Casus Islandii to ostrzeżenie dla wszystkich, którzy swoje pieniądze "lokują" we współczesnych bankach. Dlaczego? Każdy kolejny kryzys uderzy najpierw właśnie w te instytucje, ponieważ… nie mają one niemal żadnych zabezpieczeń gotówkowych i każde większe załamanie płynności jest dla nich jak wyrok śmierci. No, chyba, że pojawi się zbawienie w postaci Banku Centralnego i Państwa.
REKLAMA
Skąd bierze się ta podatność sektora bankowego na ekonomiczne fluktuacje? Z prostej przyczyny – wszyscy zgadzamy się, by banki utrzymały w gotówce jedynie 10 proc. wszystkich oddanych im depozytów na żądanie, resztę zaś "inwestowały". Oznacza to, że gdyby np. odpowiednia liczba deponentów danego banku chciała wypłacić z niego 15 proc. wartości wszystkich depozytów, żądania części z nich dotyczące tych 5 proc. ponad limit nie mogłyby zostać spełnione. Wtedy pojawiliby się pozostali klienci z tym samym żądaniem i również przekonaliby się o niewypłacalności banku. To tzw. run na bank. Taka sytuacja pokazuje w jakiej ułudzie żyjemy, sądząc, że na naszych kontach nasze pieniądze są faktycznie bez przerwy obecne.
Ale z drugiej strony godzimy się na taki stan rzeczy, przekupywani przez banki tym cudownie wysokim oprocentowaniem lokat. Np. 5 proc. w skali roku. Nie bierzemy pod uwagę nawet tego, że często same pobierane przez bank opłaty operacyjne wraz z podatkiem Belki ten minimalny zysk bilansują do zera. Dajemy bankom mydlić sobie oczy. A czy zastanawialiście się kiedyś, jakie korzyści czerpie bank z pieniędzy, które w nim gromadzicie? Jak sądzicie, dlaczego żaden bank nie chwali się pełnymi stopami zwrotu z depozytów gotówkowych? Nie macie poczucia, że te 5 proc. rocznie to tylko resztki? Jak sądzicie, skąd biorą się premie bankierów, jeśli nie z olbrzymich korzyści, które czerpią, pożyczając pieniądze, które wy u nich zdeponowaliście?
Ale nie chodzi o tylko o to, że trzymając pieniądze w banku wiele ryzykujemy, bo każda recesja może pozbawić nas oszczędności. Chodzi o też o to – i to fakt o wiele donioślejszy – że zgadzając się na niską stopę rezerw obowiązkowych, sami przyczyniamy się do powstawania recesji! W jaki sposób? Otóż, nasze pieniądze stanowią podstawę do agresywnej akcji kredytowej, w wyniku której powstają bańki spekulacyjne. Np. bańka na rynku nieruchomości. Gdyby banki były zobowiązane do utrzymywania rezerw stuprocentowych, taka nadmierna ekspansja kredytu byłaby fizycznie niemożliwa. Dodatkowo napędzamy inflację – bo nowo utworzony kredyt inwestycyjny to tak naprawdę nowo utworzony pieniądz. Z niczego. Ilu z nas jest świadomych, że bankier ot tak, pstrykając po prostu palcem, tworzy pieniądze z niczego?
Ostatecznie, Islandczycy są w sytuacji lepszej niż my. Oni może się czegoś nauczą. Obawiam się, że cała reszta będzie musiała poczekać na kolejne bankructwa banków, by argumenty teoretyczne przemówiły do niej w praktyce i by zaczęła domagać się zmiany prawa bankowego.
Bankowy przekręt
2010-01-04 17:04
Casus Islandii to ostrzeżenie dla wszystkich, którzy
swoje pieniądze "lokują" we współczesnych bankach. Dlaczego? Każdy
kolejny kryzys uderzy najpierw właśnie w te instytucje, ponieważ… nie mają
one niemal żadnych zabezpieczeń gotówkowych i każde większe załamanie płynności
jest dla nich jak wyrok śmierci. No, chyba, że pojawi się zbawienie w postaci
Banku Centralnego i Państwa.
Skąd bierze się ta podatność sektora
bankowego na ekonomiczne fluktuacje? Z prostej przyczyny – wszyscy
zgadzamy się, by banki utrzymały w gotówce jedynie 10 proc. wszystkich oddanych
im depozytów na żądanie, resztę zaś "inwestowały". Oznacza to, że
gdyby np. odpowiednia liczba deponentów danego banku chciała wypłacić z niego 15
proc. wartości wszystkich depozytów, żądania części z nich dotyczące tych 5
proc. ponad limit nie mogłyby zostać spełnione. Wtedy pojawiliby się pozostali
klienci z tym samym żądaniem i również przekonaliby się o niewypłacalności
banku. To tzw. run na bank. Taka sytuacja pokazuje w jakiej ułudzie żyjemy,
sądząc, że na naszych kontach nasze pieniądze są faktycznie bez przerwy obecne.
Ale z drugiej strony godzimy się na taki stan rzeczy, przekupywani
przez banki tym cudownie wysokim oprocentowaniem lokat. Np. 5 proc. w skali
roku. Nie bierzemy pod uwagę nawet tego, że często same pobierane przez bank
opłaty operacyjne wraz z podatkiem Belki ten minimalny zysk bilansują do zera.
Dajemy bankom mydlić sobie oczy. A czy zastanawialiście się kiedyś, jakie
korzyści czerpie bank z pieniędzy, które w nim gromadzicie? Jak sądzicie,
dlaczego żaden bank nie chwali się pełnymi stopami zwrotu z depozytów
gotówkowych? Nie macie poczucia, że te 5 proc. rocznie to tylko resztki? Jak
sądzicie, skąd biorą się premie bankierów, jeśli nie z olbrzymich korzyści,
które czerpią, pożyczając pieniądze, które wy u nich zdeponowaliście?
Ale nie chodzi o tylko o to, że trzymając pieniądze w banku wiele ryzykujemy,
bo każda recesja może pozbawić nas oszczędności. Chodzi o też o to – i to
fakt o wiele donioślejszy – że zgadzając się na niską stopę rezerw
obowiązkowych, sami przyczyniamy się do powstawania recesji! W jaki sposób?
Otóż, nasze pieniądze stanowią podstawę do agresywnej akcji kredytowej, w wyniku
której powstają bańki spekulacyjne. Np. bańka na rynku nieruchomości. Gdyby
banki były zobowiązane do utrzymywania rezerw stuprocentowych, taka nadmierna
ekspansja kredytu byłaby fizycznie niemożliwa. Dodatkowo napędzamy inflację
– bo nowo utworzony kredyt inwestycyjny to tak naprawdę nowo utworzony
pieniądz. Z niczego. Ilu z nas jest świadomych, że bankier ot tak, pstrykając po
prostu palcem, tworzy pieniądze z niczego?
Ostatecznie, Islandczycy
są w sytuacji lepszej niż my. Oni może się czegoś nauczą. Obawiam się, że cała
reszta będzie musiała poczekać na kolejne bankructwa banków, by argumenty
teoretyczne przemówiły do niej w praktyce i by zaczęła domagać się zmiany prawa
bankowego.