Naczelny Wódz przeciw powstaniu: Trzeba dążyć do zaoszczędzenia substancji narodu

Naczelny Wódz przeciw powstaniu: Trzeba dążyć do zaoszczędzenia substancji narodu

Gmach Prudentialu został trafiony przez pocisk z moździerza
Gmach Prudentialu został trafiony przez pocisk z moździerza / Źródło: Wikimedia Commons / domena publiczna
Kazimierz Sosnkowski krytykował pomysł antyniemieckiego powstania w Polsce, twierdząc, że nie może liczyć ono na pomoc ze strony aliantów i będzie jedynie służyć realizacji interesów ZSRR. Mimo że był Naczelnym Wodzem, nie podejmował w tej kwestii ostatecznej decyzji. Sam znajdował się w zaciekłym sporze z premierem Mikołajczykiem.

Polityczne spory od początku kładły się cieniem na działalności polskich elit emigracyjnych. Śmierć Władysława Sikorskiego w katastrofie gibraltarskiej nie tylko pogłębiła dotychczasowe podziały, ale doprowadziła do ewidentnego osłabienia zdolności decyzyjnych rządu. Tragicznie zmarły generał sprawował jednocześnie stanowisko Naczelnego Wodza i premiera, a tym samym skupiał w swoich rękach całość władzy wojskowej i cywilnej. W momencie opróżnienia obu urzędów zdecydowano w Londynie o ich rozdzieleniu. W warunkach nieustannych napięć na szczycie oznaczało to kres jednolicie prowadzonej polskiej polityki.

Z batalii o schedę po Sikorskim zwycięsko wyszedł Stanisław Mikołajczyk, który – najpierw przejściowo, a później na stałe – objął kierownictwo nad gabinetem. Z kolei urząd Naczelnego Wodza przypadł staremu piłsudczykowi, cieszącemu się wśród armii największym autorytetem, generałowi Kazimierzowi Sosnkowskiemu. Obaj nominowani czuli do siebie bardzo wyraźną niechęć, co było oczywiste już od momentu wyłaniania ich na nowe stanowiska.

Za kandydaturą Sosnkowskiego opowiadały się przede wszystkim koła wojskowe. Gorącego, choć niebezinteresownego, poparcia udzielał mu zwłaszcza Władysław Anders. Za jego wyborem optował również konsekwentnie prezydent Raczkiewicz. Sosnkowski nie posiadał jednak praktycznie żadnego zaplecza politycznego, a jako osoba związana z sanacją z miejsca spotkał się z atakami ze strony dotychczasowego rządu, głównie zaś Mikołajczyka, który w przypadku wręczenia mu nominacji groził złożeniem dymisji i wycofaniem PSL z koalicji. Z prośbą o interwencję w tej sprawie lider ludowców depeszował do okupowanej Polski, podejmując próby zdyskredytowania rywala i wymuszając poparcie kraju dla swojej osoby. W swej krytyce posiłkował się również argumentem o niechęci Brytyjczyków, którzy istotnie uważali nieprzejednaną postawę generała wobec Sowietów za kłopotliwą.

Sam zainteresowany nie chciał zresztą obejmować stanowiska Naczelnego Wodza, nie widząc możliwości współpracy z pełniącym obowiązki premiera. W rozmowie z prezydentem swoją zgodę na przyjęcie nominacji obwarował włączaniem piłsudczyków w sprawowanie rządów oraz wyłonieniem takiego szefa gabinetu, który nie byłby wobec niego wrogo nastawiony. Mimo pozornej zgody Raczkiewicza na to rozwiązanie, ostatecznie do zapowiadanych przetasowań nie doszło. Mikołajczykowi wyperswadowano dymisję, natomiast Sosnkowski już po zaakceptowaniu nowej funkcji doszedł do przekonania, że rezygnacja w tym momencie doprowadzi wyłącznie do pogłębienia kryzysu oraz mimowolnego wzrostu pozycji lidera ludowców.

W takich warunkach doszło do rozdzielenia urzędów Naczelnego Wodza i premiera. Odtąd siłą rzeczy decyzje zapadać musiały w wolniejszym trybie, nieraz przy braku wspólnego stanowiska w najbardziej zasadniczych kwestiach. Polityczna batalia wokół nominacji przyniosła jeszcze inne konsekwencje. Wzajemne podkopywanie swoich pozycji przez Mikołajczyka i Sosnkowskiego, które później miało miejsce także w przyszłości, przyczyniło się w dużym stopniu do usamodzielnienia władz w kraju. Ich odmienne koncepcje polityki zagranicznej i wewnętrznej wyraźnie uwidoczniły się z kolei przy okazji planowania powstania powszechnego, które ostatecznie przerodziło się w operację „Burza” oraz tragiczny w skutkach zryw stolicy w sierpniu 1944 r.

Projekt narodowej insurekcji przeciwko niemieckiemu okupantowi od początku przyświecał działalności sił zbrojnych Polskiego Państwa Podziemnego. W momencie jednak, w którym dla wszystkich stało się jasne, że wyzwolenie nie przyjdzie do kraju od zachodu, musiał on ulec poważnej przebudowie. Zwycięstwo Sowietów w bitwie pod Kurskiem w końcu sierpnia 1943 r. umożliwiło im przejęcie inicjatywy strategicznej na froncie wschodnim. Emigracyjne władze nie miały już wątpliwości, że Armia Czerwona wkroczy za cofającymi się Niemcami do Rzeczpospolitej. W międzyczasie Kreml przystąpił do formowania komunistycznych alternatyw dla polskiego rządu na uchodźstwie, powołując Związek Patriotów Polskich oraz armię Berlinga. Stanowiło to wystarczającą przesłankę, by sądzić, że Moskwa chce całkowicie podporządkować sobie kraj nad Wisłą. W tych warunkach dotychczasowe plany powstania, które opierały się na wsparciu z zewnątrz w postaci zaprzyjaźnionej armii, wydawały się nieaktualne. Zainteresowanie aliantów Armią Krajową i ewentualnym zrywem na terenie Polski słabło natomiast współmiernie do wzrostu ich uległości względem Stalina. Ewentualna pomoc dla powstania wydawała się więc coraz bardziej niepewna.

W takich okolicznościach 1 października 1943 r. prezydent zwołał naradę z udziałem Naczelnego Wodza, premiera oraz szefów MON i MSZ. Raczkiewiczowi zależało na stworzeniu platformy porozumienia pomiędzy politycznymi rywalami i ustaleniu wstępnego stanowiska wobec wkraczających Sowietów. Było powszechnie wiadome, że Mikołajczyk i Sosnkowski zapatrują się na relacje z nimi zupełnie inaczej. Ten pierwszy zdawał się dość bezkrytycznie ufać Anglosasom i za ich radą szukał porozumienia z Kremlem. Zależało mu na przywróceniu, zerwanych w kwietniu na tle sprawy katyńskiej, wzajemnych stosunków dyplomatycznych, nawet bez żadnych warunków wstępnych. Premier wierzył, że dzięki temu uda się nawiązać współpracę AK z Armią Czerwoną, a po okazaniu dobrej woli w razie ewentualnych napięć polską niepodległość obronią alianci. Naczelny Wódz z kolei konsekwentnie utrzymywał, że celem działań Stalina jest włączenie Polski w całości do ZSRR jako kolejnej republiki sowieckiej. W związku z tym stanowczo sprzeciwiał się jakimkolwiek formom ustępstw, które w jego opinii nie były warte „funta kłaków”. Porozumienia nie wypracowano.

Czytaj także:
Wybuch Powstania Warszawskiego. Kto odpowiada za decyzję o rozpoczęciu walk w stolicy?

Trzy dni później Sosnkowski po raz pierwszy wziął udział w posiedzeniu rządu. Zreferował na nim sytuację na froncie wschodnim. Ewentualne rozpoczęcie powstania uzależniał od uzyskania daleko idącej pomocy sprzymierzonych w sprzęcie, uzbrojeniu i lotnictwie. Przyznał, że określenie postawy AK wobec wkraczających Sowietów należy do decyzji gabinetu, dodając przy tym jednak, że „samorzutna obrona w razie nieuzyskania rękojmi bezpieczeństwa od mocarstw sprzymierzonych” wydaje mu się nieunikniona. W odpowiedzi usłyszał od Mikołajczyka, że opór wobec Armii Czerwonej miałby wymiar jedynie polityczno-symboliczny. Na tym posiedzeniu również nie zapadły żadne decyzje.

Czytaj także

 1
  • To się tak tylko mówi, że Powstanie nie powinno wybuchnąć. W realiach wygląda to tak, że jak się ludzie przygotowują do walki przez 5 lat, wytężając wszystkie siły i poświęcając wszystko dla tej chwili, to nie idzie tego zatrzymać, czy odwołać. Gdyby nawet padł rozkaz "Stop" to polowa by go pewnie nie posłuchała i całe AK by się rozleciało na zwaśnione z sobą frakcje i ileś tam głów by poleciało.

    Tragedia polega na tym, że można było jakieś dwa lata wcześniej ukierunkować cały wysiłek podziemia nie na Powstanie, a na Walkę na Kresach w obronie Polaków. I tego najbardziej żal.