Nowa-stara plaga w polskich szkołach. Iskrzy wśród rodziców i nauczycieli. „Chory system”
– Ostatnie tygodnie czerwca to tak naprawdę farsa i jedynie zabawa w szkołę. Lekcje? Podręczniki się kurzą, a dzieci wychodzą na boisko. I chociaż dobrze się tam bawią, to tak naprawdę szkoła zamienia się w przechowalnię. Przechowalnię, bo chodzi o to, żeby nauczyciele mieli przestrzeń na to, aby domknąć wszystkie organizacyjne sprawy, z wystawieniem świadectw włącznie – mówi w rozmowie z „Wprost” pani Katarzyna, mama 14-letniej Blanki.
– I żeby nie było: ja nie winię nauczycieli za ten stan rzeczy. Tak działa ten chory system. Jak go naprawić? Nie ja jestem od wskazywania odpowiedzi. Ale te ostatnie tygodnie szkoły naprawdę nie mają większego edukacyjnego sensu. Widzę jedynie praktyczny wymiar, z którego zresztą sama korzystam. To okno czasowe, aby nauczyciele mogli dopiąć formalności, a rodzice ze spokojem mogli iść do pracy, mając przekonanie, że ich dzieci są zaopiekowane – dodaje.
Nowa-stara plaga w polskich szkołach. Wrzesień i czerwiec to kulminacja
Z kolei nauczyciele zwracają uwagę na plagę w szkołach, która daje o sobie znać zarówno na początku roku szkolnego, jak i pod jego koniec. Do jej powstania przyczyniają się właśnie… rodzice. Chodzi o zjawisko, które jest określane jako „wakacje przed wakacjami” lub „wakacje po wakacjach”.
– To jeden z problemów, który destabilizuje tok nauczania. Są rodzice, którzy chcą wyjechać na urlopy ze swoimi dziećmi na finiszu roku szkolnego, bo wtedy załapią się nie tylko na przedsezonowe ceny w kurortach, ale także mogą uniknąć tłumów. Koniec końców także dlatego, że właśnie wtedy mają szansę wzięcia dłuższego wolnego, przed kumulacją lipcowo-sierpniową, kiedy urlopy planuje większość społeczeństwa – analizuje Anna, nauczycielka z jednej z warszawskich szkół podstawowych.