Niecni intelektualiści i cnotliwa burżuazja

Niecni intelektualiści i cnotliwa burżuazja

Narody są biedne z dwóch powodów: albo wybraliśmy głupi rząd, który wierzy, że poprawi naturę człowieka, albo wybraliśmy złodziei, którzy okradają naród – mówi prof. Deirdre McCloskey, jedna z najwybitniejszych osobowości współczesnego konserwatyzmu.

Po 150 latach lewica znowu ma swoją biblię. Thomas Piketty „Kapitał w XXI wieku”.

Cudownie. Wreszcie ktoś w jednym miejscu zebrał wszystkie fantazje i lewicowe obsesje.

Ale rozwarstwienie, o którym pisze Piketty, to zmartwienie nas wszystkich?

Nie moje. Nawet Piketty przyznaje, że rozwarstwienie wzrosło tylko w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Kanadzie. We Francji czy w Polsce nie wzrosło. A i tam, gdzie wzrosło, to raczej faluje, niż systematycznie rośnie. W USA udział wynagrodzeń z pracy w stosunku do PKB ostatnio zmalał.

Dużo?

Z 62 proc. do 60 proc. PKB i Piketty buduje na tym swoje teorie. Ale zanim książka się sprzedała, to proporcje znowu się zmieniają. Udział pracy znowu rośnie.

Ale to nie zmienia faktu, że dysproporcje w zarobkach pozostają ogromne.

Głównie za sprawą ludzi młodych. Tam, gdzie jest niskie bezrobocie wśród osób do 28. roku życia, tam będą duże dysproporcje. We Francji czy w Hiszpanii te dysproporcje są mniejsze, ale spójrzmy na liczbę bezrobotnych w tej grupie. Jest za to całe mnóstwo regulacji, które na pozór pomagają bezrobotnym, a w rzeczywistości mają chronić tych, co już pracują, przed wejściem na rynek nowych sił. Cały ten egalitaryzm sprowadza się do psucia rynku i anomalii.

Ale jak Pani porówna zarobki prezesa banku i przeciętnego pracownika po trzydziestce, to też złapie się Pani za głowę.

Czasem tak. Ale te gigantyczne pensje bankierów czy prezesów mają minimalny wpływ na nierówności społeczne. Ich jest po prostu za mało, by mogli wpływać na statystyki.

Dla zwykłej ludzkiej przyzwoitości może należałoby te zarobki ograniczyć?

Czy ktoś poważnie sądzi, że jeżeli zabierzemy prezesowi, to pieniądze trafią do ludzi na hali produkcyjnej? Bzdura. Więcej zarobią ci, którzy kupili akcje, i za chwilę usłyszymy, że więcej ludzi żyje z samego kapitału niż z pracy. To jakiś absurd.

Wystarczy spłaszczyć strukturę płac. Podnieść płace tym na dole.

A gdyby tak zastosował to Pan w praktyce w klubie sportowym? Też korporacja. Uszczknąć część pensji Roberta Lewandowskiego i dać więcej pani, co sprząta w szatni. Czy ktoś, kto ogląda mecz i podziwia Lewandowskiego, w głębi duszy czuje się oszukany? Płaci z własnej woli. Cieszy się i krzyczy: gol, gol, a nie: dajcie więcej sprzątaczce. A co jeżeli inny klub zapłaci mu więcej? Przyjdzie Pan później na stadion, zobaczy, jak przegrywa Pana drużyna, i powie: ale przynajmniej jest sprawiedliwiej. Ludzie decydują, ile i za co chcą płacić, a nie mądrale na uczelniach.

A jednak Ameryka wprowadza pomysł obowiązkowego publikowania danych o rozpiętościach płac w każdej korporacji.

To mi się wydaje nieszkodliwe, ale też do niczego się nie przydaje. Udziałowcy i tak mają dostęp do takich informacji. I to oni, większością głosów, zaaprobowali te wysokie wynagrodzenia dla swoich prezesów. Dlaczego to zrobili? Bo uważają, że jak będą mieli lepszych menedżerów, to i oni więcej zarobią. A wracając do samego pomysłu, to widzę problem z ustalaniem „średniej” zarobków. Gdyby ten przepis obowiązywał w Polsce, to jak liczyłby Pan średnią płac w PKN Orlen? Brałby Pan pod uwagę płace tylko w Polsce, czy też płace w Republice Czech i na Litwie? To PKN Orlen, a spróbujmy wyliczyć średnią dla Siemensa w kilkudziesięciu krajach i kilku strefach czasowych. Tam dopiero można sobie dowolnie manipulować średnią.

Piketty twierdzi, że światem rządzą dziś fortuny powstałe z akumulacji kapitału. „Pieniądz rodzi pieniądz”.

Zawsze byli ludzie, którzy żyli z odziedziczonej ziemi, z obligacji albo z rządowych synekur przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Przed epoką wielkiej industrializacji było jeszcze gorzej.

Pod jakim względem?

Połowa wszystkich wpływów z ziemi – największego dobra narodowego w Polsce w XVIII w. – trafiała do rąk kilkudziesięciu najbogatszych arystokratów i w mniejszym stopniu do mniej zamożnej szlachty. To samo dotyczyło Japonii i ich samurajów. Kapitalizm to zmienił. Nierówności stopniowo były niwelowane. Wieki XIX i XX to rozwój handlu. Przepływ towaru, ale też szybka naturalna redystrybucja bogactwa.

To nie jest tak, że cały czas się bogaciliśmy?

Oczywiście mieliśmy przerwy na rozmaite eksperymenty społeczne. Genialne idee „wybitnych” intelektualistów – nacjonalistów i socjalistów. Ale nie dajmy się nabrać. Wielkie fortuny zmieniały właścicieli, ale dysproporcje zostawały. A teraz proszę zobaczyć, co się stało z największymi amerykańskimi fortunami XIX w. Nie ma ich. Tamte firmy już nie istnieją. Jeżeli popatrzymy na największe francuskie czy niemieckie firmy, to zobaczymy te same nazwiska i rody. A to wszystko mimo wojen i dziesiątek programów socjalistycznej sprawiedliwości.

Czyli jednak pieniądz rodzi pieniądz.

To nie pieniądz rodzi pieniądz, tylko państwo niszczy konkurencję. Gdyby to była prawda, to w Ameryce cały dochód narodowy byłby w rękach ludzi, którzy żyją wyłącznie z posiadania pieniędzy. Popatrz na listę najbogatszych. Ilu z nich żyje z siedzenia na pieniądzach? To, co pisze Piketty, po prostu nie trzyma się kupy.

To co kreuje te fortuny?

Wolność i kreatywna destrukcja. Ludzie podejmują rozmaite decyzje, żeby mnożyć swoje bogactwo. Czasem błędne, czasem ktoś inny ich wyprzedza. Jedni padają, na ich miejsce pojawiają się nowi, lepsi, którzy przy okazji poprawiają dobrobyt nas wszystkich. Tak było z maszyną parową, tak jest z komputerem. Nie wszystkim się to podoba. Niech pan zwróci uwagę, że zawsze w chwilach naporu, kiedy pojawia się nowa technologia i grozi wyparciem dawnych elit, znajduje się ktoś, kto chce się troszczyć o biedne masy. Ale to nie o masy chodzi, tylko o te intelektualne elity, którym grunt usuwa się spod nóg.

W książce piszesz o wartościach burżuazji, które wzbogaciły ludzkość. Według Piketty’ego to właśnie te wartości są zagrożeniem dla naszej cywilizacji. Przepaść między bogatymi a biednymi może doprowadzić do wojen i katastrof.

Wbrew tym wszystkim leninowskim baśniom o kapitalizmie i imperializmie, wojny prowadzono dla zysku, a nie dla zasypania rozpiętości. Czy sądzi pan, że Szwedzi, najeżdżając Polskę, myśleli, o wyrównaniu poziomu życia? Nie, po prostu kradli. Były wojny grabieżcze i wojny w imię wiary – zabijano protestantów, katolików, Żydów. W XX w. pojawiły się wojny wywołane przez koszmarne idee i obsesje intelektualistów, którzy nie potrafili się dostosować do zmieniającego się świata.

Ale te obsesje elit to też obawy większości ludzi.

Obsesje mogą prowadzić do wojen, ale częściej prowadzą do tego, co nas zabija w czasach pokoju. Amerykanie i Europejczycy obawiają się monopoli i w związku z tym tworzą jeszcze większe monopole nazywane państwowym regulatorem albo jeszcze gorzej – bezosobowym tworem monopolistycznym, jakim jest zjednoczenie – unia państw. Wprowadzamy antytrustowe zapisy, które natychmiast stają się bronią w rękach wielkich korporacji. Tych samych, przed którymi te regulacje miały nas chronić. Tworzymy przepisy przeciwko koncentracji kapitału w rękach wielkich banków i zaraz tworzymy jeszcze większe banki, które tworzą własne regulacje ograniczające klientów.

To wieczny wyścig.

Z kim? Z naturą człowieka. Pozwólmy ludziom decydować o swoich pieniądzach, a wszystkim nam będzie lepiej. Inne wymysły – jak rasowa interpretacja dziejów ludzkości, wiara w eugeniczny proces doskonalenia cywilizacji czy zarządzanie na podstawie badań statystycznych, wykluczanie mniejszości jako nieistotnej próby – wszystkie te teorie prowadzą nas na manowce. Tylko idioci mogą sądzić, że subsydia, parytety, płace minimalne, koncesje, licencje i przepisy krępujące biurokrację uczynią ich bogatymi.

Piketty mówi, że elity czy ta Pani burżuazja sama powinna się ograniczać.

To nie jest dobry pomysł. Ich pozycja społeczna, ich bogactwo zachęca innych do rywalizacji. To gwarancja konstruktywnej destrukcji. To jest prawdziwa siła, która trzyma bogatych na smyczy i nie pozwala przekraczać pewnych granic. Jeżeli zaczną oddawać swój majątek, bo im go zabiorą albo zostaną zastraszeni, to kto będzie chciał iść później w ich ślady.

Nie widzisz żadnego zagrożenia wielkimi fortunami. Monopolu na bogactwo.

Największym monopolem jest państwo i w niczym nieograniczone państwo jest prawdziwym zagrożeniem dla natury człowieka. Kraje, które obierają drogę Putina, wcześniej czy później sczezną. Podobnie jak fortuny, i tu zgadzam się z Pikettym, fortuny ludzi obrzydliwie gnuśnych, jak Liliane Bettencourt, która odziedziczyła nieziemską fortunę L’Oréal i ją zaprzepaszcza. To ohydne i niemoralne.

Czyli jednak?

Ale pamiętaj, że gdybyśmy zabrali majątek wszystkim najbogatszym ludziom na ziemi, to korzyści dla biednych i tak byłyby znikome. Tylko nieprzerwana pogoń za bogactwem całego społeczeństwa, doskonalenie się wszystkich usiłujących dojść na samą górę rodzi bogactwo narodów.

Ale wszyscy nie dojdą tam. Dla przeciętnego Polaka majątek dziesięciu najbogatszych prezesów jest trudny nawet do wyobrażenia sobie.

Pewnie znasz ten dowcip – Chrystus ze św. Piotrem podróżują w przebraniu i proszą napotkane rodziny o schronienie. Wreszcie jakaś para przyjmuje ich pod swój dach. Następnego ranka podróżnicy ujawniają, kim są, i Chrystus mówi: „Chciałbym wynagrodzić twoją wspaniałomyślność. Możesz poprosić, o co tylko chcesz”. Mąż z żoną szepczą i mąż mówi: „Nasz sąsiad ma kozę, która daje im mleko…”. Chrystus próbuje zgadnąć: „I co, chcesz też mieć kozę?”. „Nie, chcemy, żebyś zabrał kozę sąsiadowi”. Zawiść jest wielkim grzechem i źródłem tragedii w ekonomii. Ale jest częścią naszej natury. Dlatego musi być też częścią naszego myślenia o ekonomii. Konstruktywna destrukcja to genialny koncept. Daje nadzieję zawistnym, że bogatym powinie się noga. Ale wiedzą, że Chrystus tego za nich nie zrobi. Muszą sami dowieść, że są bardziej kreatywni, pracowici. A jak nie oni, to mogą być spokojni, że znajdzie się ktoś inny, ktoś, komu później też trzeba będzie zazdrościć.

Ale ten system czasem się psuje. Skoro na ziemi są biedni i bardzo bogaci.

Narody są biedne z dwóch powodów: albo wybraliśmy głupi rząd, który nieustannie interweniuje, wierząc w swojej naiwności, że poprawi naturę człowieka, albo wybraliśmy złodziei, którzy okradają naród. ■

DEIRDRE MCCLOSKEY

Jest jednym z najwybitniejszych umysłów współczesnego konserwatyzmu. Profesor historii handlowej i języka komunikacji. Wykłada na Uniwersytecie Illinois w Chicago jest równocześnie adiunktem filozofii i literatury klasycznej. Laureatka sześciu honorowych doktoratów.

NAJGŁOŚNIEJSZE PUBLIKACJE:

Godność burżuazji. Dlaczego ekonomia nie może wyjaśnić współczesnego świata

Skrywane grzechy ekonomii Jeśli jesteś taki mądry: narracja wiedzy ekonomicznej Konsekwencje retoryki gospodarczej

NAJWAŻNIEJSZE KSIĄŻKI O NIERÓWNOŚCIACH SPOŁECZNYCH

Dinesh D’Souza

„Cnota dobrobytu”

(The Virtue of Prosperity: Finding Values in an Age of Techno-Affluence)

Dinesh D’Souza, były analityk Białego Domu, przekonuje, że ludzie bogaci, wbrew powszechnemu przekonaniu, są uczciwsi i bardziej odpowiedzialni za swoje otoczenie niż większość zjadaczy chleba. Tylko ludzie nieprzeciętnie bogaci mogą być nieprzeciętni i od nich zależy dobrobyt świata, uczciwość, honor i intelektualny rozwój zachodniej cywilizacji. Społeczeństwo powinno hołubić elity finansowe, bo one wpływają także na nasze przywiązanie do tradycji i na najwyższe cnoty, których są gwarantem – sprawiedliwość, godność człowieka.

Deirdre N. McCloskey

„Godność burżuazji: Dlaczego ekonomia nie może wyjaśnić współczesnego świata”

(The Bourgeois Virtues. Ethics for an Age of Commerce)

Porywająca opowieść o dziejach ludzkości przez pryzmat historii burżuazji. Autorka pokazuje, jak przez kolejne stulecia intelektualiści, artyści, teolodzy gardzili swoją burżuazją i przedsiębiorcami. Ludźmi, którzy w rzeczywistości stworzyli system pozytywnych wartości, które do dziś służą rozwojowi ludzkości. McCloskey pisze, że kapitalizm jest naszym zbawieniem. Pełna anegdot opowieść o narodzinach moralności i hipokryzji antyburżuazyjnej. Autorka wędruje z nami przez dzieje etyki i ekonomii od Platona po dzisiejszych moralistów.

Richard D. North

„Bogactwo jest piękne. Bardzo osobista obrona powszechnego dobrobytu”

(Rich is Beautiful: A Very Personal Defence of Mass Affluence)

Przełomowa książka. North przekonuje, że ludzie Zachodu mają szczęście być bogatymi. Powinni być dumni z wolności, które pozwalają korzystać z tego bogactwa, a jednocześnie dostarczać ludzkości najwspanialszych wynalazków, z których korzystają zarówno bogaci, jak i biedni. Kpi z teorii współczesnych lewicowych ekonomistów usiłujących nam wmówić, że bogactwo nie uszczęśliwia. Przeciwnie, dowodzi, że zachodnie społeczeństwa nigdy nie były szczęśliwsze. Broni chciwości i materializmu jako mechanizmów napędzających rozwój cywilizacji.

Thomas Piketty

„Kapitał w XXI wieku”

Francuski ekonomista stara się udowodnić, jak zły jest kapitał i kapitalizm oraz jak bardzo światu zagrażają rosnące nierówności. No bo jak to może być, że rentierzy i brzuchaci kapitaliści zarabiają więcej niż ciężko pracujący pracownicy – pyta, ale nie o to, co stanie się, gdy nie będzie ludzi chcących zaryzykować swój czas, majątek, życie, by stworzyć firmę i zatrudnić ludzi. Błyskotliwy autor nie uznaje, że lepszy los najbogatszych oznacza także poprawę losu ubogich. Oraz tego, że ubodzy też mogą się stać – dzięki swojej zapobiegliwości, pracowitości i talentom – bogaci.

Ha-Joon Chang

„23 rzeczy, których nie mówią ci o kapitalizmie”

Chang pisze, że absolutna wolność gospodarcza nie istnieje, istnieje tylko zbiór regulacji. Skoro więc nie ma wolnego rynku, to mitem jest swoboda gospodarcza i płynące z niej profity – autor twierdzi, że głównym przyczynkiem do hossy wielkich gospodarek były zawsze rozmaite formy protekcjonizmu. Chang stał się idolem lewicowych ekonomistów. Deklaruje, że nie napisał „antykapitalistycznego manifestu” i że kapitalizm jest najlepszym systemem gospodarczym, jaki wymyśliła ludzkość. Jego krytyka dotyczy zaś wolnorynkowego kapitalizmu.

Göran Therborn

„Nierówność, która zabija”

Książka usiana przykładami i różnymi badaniami z zakresu nierówności. Autor chce, by nierówności traktować szerzej, jako wykluczenie z pełnego uczestnictwa w życiu społecznym. Według niego nierówność blokuje możliwości realizacji osób biednych i często wręcz prowadzi do śmierci głodowej, z braku wiedzy, dyskryminacji, stresu czy braku poczucia bezpieczeństwa. Autor chce, by nierówności nie mierzyć wyłącznie zawartością portfela. Sypie więc przykładami socjologicznymi – np. nagrodzeni Oscarem żyją dłużej niż aktorzy bez nagrody.

Okładka tygodnika WPROST: 35/2015
Więcej możesz przeczytać w 35/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także