopóki nie uruchomiliśmy restauracji, na etatach w Studiu Buffo było osiem osób. Potem liczba ta urosła do pięćdziesięciu, ale teraz znów tych etatów jest nie więcej niż dwadzieścia. Dla porównania, konkurująca z nami Roma zatrudnia ponad 120 osób. Teatr Wielki dziesięć razy tyle.
J.J. Wszyscy nasi artyści pracują na umowy-zlecenia. A ja jestem chyba jedynym reżyserem w Polsce, który nie płaci za próby. Mówię moim ludziom: kochani - ja tę pracę traktuję jak wspólną inwestycję. I oni dają mi moralne prawo wykorzystywania ich. Wiedzą, że jak już zrobię spektakl, to on jest długo grany i można na tym zarobić.
J.S. Nasz największy problem to interpretacja prawa. Nikogo nie interesuje to, jak działają przepisy w świecie show-biznesu. Jesteśmy uznawani za kompletny margines! W pewnym momencie zaczęła się dyskusja, czy zatrudniając artystów przez dwa czy trzy lata na umowę o dzieło, naruszamy przepisy o ubezpieczeniach. I nikt nam tego przez lata nie potrafił jednoznacznie wyjaśnić. A potem okazało się, że wystarczy, by jakiś urzędnik się uparł, byśmy mieli do spłacenia wieloletnie zobowiązania wobec ZUS-u. Miliony złotych! I tak jest w bardzo wielu wypadkach. Wprowadzenie VAT-u od biletów teatralnych spowodowało tak ogromne zamieszanie, że ja do dziś nie wiem, jak to wszystko działa. Dla czynników oficjalnych biznesu w sztuce nie ma. My nie jesteśmy żadnym powodem do zastanowienia, do debaty - kto tam się będzie przejmował biletami teatralnymi. Dla naszego małego biznesu państwo jest zabójcą. Przeszkody na każdym kroku.
Zostało jakieś pole manewru na oszczędności w kryzysie?
J.S. Gdy rok temu nasza restauracja wpadła w tarapaty, zmieniliśmy strukturę zatrudnienia. Dziś każdy kelner ma własną działalność gospodarczą. Zrezygnowaliśmy z kierowcy, bo zakupy robi główny kucharz, itd. Udało się wyjść na prostą. Ale w 2002 roku sytuacja była jeszcze gorsza. Byliśmy o krok od zamknięcia tego interesu.
J.J. Kultura jest papierkiem lakmusowym dla sytuacji gospodarczej w kraju. Gdy jest trochę gorzej, ludzie przede wszystkim zaczynają oszczędzać właśnie na kulturze. I na restauracjach!
J.S. Skoro mówimy o obniżaniu kosztów - w wypadku takich przedstawień jak Romeo i Julia byłyby one dużo mniejsze, gdyby zamiast na Torwarze można było pokazać ten spektakl na normalnej scenie. To jest to, o co od lat bezskutecznie walczymy. Gdyby można było taki teatr np. wynająć, to nie trzeba byłoby wynajmować dodatkowego światła, dźwięku, budować sztankietów, opłacać sztabu ludzi, by zamienić Torwar w salę teatralną. Artysta wchodziłby do takiego teatru i albo potwierdzał swój artyzm, umiejętnie wykorzystując możliwości, albo do widzenia. Takie teatry działają na całym świecie, niestety nie w Polsce, więc wynajmujemy Torwar i wydajemy pieniądze na to, by z pałacu sportu zrobić magiczną przestrzeń musicalowego teatru.
Po 12 latach artystycznych sukcesów spółka Studio Buffo nie może takiej sceny kupić?
J.S. Nie słyszałem, by jakiekolwiek miasto w Polsce chciało sprzedać teatr. A o zbudowaniu nowego nie mamy co marzyć, bo nie mamy takich pieniędzy i ich nie zarobimy. Przede wszystkim dlatego, że najważniejszym celem Buffo nie jest zarabianie. Jesteśmy artystami - chcemy tworzyć duże spektakle muzyczne, realizowane z rozmachem i na wysokim poziomie. Gdyby chodziło wyłącznie o pieniądze, to wykorzystalibyśmy nasze nazwiska, pojechali w Polskę i zarobili pięć razy tyle, co dziś, bez najmniejszego wysiłku, grając kilka koncertów dziennie. Ale przepraszam - mnie to już nie interesuje, Janusza też nigdy do tego nie ciągnęło. Zresztą nawet gdybyśmy nie wiem jak chałturzyli, sami teatru nie zbudujemy.
Gdyby ktoś chciał wyłożyć kilkadziesiąt milionów na budowę teatru muzycznego - jest w stanie na tym zarobić?
J.S. Z widownią na 400 osób - nie. Ale na 700 - tak. Na tym można zarobić. Wierzę, że powstanie takiej sali to kwestia czasu. Gdyby ktoś zdecydował się ją postawić
- my dalibyśmy mu nasz produkt.
Na razie wszystko wskazuje na to, że prędzej powstanie teatr Buffo w Moskwie?
J.J. Rzeczywiście, mer Moskwy obiecał nam ziemię pod jego budowę. Przez moment myśleliśmy nawet, by zamknąć biznes tutaj i wynieść się do Rosji, ale jesteśmy związani z naszymi artystami i nie chcemy ich zostawiać. Myślimy raczej o eksporcie naszych produktów. Mamy wrażenie, że tworzone przez nas musicale mogą być interesujące dla zagranicznych teatrów. Za wystawione w Moskwie Metro otrzymaliśmy najwyższe artystyczne wyróżnienia państwowe, w Toronto jest producent zainteresowany Piotrusiem Panem.
J.S. Najprawdopodobniej w ciągu tygodnia podpiszemy kontrakt na wystawianie słowackiej wersji Metra w Bratysławie.
Ile można zarobić na sprzedaży licencji?
J.S. To nie są wielkie pieniądze. Słowakom sprzedajemy Metro za 10 tys. USD i 11,5 proc. od wpływów.
J.J. Mamy nadzieję, że kiedyś któryś z tych naszych tytułów w końcu wystrzeli. Oryginalnych tytułów musicalowych nie robi się zbyt dużo. Rynek zachodni jest niezwykle chłonny, w niemal każdym prowincjonalnym niemieckim miasteczku jest scena, gdzie wystawiane są musicale. A ile można oglądać Nędzników? W pewnym momencie znajdzie się popyt na nasze propozycje.
J.S. Ale to wymaga też zmian w samej Warszawie. Tymczasem władze od lat nie mają pomysłu na strukturę teatralną stolicy. Utrzymywać 30 publicznych scen? Ja nie wiem, w jakiej innej stolicy europejskiej jeszcze coś podobnego istnieje - może w posocjalistycznej Moskwie. Teatr miejski, wojewódzki, sejmikowy - przecież one są utrzymywane z tych samych, naszych pieniędzy! W Berlinie, który staje się kulturalną stolicą Europy, wiedzą, czego chcą. Wiedzą, jak inwestować, jak pomagać. Tymczasem w Warszawie całkowity chaos - teatru Buffo nie ma nawet na mapie teatrów wydrukowanej przez miasto. Nie istniejemy!
Dlaczego w folderze wydanym za publiczne pieniądze mają reklamować prywatny interes?
J.J. Oni używają właśnie tego argumentu! Niczego nie rozumieją. Czy królowa angielska, wyróżniając Eltona Johna tytułem hrabiowskim, też reklamuje prywatny biznes? Nie, ona docenia zjawisko kulturalne. A my też - czy to się komuś podoba, czy nie - jesteśmy częścią kultury. Nie można nas traktować jak producenta guzików.