Podróż przedsezonowa

Podróż przedsezonowa

Dewizy by się przydały, cudzoziemców pompują chętnie i są dla nich grzeczniejsi, swoich mało szanują i raczej podejrzewają – felieton o Polsce, napisany w 1976 r.

Przejechałem samochodem 1200 kilometrów Polski północnej, czyli Polski morskiej. Przed oczyma migają jeszcze Świnoujście i Szczecin, Wolin i Trzebiatów, Sławno, Koszalin i Lębork, Kołobrzeg i Międzyzdroje, Wejherowo, Puck i Gdynia, Gdańsk, Kartuzy, Kościerzyna tudzież wiele, wiele innych.

Jak tam jest? Hm. Dziwnie, różnie, podwójnie. Dla indywidualisty niełatwo i nietanio. Wszędzie sakramentalne słowo „przed sezonem”, choć to połowa maja, w dodatku bardzo piękna połowa. Kaszub nic wam nie wynajmie, bo przygotowuje wszystko dla zakładów pracy na połowę czerwca, na małej lub średniej forsie mu nie zależy, zresztą nie bardzo mu ją wolno wziąć, a indywidualne włóczykije o tej porze roku napawają go raczej nieufnością. Ludzka nieżyczliwość kwitnie, połączona zresztą z małą dbałością o zarobienie forsy (!). Owszem, dewizy by się przydały, cudzoziemców pompują chętnie i są dla nich grzeczniejsi, swoich mało szanują i raczej podejrzewają. Handel przed sezonem też unika klientów jak może, remanenty, przyjęcia towaru, jakby się umówili, godziny otwarcia sklepów przedziwne, nie do odgadnięcia, w zaciekłej walce z logiką. Także wszelkie przepisy przedziwne i w przedziwnej polszczyźnie sformułowane, wiadomo, że aby zrobić coś nieabsurdalnie, trzeba przepis złamać. Czasem grzeczny sprzedawca się na to zdecyduje, ale dużo po sklepach panienek obrażonych czy obojętnych, wgapiających się uparcie w jakieś swoje papierki i niedostrzegających błagalnych min klienta, bardzo zaś niemile zdziwionych, gdy się je od tych czynności siłą odrywa. Zdziwienie zresztą nader uzasadnione, bo tak zwany asortyment jest fantazyjny i nieprzewidywalny, raczej tego, co akurat potrzebne, się nie dostanie, a czy i gdzie się dostanie, z reguły nie wiadomo. Poza tym biurokracja okropna, a celebrowana z przejęciem, wszyscy wszystko piszą godzinami (brak zaufania i mania kontroli?), wydaje się, że kelnerzy, sprzedawczynie, recepcjoniści to wręcz członkowie Związku Literatów Polskich. Pisanie to jedyna czynność spełniana przez nich z niejaką przyjemnością, pozwala ono zwolnić tempo obrotu i przyjmowania forsy. „Czas musi stanąć!” – piękna dewiza.

Postęp jednakże też jest, miejscami spory. Pośmiertnie wygrałem moją przedwiekową batalię o parówki, smażalnie, piwiarnie, rożny. Są, owszem, nawet dość gustowne pawilony, czasem brudne i ohydne jak diabli, czasem czyściutkie, wygodne, jasne, czasem z „załogą” traktującą cię jak psa, czasem ze schludnymi, serdecznymi i ochoczymi panienkami. Nie wiadomo, od czego to zależy, nie wiadomo też, w której miejscowości taki powietrzny barek jest czynny, a w której nie i dlaczego, nie wiadomo wreszcie, gdzie znajdą się ludzie z resztką własnej inicjatywy i z dobrą wolą, a gdzie nerwowi niechluje, pałający nienawiścią do klientów; zwłaszcza pętających się po kraju „przed sezonem”. Wiadomo natomiast dokładnie, wręcz z matematyczną dokładnością, że we wszystkich tych (i wielu innych) lokalach krzesła są za niskie, niedopasowane do wysokich stolików, wobec czego siedzi się z nosem w smażonej rybie czy parówkach – najwidoczniej seryjny producent zapomniał o tym szczególe. Przewidzieć też można na pewno, że w każdym z takich ogródków tkwi paru pijaków „utrwalających się” od rana piwem i wykazujących specyficzne, popiwne zdenerwowanie zmieszane z agresywnością. Nie brak też tutaj żołnierzy, częstokroć rozmamłanych i z papierosem w gębie – palą zresztą wszyscy, od najmłodszych poczynając (naród narkomanów?!). Wobec takiego stanu rzeczy spokoju w tych ogródkach zaznacie niewiele, głupawe zaczepki, nachalność i arogancja alkoholowej braci mocno dają się we znaki, a awantura pijacka to wręcz rytuał. Zwłaszcza teraz, „przed sezonem”, swojscy narkomani nie lubią obcych i dają temu wyraz, chyba że zaczniecie mówić po francusku, angielsku lub nawet niemiecku, wtedy padną przed wami na twarz, jako przed bogatymi Szwedami. Taki to ludek, Polska morska; wódą płynąca, sam zresztą piłem, bo cóż było robić: alkohol to sztuka dla mas, a auta nie prowadzę.

Pan Marek Jaworski w korespondencji z Paryża użalał się kiedyś gorzko w „Trybunie Ludu”, że na Zachodzie panuje sobkostwo i alienacja osobowości, bo w lokalu, na ulicy czy w autobusie nikt na nikogo nie zwraca uwagi. Osobiście w pomorskich piwiarniach marzyłem o takiej alienacji, żeby być niedostrzegalnym, odpocząć, nie padać ofiarą histerycznej agresywności otoczenia oraz chrypiących wszędzie tranzystorów (Wyścig Pokoju – niech mu ziemia lekką będzie). Można, owszem, odpocząć w wielkich restauracjach, gdzie jest na ogół pusto, bo „przed sezonem” i drogo dla tubylców. Tutaj słaniający się pijacy nie mają pełnego prawa do wrzasków i zatruwania życia, istnieje elegancki kierownik oraz wyrobiła się wyższa moralność turystyczno-kelnerska, młody człowiek z tacą wie już, że jego praca nie hańbi, przeciwnie. Menu gdzieniegdzie odnowione, gdzieniegdzie starego typu, z reguły brak małych, tanich dań, bo to lokale elitarne. Drożyzna diabelska, ale cóż, chcesz sam jeździć, to płać! W dodatku wieczorem jest dansing, buli się drogie wstępy, a jeszcze szczęście, jeśli jakaś instytucja nie wynajmie sali na swój ekskluzywny bal. Wtedy, bracie, krewa z tobą: słaniasz się po ciemku, szukając mlecznego baru, a bary te z reguły zamykane są o najdziwniejszych godzinach, przy czym w każdej miejscowości innych, do tego remonty, remanenty i przyjęcia towaru szaleją i tutaj jak zaraza. W barze mlecznym, jeśli jest otwarty, znajdziesz wreszcie, bracie, coś według twojego loteryjnego szczęścia: albo jasno oświetlony, czyściutki lokalik z uśmiechniętymi, sprawnymi panienkami, albo cuchnącą norę z kiwającymi się, oblanymi zupą stołami, gdzie powita cię nieżyczliwy wzrok leczącego kaca swojskiego narkomana. Kismet!

Ale w ogóle gastronomia bardzo się poprawiła i zróżnicowała, prezentując bogaty „zestaw” propozycji, od ponurych mordowni do eleganckich, aż za eleganckich lokali. W miasteczku, gdzie nic nie ma, gdzie rządzi smród, brud i zataczający się pijacy, gdzie na próżno po nocy szukacie, co by tu do gęby wsadzić, gdzie czynny kiosk Ruchu jest darem losu, nagle natykacie się na otwarty lokal, wchodzicie i – oko wam bieleje. W eleganckiej, przyćmionej sali w rytm dźwięków dyskoteki lub dużej orkiestry szaleją na parkiecie prześlicznie, wyrafinowanie ubrane dziewczyny, a z nimi młodzi ludzie, dorodni, modni, interesujący. Na stolikach drogie trunki i ciasta z Horteksu, przy niektórych stolikach polujące na cudzoziemców, pachnące jak perfumeria „mewki”, na estradzie nierzadko striptiz, stroje arcykolorowe, przerozmaite, po prostu szał ciał. Skąd oni się tu wzięli, skąd mają to wszystko, skąd ta nagła elita w opanowanej przez ponurych pijaków dziurze?! Czy to jawa, czy sen?

Rozwój dziwny, nierównomiernymi skokami, nierówność, ekskluzywizm, zamożność, chamstwo, wszystko pomieszane dziwacznie – „a to Polska właśnie”. Są tu i elementy uniwersalne: pepsi-cola, niegdyś dzieło niecnego imperializmu, towarzyszy nam stale, wierna i ciepła. Ciepłe jest również piwo, a za to zimny bigos lub gulasz. Wszędzie, o dziwo, pełno klozetów, i to schludnych, wyraźnie oznakowanych, jakby duch Sławoja unosił się nad wodami. Hotele czyste, malownicze, pomysłowe, w recepcjach grzeczność i arcybiurokracja, przeliczenia dewiz dziwaczne, cudzoziemcy nic nie mogą zrozumieć, w dodatku na zewnątrz hotelu trwa polowanie na dewizy po zgoła innym kursie. Informacja turystyczna żadna, w Orbisie nie wiedzą nic, nawet o sąsiednim powiecie, traktują was z wysoka, chyba żeby po francusku…

Na jeziorach pustka, cisza, bezruch, wszyscy mówią, że to „przed sezonem”. Późne remonty, powolne przygotowania. Prasa napisze, że w „miejscowościach wczasowych” praca wre, aby na sezon „wszystko było zapięte na ostatni guzik”. Oczywiście bzdura to wierutna, nic nie wre i nic nie będzie zapięte na guzik – jedno i drugie jest niemożliwe. Maszyna do fabrykacji wczasowego uroku życia rusza powoli, zacinając się, ale czemuż choćby i „przed sezonem” rządzić ma wódka i ohyda zabawy nieprzytomnej, dlaczego człek osobny nie ma co z sobą zrobić? Wiele miejsc przepięknych a pustych, gdzie mieszkania ci nie wynajmą za nic: nie ma zwyczaju, boją się, o turystykę nie dbają, pieniędzy dodatkowych nie lubią. Dziwny kraj, pomieszanie z poplątaniem. Kościoły pełne, złociste, organy huczą, cudowne majowe nabożeństwo. Potem na przykościelny plac wysypuje się tłum kolorowy, dzieci ubrane z elegancją aż przesadną – nowy snobizm. Wszędzie tranzystory rozszczekane jakimś meczem czy wyścigiem. Pan Sotowski z „Kierunków” cieszy się, że ludzie interesują się masowo sportem, ja się nie cieszę, bo to nie obok, lecz zamiast. Cóż to za osobliwy, podwójny lud! Mocną stroną krajobrazu pomorskiej Polski jest… Ani byście się domyślili: motoryzacja! Ni mniej, ni więcej. Szosy bardzo dobre i nieźle oznakowane, stacje benzynowe doskonałe, przyjemne i malownicze parkingi. Aut sporo, przeważają fiaty, ale nie brak i innych międzynarodowych marek. Jeżdżą szybko, lecz kulturalnie, ostrożnie, nie tak jak jeszcze parę lat temu. Motoryzacja okazała się lekcją kultury, przy tym wymaga trzeźwości. Zresztą milicja czuwa pilnie, szkoda tylko, że pan władza, ordynując mandat, wygłasza przy tym dłuższe kazanie w niezwykłej polszczyźnie. Choć może właśnie perspektywa tego kazania bardziej odstrasza od samej kary. Ale wszyscy jeżdżą na ogół dobrze, także taksówkarze – prywatni, którym zależy.

Pędzimy w idyllicznie pięknym pejzażu ziemi kartuskiej, słupskiej, koszalińskiej, wśród kolorowych pól i poważnych lasów. Od czasu do czasu przelatuje z boku jakaś ohyda: to obrzydliwe, ledwo otynkowane ściany nowych wsi. Nic brzydszego nie wymyślono, przestrzenne piękno krajobrazu zniszczone tu zostało raz na zawsze. Czy nasi bliźni nie mają oczu, czy też poza wnętrzem własnego domu nic ich nie obchodzi? (aspołeczność, wbrew reklamowaniu solidaryzmowi?!). A co na to panowie architekci? Aha – już mówili, że właściwie to oni nic na to nie mogą… Niezrównane, lesiście majestatyczne piękno wyspy Wolin i oto już port w Świno ujściu. Wśród długich, mozolnych formalności zbiera się do drogi prom z Ystad. Stateczek wiezie nas do miasta, na ulicy pijackie krzyki i burdy, nad rozwrzeszczaną, rzężącą złą muzyką restauracyjną idylliczny hotelik. Na drugi dzień cudowna bezludna plaża, zimno, słońce, granatowa, rozkołysana woda ze śnieżnobiałymi grzywami fal i trochę niemłodych ludzi, co już przyjechali, nie bacząc, że to „przed sezonem”. A wieczorem zimny, brudny i opóźniony, natłoczony po wręby pociąg do Warszawy. Dziwny kraj, podwójny kraj, mój przecież, ale zarazem i nie mój, bo nowy, inny, jakże odmienny od kraju mojej młodości. Nie wstępuje się dwa razy do tej samej rzeki. �

Okładka tygodnika WPROST: 47/2014
Więcej możesz przeczytać w 47/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0