Sebastian Kościelnik: Po wypadku z udziałem rządowej kolumny byłem podsłuchiwany

Dodano:
Sebastian Kościelnik Źródło: Newspix.pl / Damian Burzykowski
Sebastian Kościelnik, który kierował seicento podczas wypadku z udziałem rządowej kolumny w Oświęcimiu, chce sprawdzić, czy był inwigilowany Pegasusem. Jak wskazał, ma badania, które potwierdzają, że w tym czasie użyto wobec niego innych technik operacyjnych. – Byłem podsłuchiwany – twierdzi w rozmowie z „Gazetą Wyborczą”.

„Gazeta Wyborcza”, do której wcześniej zgłosił się emerytowany funkcjonariusz BOR i ujawnił, że kłamał podczas składania zeznań w sprawie wypadku z Oświęcimia, dalej przygląda się sprawie. Przypomnijmy, że chodzi o zdarzenia z 2017 roku, kiedy rządowa kolumna z  na pokładzie brała udział w wypadku z kierującym seicento Sebastianem Kościelnikiem.

Od początku były wątpliwości, czy kolumna poruszała się prawidłowo. Jak wskazywano, miały być wówczas włączone jedynie sygnały świetlne, a nie świetlne i dźwiękowe, jak mówią przepisy. Funkcjonariusze BOR, którzy wówczas zeznawali zarzekali się, że wszystko odbyło się zgodnie z prawem. Niedawno do „GW” zgłosił się jednak emerytowany już funkcjonariusz, który ujawnił, że przed laty kłamał, ponieważ bał się utraty pracy. Podobnie mieli zrobić także pozostali funkcjonariusze biorący udział w wypadku. Teraz „GW” rozmawia z kierowcą seicento Sebastianem Kościelnikiem, który powiedział gazecie, że po wypadku był podsłuchiwany.

Sebastian Kościelnik: Byłem podsłuchiwany

– W bardzo krótkim czasie po wypadku miałem założony podsłuch. Założony był w moim telefonie, u mojego mecenasa i u innych osób związanych z tą sprawą. Inny przykład: przez trzy, cztery miesiące na moim osiedlu bardzo często parkowało auto na warszawskich numerach. Widziałem je także przed szkołą, jeżdżono za mną. Mało się z tym ukrywali. Nikt jednak oficjalnie nie był w stanie potwierdzić, czy to przypadek, czy byłem śledzony. Może czekano, aż mi się powinie noga – powiedział Kościelnik.

Po wypadku była jeszcze jedna bardzo dziwna sytuacja, dotycząca już samego miejsca zdarzenia. W momencie gdy osoby, które chciały je nagrać, zrobić zdjęcie, podchodziły, a ich telefony się wyłączały. Moje wątpliwości co do tych przypadków prokuratura odrzuciła na etapie śledztwa. Nikt się tym nie zajmował. Wiem też o kilkunastu sytuacjach, gdy ktoś był 30-40 metrów od miejsca zdarzenia, a nagle jego telefon przestawał działać albo zdjęcie, które mu się udało zrobić, zniknęło z telefonu – dodał.

Kościelnik zaznaczył, że badanie jego telefonu wykonał na zlecenie mecenasa znajomy informatyk. Jak dodał, zamierza jednak poddać badaniu swój laptop, ponieważ zauważył na nim podejrzaną aktywność. Kościelnik zapowiedział, że sprawdzi, czy użyto przeciwko niemu Pegasusa.

Źródło: Gazeta Wyborcza
Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...