Pięć miliardów złotych do wzięcia
Dodano:
Zamiast kupować polisy zdrowotne, wolimy dawać łapówki
Zadłużone szpitale otrzymają wkrótce 2,2 mld zł rządowej pożyczki, której zapewne nie będą musiały spłacić. To dowód na to, że w jednym z największych sektorów gospodarki - wartość rynku leków i usług medycznych sięga 50 mld zł - ciągle brakuje elementarnych mechanizmów rynkowych. To jeden z powodów, dla których dodatkowe ubezpieczenia zdrowotne - mimo że teoretycznie mają doskonałe warunki do rozwoju - ciągle są marginesem rynku ubezpieczeniowego.
Pieniądze są!
Według raportu OECD Health Data 2004, już w 2001 roku polski rynek usług medycznych był wart 48 mld zł. Z tego około 15 mld zł wykładaliśmy na służbę zdrowia bezpośrednio z własnej kieszeni. Te proporcje nie zmieniły się do dziś.
- W ostatnim roku wydatki Polaków na ochronę zdrowia stanowiły równowartość 56 proc. środków publicznych, jakimi dysponuje NFZ. To daje około 16 mld zł - mówi prof. Stanisława Golinowska z Uniwersytetu Jagiellońskiego, specjalistka w dziedzinie polityki społecznej.
Kwotę, jaką Polacy bezpośrednio z własnej kieszeni przeznaczają na usługi medyczne - w szarej strefie na fundacje przyszpitalne, leczenie w prywatnych gabinetach i w czarnej na łapówki - szacuje się na 5 mld zł rocznie. Resztę, czyli około 11 mld zł, według raportu, wydajemy na lekarstwa. Co ciekawe, jak wynika z danych OBOP, 12 proc. kredytobiorców przyznaje, że cześć pożyczonych w bankach pieniędzy przeznacza na ochronę zdrowia. Polacy od lat płacą za prywatne leczenie. Na razie jednak nad formułę ubezpieczenia przedkładają bezpośrednie pokrywanie kosztów leczenia - mówi prof. Golinowska. Powodów takiego stanu rzeczy jest kilka.
Można, ale po co?
Warunki do rozwoju prywatnych ubezpieczeń w Polsce z pozoru są dobre, bo jakość usług publicznej służby zdrowia jest na ogół niska. Ale jak twierdzi Wojciech Misiński, ekspert Centrum im. Adama Smitha, rodzimy system opieki zdrowotnej nie zachęca do dodatkowego ubezpieczania się.
- Przepisy nie przewidują współpłacenia przez pacjentów za cześć usług medycznych wykonywanych w publicznych zakładach opieki zdrowotnej. A skoro tak, to po co się doubezpieczać - pyta retorycznie Misiński.
We Francji odpłatność pacjentów za porady specjalistów wynosi od 25 do 50 proc. Wprowadzenie takich opłat u nas odciążyłoby budżet NFZ i zachęciłoby do ubezpieczeń, bo składka byłaby niższa niż koszty współpłacenia - uważa Misiński. Negatywny koszyk świadczeń określający, jakich usług nie finansuje NFZ, obejmuje tylko tak egzotyczne procedury jak chirurgia plastyczna niezwiązana z leczeniem schorzeń skóry i oparzeń oraz operacje zmiany płci, słowem niemające znaczenia na rynku usług medycznych. - Osoby, które rzadko chorują, najzwyczajniej nie widzą powodów do ponownego płacenia za coś, za co płacą w ramach NFZ - dodaje Jacek Fiedorowicz, menedżer w KPMG.
To zawęża krąg zainteresowanych dodatkowymi ubezpieczeniami. Problem
w tym, że zgodnie z podstawową zasadą działania firm ubezpieczeniowych, osoby niekorzystające z leczenia płacą za te, które korzystają. W Polsce, w dodatkowych ubezpieczeniach zdrowotnych brakuje tego pierwszego ogniwa. Dlatego polisy zapewniające kompleksowe usługi medyczne wraz z finansowaniem pobytu w szpitalach są drogie i kosztują nawet 1 tys. zł miesięcznie. Tanie ubezpieczenia w cenie kilkudziesięciu złotych miesięcznie pozwalają jedynie na bezproblemowy dostęp do lekarzy specjalistów. W poważniejszych przypadkach tak ubezpieczeni pacjenci zmuszeni są do korzystania z usług publicznych zakładów opieki zdrowotnej. Podobnie jest w Wielkiej Brytanii. - Tyle że tam jest wystarczająco liczna klasa średnia, którą stać na wyłożenie na kompleksowe ubezpieczenie sum porównywalnych z tymi, jakie i tak muszą zapłacić ubezpieczycielowi publicznemu - mówi Wojciech Misiński.
Według European Observatory for Health Care System 10 proc. mieszkańców Wysp jest objętych dodatkowymi ubezpieczeniami, a wartość ich polis stanowi 3,5 proc. wszystkich wydatków na ochronę zdrowia. To procentowo mniej niż kwoty, jakie na nieformalne finansowanie leczenia wydają Polacy!
Brak przepisów
Dzięki prywatnym ubezpieczeniom najwięcej profitów spłynęłoby na przychodnie i szpitale, które mogłyby legalnie leczyć pacjentów finansowanych przez prywatnych ubezpieczycieli. - Już teraz większość nieoficjalnego strumienia pieniędzy, jaki trafia do służby zdrowia, przepływa przez placówki publiczne - zauważa Jacek Fiedorowicz.
Tyle że są to niekontrolowane, często nielegalne przepływy finansowe. W krajach starej Unii w szpitalach publicznych powszechne są wydzielone oddziały o wyższym standardzie, gdzie pacjentów z polisami leczy się za stawki wyższe nawet o 100 proc. W Austrii popyt na tego typu usługi był kilka lat temu na tyle duży, że szpitale, aby dostosować do niego podaż, zaniedbały publicznych pacjentów, utrudniając im dostęp do leczenia. W efekcie rząd ograniczył możliwość pozyskiwania przez publiczne placówki zdrowotne środków prywatnych do 25 proc. ogółu przychodów. W Polsce przepisy nie regulują takiej działalności, chociaż niektóre jednostki, jak na przykład warszawski szpital MSWiA, oferują leczenie w podwyższonym standardzie. Rozwoju rynku nie ułatwia też nieuregulowana kwestia systemów abonamentowych oferowanych przez największe prywatne sieci przychodni. Dla klienta jest to de facto ten sam produkt co polisa firmy ubezpieczeniowej. System abonamentowy ma jednak tę przewagę, że pracodawcy wydatki związane z medycyną pracy mogą zaliczać w koszt uzyskania przychodu. Abonamenty są więc tak konstruowane, żeby ograniczyć do minimum koszty finansowe klientów korporacyjnych. Nie podoba się to firmom ubezpieczeniowym, które abonamenty traktują jak nieuczciwą konkurencję.
Dodatkowe ubezpieczenia nie są remedium na wszystkie problemy ochrony zdrowia, ale ich upowszechnienie wprowadziłoby do systemu w legalny sposób pieniądze, które teraz krążą w kopertach. To wymaga jednak rozwiązań systemowych. Tymczasem Ministerstwo Zdrowia w sprawie ubezpieczeń nabrało wody w usta. Oficjalnie urząd czeka na Zieloną księgę przygotowywaną przez zespół ekspertów kierowany przez prof. Golinowską. Tylko że nawet ona przyznaje, iż Zielona księga będzie jedynie diagnozą obecnej sytuacji sektora, a receptę na jej uzdrowienie eksperci przygotują dopiero w Białej księdze. Na rozstrzygnięcie tej gry w kolory firmy ubezpieczeniowe i ich potencjalni klienci prawdopodobnie będą musieli poczekać co najmniej do wyborów.
Pieniądze są!
Według raportu OECD Health Data 2004, już w 2001 roku polski rynek usług medycznych był wart 48 mld zł. Z tego około 15 mld zł wykładaliśmy na służbę zdrowia bezpośrednio z własnej kieszeni. Te proporcje nie zmieniły się do dziś.
- W ostatnim roku wydatki Polaków na ochronę zdrowia stanowiły równowartość 56 proc. środków publicznych, jakimi dysponuje NFZ. To daje około 16 mld zł - mówi prof. Stanisława Golinowska z Uniwersytetu Jagiellońskiego, specjalistka w dziedzinie polityki społecznej.
Kwotę, jaką Polacy bezpośrednio z własnej kieszeni przeznaczają na usługi medyczne - w szarej strefie na fundacje przyszpitalne, leczenie w prywatnych gabinetach i w czarnej na łapówki - szacuje się na 5 mld zł rocznie. Resztę, czyli około 11 mld zł, według raportu, wydajemy na lekarstwa. Co ciekawe, jak wynika z danych OBOP, 12 proc. kredytobiorców przyznaje, że cześć pożyczonych w bankach pieniędzy przeznacza na ochronę zdrowia. Polacy od lat płacą za prywatne leczenie. Na razie jednak nad formułę ubezpieczenia przedkładają bezpośrednie pokrywanie kosztów leczenia - mówi prof. Golinowska. Powodów takiego stanu rzeczy jest kilka.
Można, ale po co?
Warunki do rozwoju prywatnych ubezpieczeń w Polsce z pozoru są dobre, bo jakość usług publicznej służby zdrowia jest na ogół niska. Ale jak twierdzi Wojciech Misiński, ekspert Centrum im. Adama Smitha, rodzimy system opieki zdrowotnej nie zachęca do dodatkowego ubezpieczania się.
- Przepisy nie przewidują współpłacenia przez pacjentów za cześć usług medycznych wykonywanych w publicznych zakładach opieki zdrowotnej. A skoro tak, to po co się doubezpieczać - pyta retorycznie Misiński.
We Francji odpłatność pacjentów za porady specjalistów wynosi od 25 do 50 proc. Wprowadzenie takich opłat u nas odciążyłoby budżet NFZ i zachęciłoby do ubezpieczeń, bo składka byłaby niższa niż koszty współpłacenia - uważa Misiński. Negatywny koszyk świadczeń określający, jakich usług nie finansuje NFZ, obejmuje tylko tak egzotyczne procedury jak chirurgia plastyczna niezwiązana z leczeniem schorzeń skóry i oparzeń oraz operacje zmiany płci, słowem niemające znaczenia na rynku usług medycznych. - Osoby, które rzadko chorują, najzwyczajniej nie widzą powodów do ponownego płacenia za coś, za co płacą w ramach NFZ - dodaje Jacek Fiedorowicz, menedżer w KPMG.
To zawęża krąg zainteresowanych dodatkowymi ubezpieczeniami. Problem
w tym, że zgodnie z podstawową zasadą działania firm ubezpieczeniowych, osoby niekorzystające z leczenia płacą za te, które korzystają. W Polsce, w dodatkowych ubezpieczeniach zdrowotnych brakuje tego pierwszego ogniwa. Dlatego polisy zapewniające kompleksowe usługi medyczne wraz z finansowaniem pobytu w szpitalach są drogie i kosztują nawet 1 tys. zł miesięcznie. Tanie ubezpieczenia w cenie kilkudziesięciu złotych miesięcznie pozwalają jedynie na bezproblemowy dostęp do lekarzy specjalistów. W poważniejszych przypadkach tak ubezpieczeni pacjenci zmuszeni są do korzystania z usług publicznych zakładów opieki zdrowotnej. Podobnie jest w Wielkiej Brytanii. - Tyle że tam jest wystarczająco liczna klasa średnia, którą stać na wyłożenie na kompleksowe ubezpieczenie sum porównywalnych z tymi, jakie i tak muszą zapłacić ubezpieczycielowi publicznemu - mówi Wojciech Misiński.
Według European Observatory for Health Care System 10 proc. mieszkańców Wysp jest objętych dodatkowymi ubezpieczeniami, a wartość ich polis stanowi 3,5 proc. wszystkich wydatków na ochronę zdrowia. To procentowo mniej niż kwoty, jakie na nieformalne finansowanie leczenia wydają Polacy!
Brak przepisów
Dzięki prywatnym ubezpieczeniom najwięcej profitów spłynęłoby na przychodnie i szpitale, które mogłyby legalnie leczyć pacjentów finansowanych przez prywatnych ubezpieczycieli. - Już teraz większość nieoficjalnego strumienia pieniędzy, jaki trafia do służby zdrowia, przepływa przez placówki publiczne - zauważa Jacek Fiedorowicz.
Tyle że są to niekontrolowane, często nielegalne przepływy finansowe. W krajach starej Unii w szpitalach publicznych powszechne są wydzielone oddziały o wyższym standardzie, gdzie pacjentów z polisami leczy się za stawki wyższe nawet o 100 proc. W Austrii popyt na tego typu usługi był kilka lat temu na tyle duży, że szpitale, aby dostosować do niego podaż, zaniedbały publicznych pacjentów, utrudniając im dostęp do leczenia. W efekcie rząd ograniczył możliwość pozyskiwania przez publiczne placówki zdrowotne środków prywatnych do 25 proc. ogółu przychodów. W Polsce przepisy nie regulują takiej działalności, chociaż niektóre jednostki, jak na przykład warszawski szpital MSWiA, oferują leczenie w podwyższonym standardzie. Rozwoju rynku nie ułatwia też nieuregulowana kwestia systemów abonamentowych oferowanych przez największe prywatne sieci przychodni. Dla klienta jest to de facto ten sam produkt co polisa firmy ubezpieczeniowej. System abonamentowy ma jednak tę przewagę, że pracodawcy wydatki związane z medycyną pracy mogą zaliczać w koszt uzyskania przychodu. Abonamenty są więc tak konstruowane, żeby ograniczyć do minimum koszty finansowe klientów korporacyjnych. Nie podoba się to firmom ubezpieczeniowym, które abonamenty traktują jak nieuczciwą konkurencję.
Dodatkowe ubezpieczenia nie są remedium na wszystkie problemy ochrony zdrowia, ale ich upowszechnienie wprowadziłoby do systemu w legalny sposób pieniądze, które teraz krążą w kopertach. To wymaga jednak rozwiązań systemowych. Tymczasem Ministerstwo Zdrowia w sprawie ubezpieczeń nabrało wody w usta. Oficjalnie urząd czeka na Zieloną księgę przygotowywaną przez zespół ekspertów kierowany przez prof. Golinowską. Tylko że nawet ona przyznaje, iż Zielona księga będzie jedynie diagnozą obecnej sytuacji sektora, a receptę na jej uzdrowienie eksperci przygotują dopiero w Białej księdze. Na rozstrzygnięcie tej gry w kolory firmy ubezpieczeniowe i ich potencjalni klienci prawdopodobnie będą musieli poczekać co najmniej do wyborów.