Sylwester w PRL-u: komunizm szkodził, wódka nie
Zupełnie inaczej wyglądały zabawy sylwestrowe organizowane przez zakłady pracy. - W stołówce pracowniczej. Na stołach ceraty, przy osobnym stoliku dyrektor i sekretarz. Tak się jakoś to toczyło przez godzinę czy dwie, a później, po toaście noworocznym wszyscy się upijali. Nie zdradzam tu chyba wielkiej tajemnicy, ale bardzo dużo się piło. Wódka była jednego rodzaju z niebieską, albo z czerwoną kartką, nienajlepsza. Papierosy wszyscy palili, bo wtedy one jeszcze nie szkodziły. Ustrój szkodził bardziej niż wódka czy papierosy, więc nikt się nie przejmował. Tak więc około pierwszej w nocy wszyscy byli uwaleni zdrowo, no i się bełkot zaczynał - opisuje Pietrzak. Satyryk przyznaje, że piło się też na sylwestrowych prywatkach, ale... - Problemem było takie dopicie poranne. Jak już człowiek miał wielki ciąg, jak się rozkręcił i chciał jeszcze poszumieć, to musiał na mety jeździć. Ale robiło się myk, myk w taksówkę i się jechało na Plac Zbawiciela. Tam takie babiny za firankami się ukrywały i u nich się kupowało litra - jeszcze z kotletem. Takich met było sporo, one normalnie funkcjonowały nawet w ciągu zwykłego tygodnia - wspomina Pietrzak.
PAP, arb