Czemu się bać deficytu?
Dodano:
Jeśli pozwoli się na nadmierny deficyt budżetu, prędzej czy później gospodarce grozi poważny kryzys
Zgodnie z dość popularnymi poglądami, jedynym powodem, dla którego należy się bać nadmiernego deficytu budżetowego, jest związana z nim wysoka inflacja. Taka obiegowa teza ma swoje smutne konsekwencje dla polityki gospodarczej - kiedy tylko inflacja jest na niskim poziomie, politycy w ogóle przestają się obawiać deficytów. Skoro nie grozi eksplozja wzrostu cen - czemu nie skorzystać z możliwości bezkarnego zwiększenia wydatków rządowych albo obniżki podatków (to ostatnie znacznie rzadziej)? W oczach polityków budżet staje się pełnym złota skarbcem, dzięki któremu można wypełnić wszystkie obietnice wyborcze - a który stoi zamknięty jedynie z powodu niezrozumiałego oporu banku centralnego. Ślady takiego rozumowania widzimy również w dzisiejszej, powyborczej Polsce. Zwycięskie Prawo i Sprawiedliwość odrzuca niezrozumiałe (zapewne) żądania Platformy Obywatelskiej, by korzystając ze sprzyjającej koniunktury, szybko obniżyć deficyt; zamiast tego proponuje utrzymanie go na stosunkowo wysokim poziomie.
Negatywny wpływ deficytów budżetowych jest znacznie poważniejszy, niż się może wydawać - i wcale nie jest ograniczony do ryzyka wysokiej inflacji. Nadmierny deficyt jest swoistą chorobą toczącą gospodarkę, która może się objawiać na wiele sposobów.
Przypomnijmy sobie najpierw, że deficyt oznacza wydatki rządowe większe od dochodów. Problem w tym, w jaki sposób można sfinansować tę budżetową dziurę.
Pierwszym sposobem jest wydrukowanie przez bank centralny dodatkowych pieniędzy i pożyczenie ich rządowi. Jest to pożyczka w gruncie rzeczy fikcyjna - bank centralny jest częścią instytucji państwa i jeśli osiąga zyski, pożyczając pieniądze rządowi, odprowadza je w całości do budżetu. Słowem, rząd "pożycza" pieniądze od siebie samego. Pewną ilość dodatkowo wydrukowanych w ten sposób pieniędzy gospodarka przyjmuje bez problemów (z roku na rok potrzebuje przecież więcej pieniędzy na rynku, bo wzrasta PKB). Jeśli jednak deficyt jest nadmierny, nadmierny jest również wzrost ilości pieniędzy na rynku. A to wiedzie prostą drogą do inflacji, czyli do sfinansowania deficytu budżetowego przez wszystkich obywateli, których dochody i oszczędności tracą część realnej wartości skutkiem wzrostu cen.
Jeśli jednak bank centralny jest w pełni niezależny - a taka sytuacja panuje w Polsce i we wszystkich krajach o rozwiniętej gospodarce rynkowej - nie zgadza się oczywiście na pokrywanie nadmiernego deficytu przez dodruk pieniądza. Rząd nie mogąc fikcyjnie "pożyczyć" pieniędzy od banku, musi pożyczać je na rynku, zwiększając dług publiczny i płacąc prywatnym inwestorom odsetki. Efekty są niemal zawsze niekorzystne dla gospodarki - tyle że tym razem ceną nie jest już inflacja, ale niższy wzrost produkcji i bezrobocie. Jeśli bowiem pieniądze pożyczają rządowi inwestorzy krajowi, spada ilość kapitału dostępnego na rynku dla przedsiębiorstw. Mniejsza podaż kapitału oznacza wzrost jego ceny, a więc wzrost rynkowych stóp procentowych, co uderza w inwestycje. Jeśli z kolei w roli pożyczkodawców pojawiają się głównie inwestorzy zagraniczni, do kraju napływa więcej dewiz (wymienianych na walutę krajową, aby kupować rządowe obligacje). W efekcie wzmacnia się waluta, co wiedzie do wzrostu deficytu handlowego.
Tak więc nadmierny deficyt budżetowy zawsze szkodzi gospodarce, choć w wypadku pełnej niezależności banku centralnego bardziej prawdopodobne jest obniżenie dynamiki rozwoju i wzrost bezrobocia niż wzrost inflacji. Jeśli pozwoli się na nadmierny deficyt, a w ślad za tym również na szybki wzrost długu publicznego, prędzej czy później gospodarce grozi poważny kryzys - albo wybuch inflacji, albo nadmierny wzrost deficytu obrotów bieżących. Wówczas nie ma wyjścia - walcząc z kryzysem, drastycznie ogranicza się wydatki rządowe, a to prowadzi do spadku dynamiki PKB. Przekonała się o tym Argentyna, a w Europie między innymi Węgry, Grecja i Portugalia.
Nadmierne niezbilansowanie finansów publicznych jest dla gospodarki złem, które prędzej czy później prowadzi do spadku produkcji i wzrostu bezrobocia. Powinni o tym pamiętać ci wszyscy, którzy w "trosce o biednych" dążą do utrzymania wysokich deficytów. Bo właśnie ci biedni z reguły płacą najwyższą cenę wówczas, gdy nadchodzi czas gaszenia pożaru.
Negatywny wpływ deficytów budżetowych jest znacznie poważniejszy, niż się może wydawać - i wcale nie jest ograniczony do ryzyka wysokiej inflacji. Nadmierny deficyt jest swoistą chorobą toczącą gospodarkę, która może się objawiać na wiele sposobów.
Przypomnijmy sobie najpierw, że deficyt oznacza wydatki rządowe większe od dochodów. Problem w tym, w jaki sposób można sfinansować tę budżetową dziurę.
Pierwszym sposobem jest wydrukowanie przez bank centralny dodatkowych pieniędzy i pożyczenie ich rządowi. Jest to pożyczka w gruncie rzeczy fikcyjna - bank centralny jest częścią instytucji państwa i jeśli osiąga zyski, pożyczając pieniądze rządowi, odprowadza je w całości do budżetu. Słowem, rząd "pożycza" pieniądze od siebie samego. Pewną ilość dodatkowo wydrukowanych w ten sposób pieniędzy gospodarka przyjmuje bez problemów (z roku na rok potrzebuje przecież więcej pieniędzy na rynku, bo wzrasta PKB). Jeśli jednak deficyt jest nadmierny, nadmierny jest również wzrost ilości pieniędzy na rynku. A to wiedzie prostą drogą do inflacji, czyli do sfinansowania deficytu budżetowego przez wszystkich obywateli, których dochody i oszczędności tracą część realnej wartości skutkiem wzrostu cen.
Jeśli jednak bank centralny jest w pełni niezależny - a taka sytuacja panuje w Polsce i we wszystkich krajach o rozwiniętej gospodarce rynkowej - nie zgadza się oczywiście na pokrywanie nadmiernego deficytu przez dodruk pieniądza. Rząd nie mogąc fikcyjnie "pożyczyć" pieniędzy od banku, musi pożyczać je na rynku, zwiększając dług publiczny i płacąc prywatnym inwestorom odsetki. Efekty są niemal zawsze niekorzystne dla gospodarki - tyle że tym razem ceną nie jest już inflacja, ale niższy wzrost produkcji i bezrobocie. Jeśli bowiem pieniądze pożyczają rządowi inwestorzy krajowi, spada ilość kapitału dostępnego na rynku dla przedsiębiorstw. Mniejsza podaż kapitału oznacza wzrost jego ceny, a więc wzrost rynkowych stóp procentowych, co uderza w inwestycje. Jeśli z kolei w roli pożyczkodawców pojawiają się głównie inwestorzy zagraniczni, do kraju napływa więcej dewiz (wymienianych na walutę krajową, aby kupować rządowe obligacje). W efekcie wzmacnia się waluta, co wiedzie do wzrostu deficytu handlowego.
Tak więc nadmierny deficyt budżetowy zawsze szkodzi gospodarce, choć w wypadku pełnej niezależności banku centralnego bardziej prawdopodobne jest obniżenie dynamiki rozwoju i wzrost bezrobocia niż wzrost inflacji. Jeśli pozwoli się na nadmierny deficyt, a w ślad za tym również na szybki wzrost długu publicznego, prędzej czy później gospodarce grozi poważny kryzys - albo wybuch inflacji, albo nadmierny wzrost deficytu obrotów bieżących. Wówczas nie ma wyjścia - walcząc z kryzysem, drastycznie ogranicza się wydatki rządowe, a to prowadzi do spadku dynamiki PKB. Przekonała się o tym Argentyna, a w Europie między innymi Węgry, Grecja i Portugalia.
Nadmierne niezbilansowanie finansów publicznych jest dla gospodarki złem, które prędzej czy później prowadzi do spadku produkcji i wzrostu bezrobocia. Powinni o tym pamiętać ci wszyscy, którzy w "trosce o biednych" dążą do utrzymania wysokich deficytów. Bo właśnie ci biedni z reguły płacą najwyższą cenę wówczas, gdy nadchodzi czas gaszenia pożaru.