Drzewa zarabiają, rosnąc

Dodano:
Od 1910 r. drewno dało lepszy zwrot niż indeks S&P 500
Czy las może być instrumentem finansowym? Też myślałem, że niespecjalnie. Zmieniłem zdanie podczas ubiegłotygodniowej wizyty w Chicago, gdzie brałem udział w dorocznym seminarium dla analityków organizowanym przez Chartered Financial Analyst Institute. CFA Institute jest organizacją zrzeszającą praktyków i teoretyków związanych z branżą inwestycyjną i znaną głównie z organizowania egzaminów, kończących się uzyskaniem tytułu CFA. Jedną z gwiazd tego spotkania był Jeremy Grantham, 67-letni Anglik. To główna postać w istniejącej od 1977 r. firmie GMO, specjalizującej się w zarządzaniu aktywami (obecnie ponad 85 mld USD; indywidualne zarządzanie portfelem można sobie zażyczyć, mając już 100 mln USD).
Ten jeden z najbardziej znanych finansowych guru jest bardzo barwną postacią. Swą sławę umocnił na początku tej dekady, konsekwentnie odmawiając przyłączenia się do "technologicznej" hossy na rynku akcji, którą uważał za spekulacyjną bańkę. Upór omal nie pozbawił go firmy. Jego klienci masowo rejterowali, wybierając samobójczy lot w stronę funduszy inwestujących na rynku Nasdaq. Ostatecznie jednak krach w latach 2000-2002 potwierdził zasadność konsekwentnego stosowania tradycyjnych metod oceny wartości instrumentów finansowych.
Jednym z ulubionych rodzajów aktywów finansowych Granthama w okresie minionej dekady było... drewno. W dobie eksplozji wyrafinowanych innowacji w dziedzinie finansów brzmi to dziwacznie i staroświecko, ale pomyślmy: kupujemy las, który rosnąc, w naturalny sposób daje po kilka procent zysku rocznie. Co roku tracimy średnio jedynie 0,5 proc. w wyniku pożarów i innych naturalnych katastrof (ale możemy za darmo korzystać z usług państwowej straży pożarnej). Co roku nasze drzewa zyskują na wartości, ścinamy więc część z nich i sprzedajemy, wypłacając sobie dywidendę.
Nasz las zachowuje się więc jak akcja czy wręcz obligacja z corocznym kuponem odsetkowym. Drewno można traktować jako jeden z surowców: gdy jest drogie, sprzedajemy więcej, gdy jest tanie, sprzedajmy mało. Popyt na ten surowiec jest wysoki i stabilny. Według danych GMO, światowa konsumpcja drewna przewyższa łączny popyt na cement, stal, plastik i aluminium.
W ciągu minionych 40 lat "leśny" portfel przynosił średnio 13,3 proc. zysku rocznie przy niskim ryzyku i braku znaczącej korelacji z rynkiem akcji. Według Granthama, który nie bez pewnej dumy pochwalił się na spotkaniu w Chicago, że jego firma jest największym posiadaczem ziemskim na Nowej Zelandii, od 1910 r. drewno dało lepszy zwrot niż indeks S&P 500, będąc jedyną z klas aktywów, które zyskały na wartości w okresie czterech największych załamań na rynkach finansowych w tym okresie.
Te imponujące wyniki są oczywiście wynikiem pewnej iluzji, która wynika z prostego faktu, że prawie 100 lat temu drewno było praktycznie darmowym aktywem (przynajmniej w Ameryce Północnej). Obecnie sytuacja wygląda już inaczej, co jednak nie zniechęca Granthama, który przechowuje "w lasach" 20 proc. swego prywatnego majątku.
Wszystko to już brzmi bardzo atrakcyjnie, ale najlepszy element zostawiłem na koniec. Nasz las jest tak naprawdę tylko przykrywką. To, co nas najbardziej interesuje w dłuższej perspektywie, to ziemia, na której rosną drzewa. Trwająca od kilku lat hossa na rynku nieruchomości tak naprawdę ma niewiele wspólnego ze wzrostem cen mieszkań czy domów. Wzrost cen dotyczy atrakcyjnie położonych terenów, które nie są odnawialnym zasobem.
Jeśli więc nasz las jest odpowiednio położony, to z czasem, gdy ceny gruntów osiągną w szczycie cyklicznej bańki na rynku nieruchomości odpowiednio wysoki poziom, wszystko ścinamy, a całe drewno - drogie w trakcie budowlanego boomu - sprzedajemy, teren dzielimy na działki i oferujemy deweloperom.
W USA na giełdach notowanych jest kilka przedsiębiorstw eksploatujących lasy, a w jednej z firm-córek GMO można zainwestować na 10 lat już od 250 tys. USD. Takich możliwości w Polsce nie ma, choć nasz kraj porasta 9 mln hektarów lasów, zajmując 28,7 proc. powierzchni kraju. Zajmujemy tym samym szóste miejsce w Europie. 82,5 proc. to jednak lasy publiczne, w większości zarządzane przez Państwowe Gospodarstwo Leśne - Lasy Państwowe (w 2004 roku zysk 68,7 mln zł). Reszta należy do osób prywatnych, gmin i parków narodowych.
Do czasu aż ktoś wpadnie na pomysł, by część Lasów Państwowych wprowadzić na giełdę i sprzedać funduszom emerytalnym, dla których byłaby to idealna, konserwatywna, długoterminowa inwestycja, dla większości z nas zapewne najpopularniejszą formą lokaty w drzewa pozostanie tradycyjny zakup choinki na Boże Narodzenie.
Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...