Walka o pracę
Dodano:
Polska jako miejsce inwestycji może być konkurencyjna wobec Chin.
Na świecie toczy się stała walka o miejsca pracy. Zatrudnienie w przemyśle wielu krajów poważnie spada: w zachodnich Niemczech w tej branży pracuje obecnie o 25 proc. mniej ludzi niż 40 lat temu, w przemyśle brytyjskim spadek ten sięgnął 40 proc. Jednocześnie na krańcach świata - w Korei, Meksyku, Chinach, Indiach - powstały ogromne fabryki zalewające towarami rynki europejskie i północnoamerykańskie. Wielkie ponadnarodowe koncerny rzadko już myślą o rozwoju w innej skali niż globalna. Chiny, gdzie za godzinę pracy pracownika płaci się pięćdziesiątą część tego, co w Niemczech i USA, są znacznie atrakcyjniejszym miejscem produkcji niż oferujące drogą siłę roboczą stare mocarstwa przemysłowe.
W ciągu ostatnich kilkunastu lat do obszarów, na których koncentruje się uwaga inwestorów, dołączyła również Europa Środkowa. Różnice w kosztach pracy w porównaniu z Europą Zachodnią, choć znaczne, są tu wielokrotnie mniejsze niż w przypadku Dalekiego Wschodu. Mimo to wizja delokalizacji produkcji do Polski i Czech stała się prawdziwą zmorą zachodnioeuropejskich rządów i związków zawodowych. Otwieranie przez General Motors czy Volkswagena gigantycznych fabryk w Chinach czy Brazylii jest w jakiś sposób akceptowane. Ruch w stronę przenoszenia fabryk za Odrę wywołuje jednak nadal ogromne emocje, co łatwo było zauważyć w czasie ostatniej fali strajków w zakładach Opla.
Czy jednak obawa przed delokalizacją produkcji do Europy Środkowej nie jest przesadą? W końcu różnica kosztów płacowych między Polską a Chinami jest większa niż różnica między Francją a Polską. Może więc wizja ogromnego przepływu kapitału z zachodu Europy do nowych krajów członkowskich Unii jest nieporozumieniem, a kapitał powędruje do jeszcze tańszych Chin, Korei i Wietnamu?
W takim rozumowaniu jest oczywiście ziarno prawdy, które każe z większą ostrożnością patrzeć na projekcje "przechwycenia" przez nowe kraje członkowskie zachodnioeuropejskiego przemysłu. Można jednak również wskazać kilka przyczyn, dla których spora część kapitału płynącego z zachodu na wschód ulokuje się także u nas.
Po pierwsze, koszty pracy nie są jedynym czynnikiem, który decyduje o atrakcyjności inwestycyjnej kraju. W porównaniu z Chinami czy Wietnamem Polska oferuje większe bezpieczeństwo, przewidywalność i stabilność społeczno-polityczną (choćby nawet rodzimi populiści stawali na głowach), oraz - od czasu wejścia do Unii - system prawny spójny z zachodnioeuropejskim. Nie bez znaczenia są również mniejsze różnice kulturowe. Zauważono, że menedżerowie z Zachodu osiągają jedynie umiarkowane sukcesy biznesowe na Dalekim Wschodzie. Ich lokalni konkurenci z Japonii, Korei czy Tajwanu są w stanie nawiązać lepszy kontakt z chińskimi kontrahentami.
Po drugie, sam koszt pracy nie mówi wszystkiego o konkurencyjności kraju. Liczy się również wykształcenie pracowników oraz zdolność do znalezienia wspólnego języka z zarządzającymi firmą zachodnimi menedżerami. A w tym wypadku, mimo narzekań na polski system edukacyjny, nasza atrakcyjność jest spora.
I po trzecie, koszt pracy nie jest jedynym kosztem, który trzeba ponieść. Rozważając inwestycję za granicą, trzeba wziąć także pod uwagę koszty dostarczenia produktów do konsumenta. Chiny mogą być bardzo atrakcyjnym miejscem do wytwarzania, ale leżą o tysiące mil od Europy i Ameryki Północnej. W bardzo ciekawej analizie Boston Consulting Group pokazano, że niskie koszty produkcji dają Chinom zdecydowaną przewagę nad Polską w tych dziedzinach, w których koszty transportu gotowych produktów nie są duże, np. w elektronice lub tekstyliach. Natomiast tam, gdzie transport końcowego produktu może stanowić znaczną część kosztów, np. samochody i część dóbr AGD, przewaga konkurencyjna leży po stronie polskiej.
Pamiętajmy wreszcie i o tym, są dziedziny, w których Chiny mają w konfrontacji z nami małe szanse. Chodzi tu o znaczną część usług. Usługi świadczy się przeważnie na miejscu (choć są i usługi, np. call centers, które można przenosić za granicę). Dostęp do rynku usług w Europie jest bardzo utrudniony dla firm spoza Unii. Nasza sytuacja jest w tym wypadku komfortowa, bo najdalej za kilka lat znikną jakiekolwiek bariery odgradzające np. niemieckiego pacjenta od polskiego lekarza.
Cała produkcja nie przeniesie się więc do Chin. Na globalizacji skorzystamy również i my, choć polskie specjalizacje wystąpią na pewno w innych sektorach przemysłu i usług. W światowej walce o miejsca pracy naprawdę nie jesteśmy pozbawieni szans.
W ciągu ostatnich kilkunastu lat do obszarów, na których koncentruje się uwaga inwestorów, dołączyła również Europa Środkowa. Różnice w kosztach pracy w porównaniu z Europą Zachodnią, choć znaczne, są tu wielokrotnie mniejsze niż w przypadku Dalekiego Wschodu. Mimo to wizja delokalizacji produkcji do Polski i Czech stała się prawdziwą zmorą zachodnioeuropejskich rządów i związków zawodowych. Otwieranie przez General Motors czy Volkswagena gigantycznych fabryk w Chinach czy Brazylii jest w jakiś sposób akceptowane. Ruch w stronę przenoszenia fabryk za Odrę wywołuje jednak nadal ogromne emocje, co łatwo było zauważyć w czasie ostatniej fali strajków w zakładach Opla.
Czy jednak obawa przed delokalizacją produkcji do Europy Środkowej nie jest przesadą? W końcu różnica kosztów płacowych między Polską a Chinami jest większa niż różnica między Francją a Polską. Może więc wizja ogromnego przepływu kapitału z zachodu Europy do nowych krajów członkowskich Unii jest nieporozumieniem, a kapitał powędruje do jeszcze tańszych Chin, Korei i Wietnamu?
W takim rozumowaniu jest oczywiście ziarno prawdy, które każe z większą ostrożnością patrzeć na projekcje "przechwycenia" przez nowe kraje członkowskie zachodnioeuropejskiego przemysłu. Można jednak również wskazać kilka przyczyn, dla których spora część kapitału płynącego z zachodu na wschód ulokuje się także u nas.
Po pierwsze, koszty pracy nie są jedynym czynnikiem, który decyduje o atrakcyjności inwestycyjnej kraju. W porównaniu z Chinami czy Wietnamem Polska oferuje większe bezpieczeństwo, przewidywalność i stabilność społeczno-polityczną (choćby nawet rodzimi populiści stawali na głowach), oraz - od czasu wejścia do Unii - system prawny spójny z zachodnioeuropejskim. Nie bez znaczenia są również mniejsze różnice kulturowe. Zauważono, że menedżerowie z Zachodu osiągają jedynie umiarkowane sukcesy biznesowe na Dalekim Wschodzie. Ich lokalni konkurenci z Japonii, Korei czy Tajwanu są w stanie nawiązać lepszy kontakt z chińskimi kontrahentami.
Po drugie, sam koszt pracy nie mówi wszystkiego o konkurencyjności kraju. Liczy się również wykształcenie pracowników oraz zdolność do znalezienia wspólnego języka z zarządzającymi firmą zachodnimi menedżerami. A w tym wypadku, mimo narzekań na polski system edukacyjny, nasza atrakcyjność jest spora.
I po trzecie, koszt pracy nie jest jedynym kosztem, który trzeba ponieść. Rozważając inwestycję za granicą, trzeba wziąć także pod uwagę koszty dostarczenia produktów do konsumenta. Chiny mogą być bardzo atrakcyjnym miejscem do wytwarzania, ale leżą o tysiące mil od Europy i Ameryki Północnej. W bardzo ciekawej analizie Boston Consulting Group pokazano, że niskie koszty produkcji dają Chinom zdecydowaną przewagę nad Polską w tych dziedzinach, w których koszty transportu gotowych produktów nie są duże, np. w elektronice lub tekstyliach. Natomiast tam, gdzie transport końcowego produktu może stanowić znaczną część kosztów, np. samochody i część dóbr AGD, przewaga konkurencyjna leży po stronie polskiej.
Pamiętajmy wreszcie i o tym, są dziedziny, w których Chiny mają w konfrontacji z nami małe szanse. Chodzi tu o znaczną część usług. Usługi świadczy się przeważnie na miejscu (choć są i usługi, np. call centers, które można przenosić za granicę). Dostęp do rynku usług w Europie jest bardzo utrudniony dla firm spoza Unii. Nasza sytuacja jest w tym wypadku komfortowa, bo najdalej za kilka lat znikną jakiekolwiek bariery odgradzające np. niemieckiego pacjenta od polskiego lekarza.
Cała produkcja nie przeniesie się więc do Chin. Na globalizacji skorzystamy również i my, choć polskie specjalizacje wystąpią na pewno w innych sektorach przemysłu i usług. W światowej walce o miejsca pracy naprawdę nie jesteśmy pozbawieni szans.