Koniec prowizorki
Dodano:
Prywatna wyższa uczelnia to może nie kokosy, ale dostatnie życie - na pewno
Opowieści o tym, że prywatna uczelnia to znakomita maszynka do robienia pieniędzy, trzeba włożyć między bajki - twierdzą zgodnie ich założyciele.
- Nie znam bardziej skomplikowanego i kłopotliwego sposobu na zarabianie pieniędzy - uważa prof. Mirosław Zdanowski, twórca i rektor warszawskiej Wyższej Szkoły Ubezpieczeń i Bankowości, a zarazem prezes Stowarzyszenia Rektorów i Założycieli Uczelni Niepaństwowych. - Z woli ustawodawcy szkoły wyższe działają w systemie non profit. To oczywiście nie znaczy, że założyciel nie ma z nich żadnych korzyści. Nie wszystkie mają charakter materialny - dodaje Zdanowski.
Zgodnie z polskim prawem prywatne uczelnie nie mają właścicieli - rządzą nimi ci, którzy je zakładali. Szkoły te nie płacą podatków, ale zyski muszą przeznaczać na cele określone w statucie, czyli na utrzymanie i rozwój działalności edukacyjnej. O konkretach decyduje oczywiście założyciel, w przytłaczającej większości wypadków zasiadający we władzach szkoły. Z tego tytułu pobiera wynagrodzenie - takie, jakie sam uzna za stosowne. To główny mechanizm czerpania korzyści z prowadzonej działalności. Oczywiście dochody bywają różne - są rektorzy z niewielką, zaledwie kilkutysięczną pensją oraz tacy, którzy co miesiąc inkasują kilkadziesiąt tysięcy złotych, jeżdżą służbowymi samochodami, posługują się komórkami opłacanymi przez uczelnię, mieszkają nawet w należących do niej domach, jak to się dzieje w wypadku Wyższej Szkoły Humanistycznej w Pułtusku.
Ucieczka od gorsetu
Jeśli wierzyć zapewnieniom założycieli, zrobienie wielkiego biznesu na edukacji było ostatnią rzeczą, jaka im przychodziła do głowy, gdy podejmowali decyzje o utworzeniu uczelni. W bardzo wielu wypadkach była to grupa nauczycieli akademickich z różnych względów pragnąca uniezależnić się od macierzystej uczelni publicznej.
- Prywatne uczelnie dają pracownikom naukowym szansę na szybszy rozwój zawodowy - uważa Mirosław Zdanowski. - Na państwowych uczelniach całymi latami nie zwalniają się stanowiska profesorskie, a zdobywanie kolejnych stopni naukowych bywa hamowane - dodaje. - Nie ma się więc co dziwić, że niektórzy wolą podjąć ryzyko i stworzyć własną szkołę, w której mogą decydować w zasadzie o wszystkim.
Nieporozumienia z Uniwersytetem Szczecińskim dały początek Zachodniopomorskiej Szkole Biznesu w Szczecinie. - Obecnie rządzi nią grupa partnerska, w której skład poza nauczycielami akademickimi wchodzą biznesmeni i działacze lokalnych stowarzyszeń - wyjaśnia prof. Antoni Nowakowski, prorektor ZSB. W rezultacie powstała największa prywatna uczelnia na Pomorzu Zachodnim, kształcąca prawie 4 tys. osób.
Bywa również, że stworzenie wyższej uczelni jest kontynuacją wcześniej prowadzonej działalności edukacyjnej - tak było w wypadku lubelskiej Wyższej Szkoły Przedsiębiorczości i Administracji. - Spółka założycielska prowadziła szkolenia i szkoły pomaturalne. Dni tych ostatnich były policzone, należało więc poszukać innej formuły. Dobrze radziły sobie uczelnie niepaństwowe, a że w Lublinie nie było jeszcze żadnej (nie licząc KUL-u), wniosek nasuwał się sam - mówi Radosław Marciniak, kanclerz WSPiA.
Liczy się misja
Sporą grupą założycieli są stowarzyszenia i organizacje społeczne. Tak jest choćby w wypadku Wyższej Szkoły Humanistyczno-Ekonomicznej we Włocławku, założonej przez działające od 25 lat miejscowe Towarzystwo Naukowe.
- Stworzenie wyższej uczelni we Włocławku, który na tym poziomie był edukacyjną pustynią, od początku było głównym celem towarzystwa - podkreśla jego prezes Stanisław Kunikowski. - Nie ma tu mowy o żadnym biznesie, bo wszyscy pełnimy swoje funkcje społecznie. O własnych siłach, bez żadnej pomocy materialnej państwa czy miasta WSHE dorobiła się majątku o wartości 22 mln zł, i to przy najniższym czesnym w regionie.
Również Wyższa Szkoła Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie, jedna z najprężniejszych uczelni w południowej Polsce, powstała dzięki Stowarzyszeniu Promocji Przedsiębiorczości. Jego prezes Tadeusz Pomianek najpierw pełnił funkcję kanclerza, obecnie jest rektorem.
Kształceniem młodzieży, choć na razie w wymiarze symbolicznym, zajęła się też Polska Konfederacja Pracodawców Prywatnych "Lewiatan", która w tym roku (razem z rzeszowską WSIiZ) weszła do grona założycieli Wyższej Szkoły Europejskiej im. ks. J. Tischnera w Krakowie. - To typowe przedsięwzięcie misyjne, a nie biznesowe - podkreśla dyrektor generalny PKPP Lech Pilawski. - Szkoła jest dla nas polem doświadczalnym. Widzimy potrzebę nowoczesnej edukacji dostosowanej do potrzeb współczesnego świata. PKPP ma dużą wiedzę o potrzebach biznesu i w WSE będziemy się starali ją spożytkować.
Gronostaje kuszą
- Nie bez znaczenia jest również prestiż, jaki osoba zakładająca szkołę zyskuje w lokalnej społeczności - wskazuje Mirosław Zdanowski. To, jego zdaniem, może być nawet ważniejsze niż spodziewane profity. I naprawdę nikt nie przejmuje się tym, że gronostaje produkuje się z królików.
Rzeczywiście, wszyscy zapytani przez BusinessWeek założyciele mówią o misji edukacyjnej, potrzebach regionu, chęci sprostania wyzwaniom. Nie ma powodu, aby wątpić w te deklaracje, ale nie wolno zapominać, że każda uczelnia to potężny majątek trwały i dziesiątki albo nawet setki stosunkowo stabilnych miejsc pracy, zarówno w samej szkole, jak i jej najbliższym otoczeniu. Nowosądecka Wyższa Szkoła Biznesu - National-Louis University, jedna z najbardziej renomowanych szkół wyższych w Polsce, ocenia wartość swego majątku na 40 mln zł, Wyższa Szkoła Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie - na 25,4 mln zł, a niezbyt wielka, nawet w polskich warunkach, Wyższa Szkoła Zarządzania i Marketingu w Sochaczewie - na 9 mln zł. Majątkiem dysponuje założyciel.
Tajne finanse
Trudno ustalić, jak uczelnie radzą sobie pod względem biznesowym, bo wiele szkół odmówiło nam podania jakichkolwiek danych finansowych. Żaden z założycieli nie zadeklarował chęci porzucenia prowadzonej działalności. Znamienne jest przy tym to, że chętniej o sobie mówią uczelnie mniej znane. Szkoły uchodzące za renomowane, od wielu lat zajmujące czołowe miejsca w rankingach, najczęściej zasłaniają się tajemnicą handlową. Z tej grupy na naszą ankietę odpowiedziała tylko nowosądecka Wyższa Szkoła Biznesu - National-Louis University. W ostatnim roku obrachunkowym osiągnęła prawie 3,7 mln zł zysku, przy przychodach 22,7 mln zł.
Zbiorcze informacje na temat wyników finansowych wyższych uczelni za 2004 rok Główny Urząd Statystyczny opublikuje dopiero w sierpniu. Według danych za 2003 rok, wyższe szkoły niepubliczne osiągnęły przychody w wysokości 2 mld zł (1,9 mld zł w 2002 roku), zaś wynik finansowy netto wyniósł 255 mln zł wobec 270 mln zł w 2002 roku.
Powściągliwość informacyjna największych prywatnych uczelni mniej jednak dziwi w zestawieniu z powtarzającymi się opiniami o nadciągających ciężkich czasach. Niż demograficzny w rocznikach potencjalnych studentów sprawia, że chętnych do studiowania jest znacznie mniej - w wypadku niektórych uczelni nawet o połowę, co oznacza skokowy spadek wpływów z czesnego. Szkoły, które nie przygotowały się do tego tąpnięcia, mogą mieć duże kłopoty. Czy odmowa podania informacji o przychodach i zyskach może być próbą ich ukrycia?
Olbrzymy i karły
Co zatem wiadomo o codzienności prywatnych wyższych uczelni? To liczne grono - w prowadzonych przez Ministerstwo Edukacji Narodowej i Sportu rejestrach zapisanych jest ich prawie 300. Są bardzo różne - od maleńkich szkół kształcących około setki studentów na jednym kierunku na poziomie licencjatu, po bardzo duże, mające kilkanaście tysięcy studentów na kilkunastu kierunkach i specjalnościach, które mogą przyznawać tytuł naukowy doktora. Między tymi biegunami - wszelkie możliwe konfiguracje.
Prym wiodą kierunki ekonomiczne, a wśród nich marketing i zarządzanie, które - według badań przeprowadzonych przez Instytut Społeczeństwa Wiedzy - studiuje jedna czwarta studentów. - Można zaobserwować pewne mody, jeśli chodzi o otwierane kierunki - mówi prof. Andrzej Jamiołkowski, przewodniczący Państwowej Komisji Akredytacyjnej, oceniającej jakość kształcenia w polskich szkołach wyższych. - Kiedyś było to zarządzanie i marketing, teraz najwięcej pracy ma nasz zespół nauk społecznych - bardzo wiele wniosków o uruchomienie nowego kierunku studiów dotyczy pedagogiki, socjologii i psychologii. Co nie znaczy, że zainteresowanie naukami ekonomicznymi zniknęło - wyjaśnia prof. Jamiołkowski. - Pracujemy również nad wnioskiem o uruchomienie nauczania chemii, które wymaga potężnego zaplecza laboratoryjnego. Jedna z dużych firm z południa Polski doszła do wniosku, że woli otworzyć uczelnię, niż martwić się brakiem odpowiedniej kadry.
Coraz lepsza jakość
- W pierwszym okresie działalności szkół niepublicznych dominował model "klasa, tablica i nauczyciel", w dodatku niekoniecznie przygotowany do wykładania danego przedmiotu - wspomina szef Komisji Akredytacyjnej. - Teraz to już przeszłość, szkoły pomyślane w ten sposób nie mają szansy na naszą pozytywną opinię - podkreśla.
Jego zdaniem, dużo trudniejsze jest teraz stworzenie uczelni nastawionej wyłącznie na łatwy i szybki zysk. - Umiemy rozpoznać, która szkoła zaplanowana jest na długi czas, a która na trzy lata - mówi. - W takiej sytuacji nie ma szans na naszą pozytywną opinię i szkoła nie zostaje wpisana do rejestru. W ciągu trzech lat działania PKA przepadł niemal co drugi wniosek (1017 spośród 2049 rozpatrzonych), ale z każdym rokiem odrzuconych jest coraz mniej. - Wnioski są przygotowane o wiele bardziej profesjonalnie - podkreśla szef komisji.
Niemniej jednak ciągle zdarzają się "skoki na kasę". Wkrótce na wokandę powinna trafić głośna sprawa Marka Grzelewskiego, byłego rektora warszawskiej Wyższej Szkoły Dziennikarstwa im. M. Wańkowicza. Oskarża się go o przywłaszczenie z kasy szkoły ponad 10 mln zł. Niedawno z lubelskiej Wyższej Szkoły Humanistycznej im. A. Szubartowskiego odeszli prawie wszyscy wykładowcy, bo od listopada nie dostawali pensji. Gdy sprawa wyszła na jaw, założyciel uczelni Piotr Szubartowski oskarżył ich o niszczenie jej "pozytywnego wizerunku".
- O aferach zawsze najwięcej wiadomo - komentuje Mirosław Zdanowski. - Ale moim zdaniem złodzieje i przekręciarze to 3 proc. wszystkich założycieli. I niech ich jak najprędzej wyłapią!
Weryfikacja w PKA ogranicza jeszcze jedną bolączkę prywatnego szkolnictwa wyższego, charakterystyczną dla pierwszych lat jego działalności - "latających profesorów". - Opowieści o wykładowcach zatrudnionych na kilkunastu uczelniach mają raczej charakter dykteryjek - zapewnia Jamiołkowski. - Dzięki komputerowej bazie danych od razu wychwytujemy wykładowców zatrudnionych w zbyt wielu miejscach. Szczególnie ważne jest to w wypadku nauczycieli zaliczanych do tzw. minimum kadrowego, czyli gwarantujących właściwy poziom procesu dydaktycznego na danym kierunku. W ich wypadku maksimum to dwa etaty - twierdzi Andrzej Jamiołkowski.
Idzie burza
Uczelnie chcą się rozwijać - uruchamiać nowe kierunki, rozbudowywać bazę dydaktyczną, podnosić poziom kształcenia, zdobywać uprawnienia do nadawania wyższych tytułów naukowych. Ale nie wszystkim się to uda. Założyciele szkół przewidują, że najbliższe lata przyniosą wielkie zmiany - z edukacyjnej mapy Polski może zniknąć co trzecia uczelnia. - Nowa ustawa o szkolnictwie wyższym zaostrzy wymagania kadrowe. Najmniejsze szkoły, mające około setki studentów, nie będą w stanie utrzymać minimum kadrowego i najprawdopodobniej przestaną istnieć, a ich studentów przejmą silniejsze ośrodki - przewiduje prof. Antoni Nowakowski. - Szkoły renomowane, największe, dzięki lepszej kondycji finansowej przetrwają nadchodzący kryzys - dopowiada Radosław Marciniak z WSPiA. - Nie oznacza to jednak, że połowa szkół po prostu wyparuje. Część z nich połączy się zapewne z większymi, prężniejszymi uczelniami - przewiduje.
Kanclerz lubelskiej uczelni rysuje też inny scenariusz. - Z jednej strony na rynku pozostaną uczelnie dobre, kształcące na wysokim poziomie, a z drugiej uczelnie słabe. Znikną natomiast uczelnie średniej wielkości, kształcące na przyzwoitym poziomie. Studenci zainteresowani wysokim poziomem nauczania znajdą miejsce w szkołach dobrych, natomiast ci, dla których ważniejsze będzie po prostu bycie na uczelni niż zdobycie solidnego wykształcenia, wybiorą szkoły tańsze, o wątpliwej renomie. - Zakładam jednak, że ten scenariusz się nie spełni - zastrzega kanclerz.
Zwolennicy konsolidacji to oczywiście przedstawiciele dobrych uczelni, które w tym procesie będą stroną przejmującą. Zupełnie inaczej zapatrują się na to założyciele szkół mniejszych i słabszych.
- Na pewno wiele szkół zniknie, ale dopiero po ciężkich bojach - prorokuje Mirosław Zdanowski. - Będą walczyć do końca, na zasadzie "po nas choćby potop", nie zgodzą się na przejęcie. Zresztą i duże, renomowane szkoły, jeśli szybko nie zmniejszą kosztów działalności, dostosowanych przecież do dużo większej liczby studentów, mogą mieć poważne kłopoty. - Tak czy inaczej, dla prywatnych uczelni nadchodzą burzliwe czasy - mówi szef Stowarzyszenia Rektorów i Założycieli Uczelni Niepaństwowych.
Uczelniany biznes
Roczne przychody: 25-35 mln zł
Struktura przychodów: działalność dydaktyczna 95 proc., działalność badawcza i gospodarcza 5 proc.
Czesne: 1500-5500 zł/semestr
Wpisowe: 300-600 zł
Zysk: 1-3 mln zł
Wartość majątku: 20-50 mln zł
Źródło: szacunki BusinessWeeka na podstawie danych uczelni i GUS
Jaka jest typowa szkoła prywatna?
Lokalizacja: miasto powyżej 100 tys. mieszkańców
Kierunki studiów: marketing i zarządzanie, ekonomia, informatyka, pedagogika, politologia, turystyka i hotelarstwo
Liczba studentów: 3-6 tys. (większość zaocznych)
Kadra dydaktyczna: 6-25 profesorów, 50-250 nauczycieli ogółem
Baza lokalowa: własne budynki dydaktyczne, aula, biblioteka
Źródło: informacje uczelni
Nietypowe idee
Dyplom z makijażu i biznesu na wsi
Aby powstała wyższa uczelnia, wystarczy upór założyciela
Mikołaj Tomulewicz, założyciel Wyższej Szkoły Kosmetologii w Białymstoku, potrzebował kilku lat, aby przekonać decydentów, że wiedza, którą chce przekazywać, w ogóle nadaje się do studiowania.
- Kiedy starałem się o zgodę na uruchomienie szkoły, kosmetologię mylono z kosmitologią - wspomina. Nie poddał się jednak i dwa lata temu rozpoczął nauczanie na kierunku zdrowie publiczne ze specjalnością kosmetologia, na którym tytuł licencjata zdobywa 300 osób.
- To był strzał w dziesiątkę - szef białostockiej szkoły nie kryje satysfakcji. - W naszym starzejącym się, ale i bogacącym się społeczeństwie ludzie chcą jak najdłużej być sprawni i dobrze wyglądać. Dla nich właśnie trzeba wykształcić profesjonalistów i do tego potrzebna jest moja szkoła, bo na rynku jest ewidentna luka.
Urodzony w Białymstoku Tomulewicz wie, o czym mówi, bo równolegle ze szkołą prowadzi sieć salonów fryzjersko-kosmetycznych i miał już kłopoty ze znalezieniem odpowiednich pracowników.
Na razie założyciel nie ma wiele
ze szkoły. - Do zeszłego roku jako kanclerz brałem 3 tys. zł brutto, potem dałem sobie podwyżkę do 5 tys. Jeżdżę prywatnym samochodem i sam płacę ubezpieczenie. A włożyłem w szkołę 250 tys. zł i w ciągu dwóch lat zainwestuję jeszcze co najmniej pół miliona - zapowiada. Chce zbudować aulę i szkolny salon kosmetyczno-fryzjerski, który będzie świadczył płatne usługi.
Tomulewicz wydaje własne pieniądze, zarobione w ciągu 20 lat pracy w niemieckiej firmie kosmetyczno-farmaceutycznej.
- Miasto nie dało mi ani grosza - ubolewa. Nie wszędzie władze miejskie są takie skąpe. Tychy na przykład swoją szkołę sfinansowały w całości. Założycielem Wyższej Szkoły Zarządzania i Nauk Społecznych jest spółka, w której miasto ma 99,87 proc. udziałów (pozostałe trzy akcje należą do trojga profesorów, którzy zasiadają we władzach uczelni). To jedyna miejska uczelnia w Polsce. Szkoła kształci obecnie ponad 2600 studentów, ale w trybie dziennym zaledwie 355. Czesne jest niskie (1300 i 1850 zł za semestr), ale nie chodzi o zarobek. - Utworzenie uczelni miało na celu głównie realizacje interesów tyskiej społeczności lokalnej i społeczności regionu. Mniejsze znaczenie miały czynniki ekonomiczne - deklaruje Agnieszka Rusnak z rektoratu szkoły. I to z pewnością jest prawda: w ubiegłym roku szkoła wypracowała wprawdzie niewielki zysk (niecałe 52 tys. zł), ale spółka założycielska w tym samym czasie zanotowała stratę w wysokości ponad 20 mln zł (a prawie 70 mln w 2003 r.). Niestety, nie udało się nam porozmawiać z prezesem spółki Grzegorzem Grządzielem o przyczynach tego fenomenu, bo akurat przysłuchiwał się obronom prac dyplomowych.
Nie tylko w Tychach nie można zastać osób odpowiedzialnych za finanse uczelni. Podobne kłopoty mieliśmy w Warcinie. Okazało się, że pani kanclerz Wyższej Szkoły Biznesu Wiejskiego większość czasu spędza w Słupsku, bo tam szkoła ma swój punkt konsultacyjny. Dobrze byłoby wiedzieć, jak sobie radzi uczelnia z premedytacją ulokowana w środku regionu o bardzo wysokim bezrobociu, tym bardziej że utrzymanie siedziby - zespołu pałacowo-parkowego należącego niegdyś do rodu Bismarcków - musi niemało kosztować.
Uczelnia w Warcinie zatrudnia wymienionych z nazwiska 9 profesorów, publikuje w internecie szczegółowy program studiów i terminy sesji egzaminacyjnych. Wygląda na to, że nie ma nic do ukrycia.
Nie wiadomo natomiast, co myśleć o Wyższej Inżynierskiej Szkole Przedsiębiorczości w Poniatowej niedaleko Nałęczowa, która deklaruje (w linku ze strony gminy), że zajęcia realizują nauczyciele z renomowanych uczelni krajowych, w tym lubelskich, ale nie podaje żadnych nazwisk. Przekonuje też, że zdobyta tam "wiedza inżynierska ma dać im [absolwentom] znajomość tak z zakresu dziedziny budowy maszyn (...) jak i wykorzystania grafik komputerowych i technik multimedialnych".
Kiedy jednak chcieliśmy się dowiedzieć czegoś więcej o realizacji tych ambitnych planów, okazało się, że szkoła nie ma dostępu do internetu, e-mail można było wysłać tylko do dziekana na jego prywatną skrzynkę, a jedyny faks jest akurat zepsuty. Szkoła pozytywnie przeszła weryfikację w MENiS i PKA.
- Nie znam bardziej skomplikowanego i kłopotliwego sposobu na zarabianie pieniędzy - uważa prof. Mirosław Zdanowski, twórca i rektor warszawskiej Wyższej Szkoły Ubezpieczeń i Bankowości, a zarazem prezes Stowarzyszenia Rektorów i Założycieli Uczelni Niepaństwowych. - Z woli ustawodawcy szkoły wyższe działają w systemie non profit. To oczywiście nie znaczy, że założyciel nie ma z nich żadnych korzyści. Nie wszystkie mają charakter materialny - dodaje Zdanowski.
Zgodnie z polskim prawem prywatne uczelnie nie mają właścicieli - rządzą nimi ci, którzy je zakładali. Szkoły te nie płacą podatków, ale zyski muszą przeznaczać na cele określone w statucie, czyli na utrzymanie i rozwój działalności edukacyjnej. O konkretach decyduje oczywiście założyciel, w przytłaczającej większości wypadków zasiadający we władzach szkoły. Z tego tytułu pobiera wynagrodzenie - takie, jakie sam uzna za stosowne. To główny mechanizm czerpania korzyści z prowadzonej działalności. Oczywiście dochody bywają różne - są rektorzy z niewielką, zaledwie kilkutysięczną pensją oraz tacy, którzy co miesiąc inkasują kilkadziesiąt tysięcy złotych, jeżdżą służbowymi samochodami, posługują się komórkami opłacanymi przez uczelnię, mieszkają nawet w należących do niej domach, jak to się dzieje w wypadku Wyższej Szkoły Humanistycznej w Pułtusku.
Ucieczka od gorsetu
Jeśli wierzyć zapewnieniom założycieli, zrobienie wielkiego biznesu na edukacji było ostatnią rzeczą, jaka im przychodziła do głowy, gdy podejmowali decyzje o utworzeniu uczelni. W bardzo wielu wypadkach była to grupa nauczycieli akademickich z różnych względów pragnąca uniezależnić się od macierzystej uczelni publicznej.
- Prywatne uczelnie dają pracownikom naukowym szansę na szybszy rozwój zawodowy - uważa Mirosław Zdanowski. - Na państwowych uczelniach całymi latami nie zwalniają się stanowiska profesorskie, a zdobywanie kolejnych stopni naukowych bywa hamowane - dodaje. - Nie ma się więc co dziwić, że niektórzy wolą podjąć ryzyko i stworzyć własną szkołę, w której mogą decydować w zasadzie o wszystkim.
Nieporozumienia z Uniwersytetem Szczecińskim dały początek Zachodniopomorskiej Szkole Biznesu w Szczecinie. - Obecnie rządzi nią grupa partnerska, w której skład poza nauczycielami akademickimi wchodzą biznesmeni i działacze lokalnych stowarzyszeń - wyjaśnia prof. Antoni Nowakowski, prorektor ZSB. W rezultacie powstała największa prywatna uczelnia na Pomorzu Zachodnim, kształcąca prawie 4 tys. osób.
Bywa również, że stworzenie wyższej uczelni jest kontynuacją wcześniej prowadzonej działalności edukacyjnej - tak było w wypadku lubelskiej Wyższej Szkoły Przedsiębiorczości i Administracji. - Spółka założycielska prowadziła szkolenia i szkoły pomaturalne. Dni tych ostatnich były policzone, należało więc poszukać innej formuły. Dobrze radziły sobie uczelnie niepaństwowe, a że w Lublinie nie było jeszcze żadnej (nie licząc KUL-u), wniosek nasuwał się sam - mówi Radosław Marciniak, kanclerz WSPiA.
Liczy się misja
Sporą grupą założycieli są stowarzyszenia i organizacje społeczne. Tak jest choćby w wypadku Wyższej Szkoły Humanistyczno-Ekonomicznej we Włocławku, założonej przez działające od 25 lat miejscowe Towarzystwo Naukowe.
- Stworzenie wyższej uczelni we Włocławku, który na tym poziomie był edukacyjną pustynią, od początku było głównym celem towarzystwa - podkreśla jego prezes Stanisław Kunikowski. - Nie ma tu mowy o żadnym biznesie, bo wszyscy pełnimy swoje funkcje społecznie. O własnych siłach, bez żadnej pomocy materialnej państwa czy miasta WSHE dorobiła się majątku o wartości 22 mln zł, i to przy najniższym czesnym w regionie.
Również Wyższa Szkoła Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie, jedna z najprężniejszych uczelni w południowej Polsce, powstała dzięki Stowarzyszeniu Promocji Przedsiębiorczości. Jego prezes Tadeusz Pomianek najpierw pełnił funkcję kanclerza, obecnie jest rektorem.
Kształceniem młodzieży, choć na razie w wymiarze symbolicznym, zajęła się też Polska Konfederacja Pracodawców Prywatnych "Lewiatan", która w tym roku (razem z rzeszowską WSIiZ) weszła do grona założycieli Wyższej Szkoły Europejskiej im. ks. J. Tischnera w Krakowie. - To typowe przedsięwzięcie misyjne, a nie biznesowe - podkreśla dyrektor generalny PKPP Lech Pilawski. - Szkoła jest dla nas polem doświadczalnym. Widzimy potrzebę nowoczesnej edukacji dostosowanej do potrzeb współczesnego świata. PKPP ma dużą wiedzę o potrzebach biznesu i w WSE będziemy się starali ją spożytkować.
Gronostaje kuszą
- Nie bez znaczenia jest również prestiż, jaki osoba zakładająca szkołę zyskuje w lokalnej społeczności - wskazuje Mirosław Zdanowski. To, jego zdaniem, może być nawet ważniejsze niż spodziewane profity. I naprawdę nikt nie przejmuje się tym, że gronostaje produkuje się z królików.
Rzeczywiście, wszyscy zapytani przez BusinessWeek założyciele mówią o misji edukacyjnej, potrzebach regionu, chęci sprostania wyzwaniom. Nie ma powodu, aby wątpić w te deklaracje, ale nie wolno zapominać, że każda uczelnia to potężny majątek trwały i dziesiątki albo nawet setki stosunkowo stabilnych miejsc pracy, zarówno w samej szkole, jak i jej najbliższym otoczeniu. Nowosądecka Wyższa Szkoła Biznesu - National-Louis University, jedna z najbardziej renomowanych szkół wyższych w Polsce, ocenia wartość swego majątku na 40 mln zł, Wyższa Szkoła Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie - na 25,4 mln zł, a niezbyt wielka, nawet w polskich warunkach, Wyższa Szkoła Zarządzania i Marketingu w Sochaczewie - na 9 mln zł. Majątkiem dysponuje założyciel.
Tajne finanse
Trudno ustalić, jak uczelnie radzą sobie pod względem biznesowym, bo wiele szkół odmówiło nam podania jakichkolwiek danych finansowych. Żaden z założycieli nie zadeklarował chęci porzucenia prowadzonej działalności. Znamienne jest przy tym to, że chętniej o sobie mówią uczelnie mniej znane. Szkoły uchodzące za renomowane, od wielu lat zajmujące czołowe miejsca w rankingach, najczęściej zasłaniają się tajemnicą handlową. Z tej grupy na naszą ankietę odpowiedziała tylko nowosądecka Wyższa Szkoła Biznesu - National-Louis University. W ostatnim roku obrachunkowym osiągnęła prawie 3,7 mln zł zysku, przy przychodach 22,7 mln zł.
Zbiorcze informacje na temat wyników finansowych wyższych uczelni za 2004 rok Główny Urząd Statystyczny opublikuje dopiero w sierpniu. Według danych za 2003 rok, wyższe szkoły niepubliczne osiągnęły przychody w wysokości 2 mld zł (1,9 mld zł w 2002 roku), zaś wynik finansowy netto wyniósł 255 mln zł wobec 270 mln zł w 2002 roku.
Powściągliwość informacyjna największych prywatnych uczelni mniej jednak dziwi w zestawieniu z powtarzającymi się opiniami o nadciągających ciężkich czasach. Niż demograficzny w rocznikach potencjalnych studentów sprawia, że chętnych do studiowania jest znacznie mniej - w wypadku niektórych uczelni nawet o połowę, co oznacza skokowy spadek wpływów z czesnego. Szkoły, które nie przygotowały się do tego tąpnięcia, mogą mieć duże kłopoty. Czy odmowa podania informacji o przychodach i zyskach może być próbą ich ukrycia?
Olbrzymy i karły
Co zatem wiadomo o codzienności prywatnych wyższych uczelni? To liczne grono - w prowadzonych przez Ministerstwo Edukacji Narodowej i Sportu rejestrach zapisanych jest ich prawie 300. Są bardzo różne - od maleńkich szkół kształcących około setki studentów na jednym kierunku na poziomie licencjatu, po bardzo duże, mające kilkanaście tysięcy studentów na kilkunastu kierunkach i specjalnościach, które mogą przyznawać tytuł naukowy doktora. Między tymi biegunami - wszelkie możliwe konfiguracje.
Prym wiodą kierunki ekonomiczne, a wśród nich marketing i zarządzanie, które - według badań przeprowadzonych przez Instytut Społeczeństwa Wiedzy - studiuje jedna czwarta studentów. - Można zaobserwować pewne mody, jeśli chodzi o otwierane kierunki - mówi prof. Andrzej Jamiołkowski, przewodniczący Państwowej Komisji Akredytacyjnej, oceniającej jakość kształcenia w polskich szkołach wyższych. - Kiedyś było to zarządzanie i marketing, teraz najwięcej pracy ma nasz zespół nauk społecznych - bardzo wiele wniosków o uruchomienie nowego kierunku studiów dotyczy pedagogiki, socjologii i psychologii. Co nie znaczy, że zainteresowanie naukami ekonomicznymi zniknęło - wyjaśnia prof. Jamiołkowski. - Pracujemy również nad wnioskiem o uruchomienie nauczania chemii, które wymaga potężnego zaplecza laboratoryjnego. Jedna z dużych firm z południa Polski doszła do wniosku, że woli otworzyć uczelnię, niż martwić się brakiem odpowiedniej kadry.
Coraz lepsza jakość
- W pierwszym okresie działalności szkół niepublicznych dominował model "klasa, tablica i nauczyciel", w dodatku niekoniecznie przygotowany do wykładania danego przedmiotu - wspomina szef Komisji Akredytacyjnej. - Teraz to już przeszłość, szkoły pomyślane w ten sposób nie mają szansy na naszą pozytywną opinię - podkreśla.
Jego zdaniem, dużo trudniejsze jest teraz stworzenie uczelni nastawionej wyłącznie na łatwy i szybki zysk. - Umiemy rozpoznać, która szkoła zaplanowana jest na długi czas, a która na trzy lata - mówi. - W takiej sytuacji nie ma szans na naszą pozytywną opinię i szkoła nie zostaje wpisana do rejestru. W ciągu trzech lat działania PKA przepadł niemal co drugi wniosek (1017 spośród 2049 rozpatrzonych), ale z każdym rokiem odrzuconych jest coraz mniej. - Wnioski są przygotowane o wiele bardziej profesjonalnie - podkreśla szef komisji.
Niemniej jednak ciągle zdarzają się "skoki na kasę". Wkrótce na wokandę powinna trafić głośna sprawa Marka Grzelewskiego, byłego rektora warszawskiej Wyższej Szkoły Dziennikarstwa im. M. Wańkowicza. Oskarża się go o przywłaszczenie z kasy szkoły ponad 10 mln zł. Niedawno z lubelskiej Wyższej Szkoły Humanistycznej im. A. Szubartowskiego odeszli prawie wszyscy wykładowcy, bo od listopada nie dostawali pensji. Gdy sprawa wyszła na jaw, założyciel uczelni Piotr Szubartowski oskarżył ich o niszczenie jej "pozytywnego wizerunku".
- O aferach zawsze najwięcej wiadomo - komentuje Mirosław Zdanowski. - Ale moim zdaniem złodzieje i przekręciarze to 3 proc. wszystkich założycieli. I niech ich jak najprędzej wyłapią!
Weryfikacja w PKA ogranicza jeszcze jedną bolączkę prywatnego szkolnictwa wyższego, charakterystyczną dla pierwszych lat jego działalności - "latających profesorów". - Opowieści o wykładowcach zatrudnionych na kilkunastu uczelniach mają raczej charakter dykteryjek - zapewnia Jamiołkowski. - Dzięki komputerowej bazie danych od razu wychwytujemy wykładowców zatrudnionych w zbyt wielu miejscach. Szczególnie ważne jest to w wypadku nauczycieli zaliczanych do tzw. minimum kadrowego, czyli gwarantujących właściwy poziom procesu dydaktycznego na danym kierunku. W ich wypadku maksimum to dwa etaty - twierdzi Andrzej Jamiołkowski.
Idzie burza
Uczelnie chcą się rozwijać - uruchamiać nowe kierunki, rozbudowywać bazę dydaktyczną, podnosić poziom kształcenia, zdobywać uprawnienia do nadawania wyższych tytułów naukowych. Ale nie wszystkim się to uda. Założyciele szkół przewidują, że najbliższe lata przyniosą wielkie zmiany - z edukacyjnej mapy Polski może zniknąć co trzecia uczelnia. - Nowa ustawa o szkolnictwie wyższym zaostrzy wymagania kadrowe. Najmniejsze szkoły, mające około setki studentów, nie będą w stanie utrzymać minimum kadrowego i najprawdopodobniej przestaną istnieć, a ich studentów przejmą silniejsze ośrodki - przewiduje prof. Antoni Nowakowski. - Szkoły renomowane, największe, dzięki lepszej kondycji finansowej przetrwają nadchodzący kryzys - dopowiada Radosław Marciniak z WSPiA. - Nie oznacza to jednak, że połowa szkół po prostu wyparuje. Część z nich połączy się zapewne z większymi, prężniejszymi uczelniami - przewiduje.
Kanclerz lubelskiej uczelni rysuje też inny scenariusz. - Z jednej strony na rynku pozostaną uczelnie dobre, kształcące na wysokim poziomie, a z drugiej uczelnie słabe. Znikną natomiast uczelnie średniej wielkości, kształcące na przyzwoitym poziomie. Studenci zainteresowani wysokim poziomem nauczania znajdą miejsce w szkołach dobrych, natomiast ci, dla których ważniejsze będzie po prostu bycie na uczelni niż zdobycie solidnego wykształcenia, wybiorą szkoły tańsze, o wątpliwej renomie. - Zakładam jednak, że ten scenariusz się nie spełni - zastrzega kanclerz.
Zwolennicy konsolidacji to oczywiście przedstawiciele dobrych uczelni, które w tym procesie będą stroną przejmującą. Zupełnie inaczej zapatrują się na to założyciele szkół mniejszych i słabszych.
- Na pewno wiele szkół zniknie, ale dopiero po ciężkich bojach - prorokuje Mirosław Zdanowski. - Będą walczyć do końca, na zasadzie "po nas choćby potop", nie zgodzą się na przejęcie. Zresztą i duże, renomowane szkoły, jeśli szybko nie zmniejszą kosztów działalności, dostosowanych przecież do dużo większej liczby studentów, mogą mieć poważne kłopoty. - Tak czy inaczej, dla prywatnych uczelni nadchodzą burzliwe czasy - mówi szef Stowarzyszenia Rektorów i Założycieli Uczelni Niepaństwowych.
Uczelniany biznes
Roczne przychody: 25-35 mln zł
Struktura przychodów: działalność dydaktyczna 95 proc., działalność badawcza i gospodarcza 5 proc.
Czesne: 1500-5500 zł/semestr
Wpisowe: 300-600 zł
Zysk: 1-3 mln zł
Wartość majątku: 20-50 mln zł
Źródło: szacunki BusinessWeeka na podstawie danych uczelni i GUS
Jaka jest typowa szkoła prywatna?
Lokalizacja: miasto powyżej 100 tys. mieszkańców
Kierunki studiów: marketing i zarządzanie, ekonomia, informatyka, pedagogika, politologia, turystyka i hotelarstwo
Liczba studentów: 3-6 tys. (większość zaocznych)
Kadra dydaktyczna: 6-25 profesorów, 50-250 nauczycieli ogółem
Baza lokalowa: własne budynki dydaktyczne, aula, biblioteka
Źródło: informacje uczelni
Nietypowe idee
Dyplom z makijażu i biznesu na wsi
Aby powstała wyższa uczelnia, wystarczy upór założyciela
Mikołaj Tomulewicz, założyciel Wyższej Szkoły Kosmetologii w Białymstoku, potrzebował kilku lat, aby przekonać decydentów, że wiedza, którą chce przekazywać, w ogóle nadaje się do studiowania.
- Kiedy starałem się o zgodę na uruchomienie szkoły, kosmetologię mylono z kosmitologią - wspomina. Nie poddał się jednak i dwa lata temu rozpoczął nauczanie na kierunku zdrowie publiczne ze specjalnością kosmetologia, na którym tytuł licencjata zdobywa 300 osób.
- To był strzał w dziesiątkę - szef białostockiej szkoły nie kryje satysfakcji. - W naszym starzejącym się, ale i bogacącym się społeczeństwie ludzie chcą jak najdłużej być sprawni i dobrze wyglądać. Dla nich właśnie trzeba wykształcić profesjonalistów i do tego potrzebna jest moja szkoła, bo na rynku jest ewidentna luka.
Urodzony w Białymstoku Tomulewicz wie, o czym mówi, bo równolegle ze szkołą prowadzi sieć salonów fryzjersko-kosmetycznych i miał już kłopoty ze znalezieniem odpowiednich pracowników.
Na razie założyciel nie ma wiele
ze szkoły. - Do zeszłego roku jako kanclerz brałem 3 tys. zł brutto, potem dałem sobie podwyżkę do 5 tys. Jeżdżę prywatnym samochodem i sam płacę ubezpieczenie. A włożyłem w szkołę 250 tys. zł i w ciągu dwóch lat zainwestuję jeszcze co najmniej pół miliona - zapowiada. Chce zbudować aulę i szkolny salon kosmetyczno-fryzjerski, który będzie świadczył płatne usługi.
Tomulewicz wydaje własne pieniądze, zarobione w ciągu 20 lat pracy w niemieckiej firmie kosmetyczno-farmaceutycznej.
- Miasto nie dało mi ani grosza - ubolewa. Nie wszędzie władze miejskie są takie skąpe. Tychy na przykład swoją szkołę sfinansowały w całości. Założycielem Wyższej Szkoły Zarządzania i Nauk Społecznych jest spółka, w której miasto ma 99,87 proc. udziałów (pozostałe trzy akcje należą do trojga profesorów, którzy zasiadają we władzach uczelni). To jedyna miejska uczelnia w Polsce. Szkoła kształci obecnie ponad 2600 studentów, ale w trybie dziennym zaledwie 355. Czesne jest niskie (1300 i 1850 zł za semestr), ale nie chodzi o zarobek. - Utworzenie uczelni miało na celu głównie realizacje interesów tyskiej społeczności lokalnej i społeczności regionu. Mniejsze znaczenie miały czynniki ekonomiczne - deklaruje Agnieszka Rusnak z rektoratu szkoły. I to z pewnością jest prawda: w ubiegłym roku szkoła wypracowała wprawdzie niewielki zysk (niecałe 52 tys. zł), ale spółka założycielska w tym samym czasie zanotowała stratę w wysokości ponad 20 mln zł (a prawie 70 mln w 2003 r.). Niestety, nie udało się nam porozmawiać z prezesem spółki Grzegorzem Grządzielem o przyczynach tego fenomenu, bo akurat przysłuchiwał się obronom prac dyplomowych.
Nie tylko w Tychach nie można zastać osób odpowiedzialnych za finanse uczelni. Podobne kłopoty mieliśmy w Warcinie. Okazało się, że pani kanclerz Wyższej Szkoły Biznesu Wiejskiego większość czasu spędza w Słupsku, bo tam szkoła ma swój punkt konsultacyjny. Dobrze byłoby wiedzieć, jak sobie radzi uczelnia z premedytacją ulokowana w środku regionu o bardzo wysokim bezrobociu, tym bardziej że utrzymanie siedziby - zespołu pałacowo-parkowego należącego niegdyś do rodu Bismarcków - musi niemało kosztować.
Uczelnia w Warcinie zatrudnia wymienionych z nazwiska 9 profesorów, publikuje w internecie szczegółowy program studiów i terminy sesji egzaminacyjnych. Wygląda na to, że nie ma nic do ukrycia.
Nie wiadomo natomiast, co myśleć o Wyższej Inżynierskiej Szkole Przedsiębiorczości w Poniatowej niedaleko Nałęczowa, która deklaruje (w linku ze strony gminy), że zajęcia realizują nauczyciele z renomowanych uczelni krajowych, w tym lubelskich, ale nie podaje żadnych nazwisk. Przekonuje też, że zdobyta tam "wiedza inżynierska ma dać im [absolwentom] znajomość tak z zakresu dziedziny budowy maszyn (...) jak i wykorzystania grafik komputerowych i technik multimedialnych".
Kiedy jednak chcieliśmy się dowiedzieć czegoś więcej o realizacji tych ambitnych planów, okazało się, że szkoła nie ma dostępu do internetu, e-mail można było wysłać tylko do dziekana na jego prywatną skrzynkę, a jedyny faks jest akurat zepsuty. Szkoła pozytywnie przeszła weryfikację w MENiS i PKA.