Deficyt mniejszy, ale wydatki nadal rosną
Dodano:
W budżecie na 2005 rok są wprawdzie nowości, ale cięcia wydatków zostawiono następnemu rządowi.
Kiedy będą reformy? Już były
W poniedziałek 30 sierpnia rząd dyskutował o budżecie na przyszły rok. Nim zaczął, wiadomo było, że zasadniczo kupił założenia przygotowane wiosną przez ministra Raczkę. Nie ma co liczyć na zmiany, jeśli nie rusza się wydatków, a taką zapowiedź złożył przez nikogo niepoganiany premier Marek Belka. Zmniejszenie deficytu do 35 mld złotych to efekt wyższej prognozy inflacji i wpływów podatkowych, a nie chęci racjonalizowania wydatków.
Mimo to przyszłoroczny budżet ma kilka cech, które warto odnotować. Sekretarz stanu w Ministerstwie Finansów Elżbieta Suchocka-Roguska w rozmowie z BusinessWeekiem zwraca uwagę, że budżet będzie uwzględniał przyjęte już niektóre ustawy z planu Hausnera. Gdyby nie one, wydatki byłyby jeszcze większe.
Po drugie, budżet zapewnia środki na wyższą składkę do Unii (ponad 10 mld złotych w przyszłym roku), a także na projekty rozwojowe i wspólną politykę rolną (ok. 4 mld zł). W sumie jest to 5 mld złotych więcej po stronie wydatków niż rok temu. Zapowiada się redukcja wydatków rzeczowych na administrację o kilkanaście procent, wreszcie pojawią się w budżecie prawdziwe etaty, a nie tzw. kalkulacyjne. Zlikwidowane zostaną tak zwane środki specjalne, które funkcjonowały poza budżetem i kontrolą. Jednak z drugiej strony nie będzie zasadniczej redukcji zatrudnienia w administracji.
Nadal jest wiele niewiadomych. Nikt w tej chwili, zapewne nawet sam autor nie wie, jakie oszczędności ostatecznie przyniesie plan Hausnera oraz o ile wzrosną podatki, opłaty i składki na ZUS. Nie jest też jasne, co będzie z systemem podatkowym. Ministerstwo Finansów deklaruje, że chce utrzymać tegoroczne stawki. Jednak rządzące partie lewicowe przekrzykują się proponując zmiany albo kosztem budżetu, albo wyżej zarabiających.
Ani premier, ani kolejny minister finansów nie są gotowi do dalszych reform, a budżet pozostaje rozdęty. Minister finansów pilnie złożył jedynie wniosek o ominięcie konstytucyjnego ograniczenia dla wielkości długu publicznego za pomocą brukselskiej metodologii liczenia deficytu.
W efekcie po raz kolejny na zmarnowanie pójdzie część środków wydawanych z budżetu na cele socjalne i inwestycje, nic się nie zmieni w chorym układzie niskich pensji i hojnych świadczeń dla służb mundurowych. Na wieś popłynie kilka miliardów złotych dopłat, jednak rolnicy nadal nie będą opodatkowani, a ich emerytury i renty finansowane z budżetu itd.
Na głębsze reformy zatem należy poczekać do wyborów, bez gwarancji, że koalicja z Platformą Obywatelską, jakakolwiek by była, zacznie energiczniej ograniczać wydatki budżetu. Na razie w piątek 27 sierpnia ponad 20 posłów opozycji nie przyszło na bardzo ważne głosowanie, dzięki czemu propozycja nałożenia kolejnego haraczu na przedsiębiorców powędrowała do komisji zamiast do kosza, bo zabrakło jednego głosu.
W poniedziałek 30 sierpnia rząd dyskutował o budżecie na przyszły rok. Nim zaczął, wiadomo było, że zasadniczo kupił założenia przygotowane wiosną przez ministra Raczkę. Nie ma co liczyć na zmiany, jeśli nie rusza się wydatków, a taką zapowiedź złożył przez nikogo niepoganiany premier Marek Belka. Zmniejszenie deficytu do 35 mld złotych to efekt wyższej prognozy inflacji i wpływów podatkowych, a nie chęci racjonalizowania wydatków.
Mimo to przyszłoroczny budżet ma kilka cech, które warto odnotować. Sekretarz stanu w Ministerstwie Finansów Elżbieta Suchocka-Roguska w rozmowie z BusinessWeekiem zwraca uwagę, że budżet będzie uwzględniał przyjęte już niektóre ustawy z planu Hausnera. Gdyby nie one, wydatki byłyby jeszcze większe.
Po drugie, budżet zapewnia środki na wyższą składkę do Unii (ponad 10 mld złotych w przyszłym roku), a także na projekty rozwojowe i wspólną politykę rolną (ok. 4 mld zł). W sumie jest to 5 mld złotych więcej po stronie wydatków niż rok temu. Zapowiada się redukcja wydatków rzeczowych na administrację o kilkanaście procent, wreszcie pojawią się w budżecie prawdziwe etaty, a nie tzw. kalkulacyjne. Zlikwidowane zostaną tak zwane środki specjalne, które funkcjonowały poza budżetem i kontrolą. Jednak z drugiej strony nie będzie zasadniczej redukcji zatrudnienia w administracji.
Nadal jest wiele niewiadomych. Nikt w tej chwili, zapewne nawet sam autor nie wie, jakie oszczędności ostatecznie przyniesie plan Hausnera oraz o ile wzrosną podatki, opłaty i składki na ZUS. Nie jest też jasne, co będzie z systemem podatkowym. Ministerstwo Finansów deklaruje, że chce utrzymać tegoroczne stawki. Jednak rządzące partie lewicowe przekrzykują się proponując zmiany albo kosztem budżetu, albo wyżej zarabiających.
Ani premier, ani kolejny minister finansów nie są gotowi do dalszych reform, a budżet pozostaje rozdęty. Minister finansów pilnie złożył jedynie wniosek o ominięcie konstytucyjnego ograniczenia dla wielkości długu publicznego za pomocą brukselskiej metodologii liczenia deficytu.
W efekcie po raz kolejny na zmarnowanie pójdzie część środków wydawanych z budżetu na cele socjalne i inwestycje, nic się nie zmieni w chorym układzie niskich pensji i hojnych świadczeń dla służb mundurowych. Na wieś popłynie kilka miliardów złotych dopłat, jednak rolnicy nadal nie będą opodatkowani, a ich emerytury i renty finansowane z budżetu itd.
Na głębsze reformy zatem należy poczekać do wyborów, bez gwarancji, że koalicja z Platformą Obywatelską, jakakolwiek by była, zacznie energiczniej ograniczać wydatki budżetu. Na razie w piątek 27 sierpnia ponad 20 posłów opozycji nie przyszło na bardzo ważne głosowanie, dzięki czemu propozycja nałożenia kolejnego haraczu na przedsiębiorców powędrowała do komisji zamiast do kosza, bo zabrakło jednego głosu.