Jak niskie muszą być stopy, by zadowolić polityków?

Dodano:
Rada Polityki Pieniężnej obniżyła stopę referencyjną w końcu lipca o kolejne 25 punktów bazowych i utrzymała łagodne (czytaj: ekspansywne) nastawienie w polityce monetarnej. Wciąż słyszymy narzekania na wysokie stopy procentowe, mimo że stopa referencyjna NBP 4,75 proc. jest najniższa od początku przemian postkomunistycznych
W końcu kwietnia Rada Polityki Pieniężnej zmieniła swoje nastawienie z ekspansywnego na neutralne. W końcu czerwca postąpiła odwrotnie: zmieniła nastawienie z neutralnego na ekspansywne i obniżyła stopę referencyjną o 50 punktów.
Cóż takiego się stało? Otóż między końcem kwietnia a końcem czerwca GUS opublikował kiepskie dane dotyczące PKB w I kw. br. oraz równie złe wyniki produkcji przemysłowej w maju. I to wystarczyło RPP do zmiany stanowiska, czyli, używając języka symboli, rada nam się "greenspanizuje", przyznając wzrostowi gospodarczemu rangę bliską stabilizacji monetarnej. Strategia bezpośredniego celu inflacyjnego wydaje się odchodzić w zapomnienie.

Jakie tego mogą być konsekwencje? W krótkim okresie raczej niewielkie. Jeśli przyjąć reakcje produkcyjne typowe dla rozwiniętych gospodarek kapitalistycznych, to po 6-9 miesiącach, czyli w I-II kw. 2006 r., ekspansywna polityka monetarna przyniesie ekspansywne skutki.
W polskich warunkach należy liczyć się z pewną asymetrią reakcji producentów i konsumentów. Ci drudzy w miarę jak ich płace zaczną ponownie rosnąć w wymiarze realnym, będą zachęceni do zaciągania kredytów konsumenckich, a także inwestycyjnych mieszkaniowych. Producenci będą zapewne ostrożniejsi. Stopy procentowe były niskie w wymiarze realnym już jesienią 2003 r., a ekspansja inwestycji produkcyjnych nie nastąpiła. To znaczy, że inne czynniki silniej oddziałują na skłonność do inwestowania niż niskie stopy procentowe czy wysokie zyski (przykład 2004 roku).
Warto teraz zwrócić raz jeszcze uwagę na kwestię interakcji polityki monetarnej i przewidywań wzrostu gospodarczego. Skoro większość oczekiwań zakłada przyspieszenie wzrostu - nawet z kwartału na kwartał - już w II półroczu br. i później, to pojawia się pytanie, czemu ma służyć stymulowanie już rozpędzającej się gospodarki. Jaką stopę wzrostu PKB uważają członkowie RPP za niewywołującą w naszych warunkach presji inflacyjnej? 5 proc.? 6 proc.? Ani na jedno, ani na drugie pytanie nie ma odpowiedzi i nie sądzę, by członkowie RPP osiągnęli jakiś konsensus w tej sprawie. Być może nawet nie były one przedmiotem dyskusji. To oznaczałoby, że tak prowadzona polityka monetarna może być czynnikiem destabilizującym gospodarkę. Nie jest to stwierdzenie nowe. Przekonywał o tym już pół wieku temu późniejszy laureat Nagrody Nobla Milton Friedman.

Jest rzeczą oczywistą, że politykom łatwiej domagać się obniżenia stóp procentowych, niż przeprowadzać radykalne reformy instytucjonalne, które w krótkim okresie są kosztowne politycznie. Dlatego ciągle słyszymy, także w rozkręcającej się kampanii wyborczej, że bank centralny powinien realizować zarówno cele antyinflacyjne, jak i prowzrostowe. Załóżmy, że tempo wzrostu PKB będzie nadal utrzymywać się na poziomie, powiedzmy, 3,5 proc. rocznie, co nie będzie satysfakcjonowało większości członków RPP. Wówczas przy orientacji na wspieranie wzrostu gospodarczego rada może ponowić politykę cięć stóp procentowych.
Jak wygląda taki polityczny mechanizm, widać było na niedawnym spotkaniu prezesa Europejskiego Banku Centralnego z Parlamentem Europejskim, gdzie zarzucono go gradem krytyki, że EBC utrzymuje zbyt wysokie stopy procentowe. Niewiele pomogły przypomnienia J. C. Tricheta, że stopy procentowe w Europie Zachodniej są najniższe od stu lat! Jeśli nie widzi się lub nie chce podjąć się innych kroków, które stworzyłyby warunki do przyspieszenia wzrostu PKB, to istnieje pokusa niepohamowanej ekspansji monetarnej, która - podobnie jak niepohamowana ekspansja fiskalna lat 60. i 70. - doprowadzi do stagflacji. To znaczy do kontynuacji niskiego wzrostu gospodarczego oraz rosnącej inflacji.
O tym, że zniekształcenia instytucjonalne odstraszają i producentów, i konsumentów od zachowań prowzrostowych pokazuje najlepiej historia japońskiej deflacji lat 90. Okazało się, że ani deficyty budżetowe, ani niskie (zerowe!) stopy procentowe banku centralnego Japonii nie spowodowały znaczącego wzrostu konsumpcji i inwestycji. Niechęć do zmian instytucjonalnych prowadzi na manowce makroekonomicznego ekspansjonizmu, którego koszty są nieproporcjonalne do efektów.
Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...