Bitwa pod Żółtymi Wodami - "Początek Nieszczęść Królestwa"

Bitwa pod Żółtymi Wodami - "Początek Nieszczęść Królestwa"

Bitwa nad Żółtymi Wodami była pierwszą z wielu klęsk poniesionych przez wojska polskie w walkach z Kozakami i Tatarami w czasie powstania Chmielnickiego. Zaskoczenie współpracą Zaporożców i Chanatu oraz błędy polskiego dowództwa uniemożliwiły szybkie stłumienie buntu, który przyniósł Rzeczpospolitej ogrom nieszczęść.
(Autorem tego artykułu jest Roman Sidorski. Tekst "Bitwa nad Żółtymi Wodami – initium calamitatis regni" ukazał się w serwisie Histmag.org. Materiał został opublikowany na licencji Creative Commons)

W marcu 1648 roku stało się jasne, że Rzeczpospolita staje wobec nowego powstania kozackiego. Po zawarciu sojuszu z Chanatem Krymskim (o którym władze polskie nic jeszcze nie wiedziały) Chmielnicki doprowadził do zerwania rokowań prowadzonych z hetmanem Mikołajem Potockim, co oznaczało w praktyce, że zbrojna konfrontacja stawała się nieuchronna. Mimo iż hetman kozacki dysponował niewielkimi siłami własnym (około 1000 Kozaków, z których 200 miało zostać na Zaporożu), wsparcie od 5000 do 7000 Tatarów pod wodzą Tuhaj-beja dawało mu dostatecznie dużo pewności siebie, by wyruszyć zza Porohów w stronę zaludnionej części Ukrainy. Z kolei dowództwo polskie zamierzało jak najszybciej stłumić zaczynający się bunt, zanim rozrośnie się on do niebezpiecznych rozmiarów. Szacowano przy tym, że Zaporożców może być około 3000 (a więc znacznie więcej, niż w rzeczywistości), ale spodziewano się co najwyżej niewielkiego oddziału przybyłego z Krymu.

Plan pełen błędów?

Hetman Potocki zdecydował się podzielić swoje wojska na trzy, a nawet cztery części. Sam pozostał z głównymi siłami w Czerkasach, zaś przeciw Chmielnickiemu wysłał drogą lądową oddział pod dowództwem swego syna Stefana (około 600 jazdy, 700–800 dragonów, 1500 Kozaków rejestrowych i sześć dział niedużego kalibru), zaś drogą wodną posłał na czajkach 4000 rejestrowych. Dodatkowo prywatne wojska księcia Jeremiego Wiśniowieckiego miały osłaniać Zadnieprze i nie dopuścić do rozprzestrzenienia się powstania na tym terytorium.

Historycy na ogół surowo krytykowali ten plan, wskazując, że podział sił na kilka części pozwolił na rozbicie każdej z nich z osobna, a dodatkowo poważnym błędem było zaufanie Kozakom rejestrowym, których późniejsza zdrada walnie przyczyniła się do klęski wojsk koronnych. Wydaje się jednak, że oceny te są przesadzone i zostały sformułowane przez pryzmat porażek poniesionych nad Żółtymi Wodami i pod Korsuniem. Tymczasem decyzje Potockiego miały swoje uzasadnienie.

Po pierwsze należy zauważyć, że główną obawą hetmana była możliwość wybuchu powstania na tzw. „włości”, czyli stosunkowo gęsto zaludnionej części Ukrainy. Tutaj szeregi buntowników zasilić mogli zarówno „wypiszczycy”, czyli doświadczeni w boju Kozacy, którzy nie znaleźli się w rejestrze i w związku z tym stanowili element zawsze skory do chwycenia za broń, a także masy pańszczyźnianego chłopstwa. Jak pisał Potocki w jednym z listów, gdyby do tego doszło, „te [Chmielnickiego] trzy tysiące prędko by się we sto tysięcy obróciły”. Konieczne było zatem pozostawienie na tych terenach – jak również na Zadnieprzu – wojska, które trzymałoby miejscową ludność w ryzach. Jednocześnie wskazane było jak najwcześniejsze uderzenie na Chmielnickiego, najlepiej jeszcze na Zaporożu. Toczenie walk na dnieprowych wyspach oznaczało natomiast konieczność wykorzystania łodzi i piechoty, zatem użycie Kozaków rejestrowych było wręcz niezbędne.

Czy tym ostatnim można było ufać? Z perspektywy czasu odpowiedź negatywna może wydawać się oczywista, warto jednak pamiętać, że jeszcze dziesięć lat wcześniej Potocki z powodzeniem wykorzystywał rejestrowych do walk z powstańcami Huni i Ostranicy. Dodatkowo starszyzna kozacka zapewniała o swej wierności i – jak się okazało – była w tym szczera. Od wszystkich wyruszających na wyprawę odebrano jeszcze dodatkowo przysięgę wierności.

Przeciwko Chmielnickiemu wysłano zatem siły liczące łącznie 7000 ludzi. Było to liczbą zdecydowanie wystarczającą, by poradzić sobie ze spodziewanymi siłami powstańców, trudno zatem mówić o zlekceważeniu przeciwnika, co również zarzucano Potockiemu. Błędem trudnym do uniknięcia, wobec braku możliwości zdobycia potrzebnych informacji, było nie wzięcie pod uwagi posiłków tatarskich, jednak nawet mimo to możliwe było jeśli nie pokonanie sił wroga, to przynajmniej odwrót w stronę wojsk hetmańskich lub skuteczna obrona do czasu przybycia posiłków. Plan dowództwa polskiego zakładał bowiem zapewne, że w razie kłopotów chorągwie pozostawione na włości będą mogły przyjść z pomocą oddziałom wysłanym w dół Dniepru. Dowodził nimi młody i pozbawiony doświadczenia bojowego Stefan Potocki, syn Mikołaja, do pomocy miał jednak doświadczonych oficerów ze Stefanem Czarnieckim na czele.

Początek wyprawy

Stefan Potocki wyruszył z Czerkas 21 kwietnia, zaś cztery dni później w Kryłowie doszło do rozdzielenia sił lądowych i wodnych. Jednocześnie na zwiad wysłano z dwustoma ludźmi kozackiego pułkownika perejasławskiego Adama Duszczyńskiego. Ten jednak nie tylko nie zdobył „języka”, ale jeszcze utracił w kolejnych dniach swój taborek i dał się odciąć od sił głównych, po czym wycofał się zapewne w stronę Czerkas. Tymczasem wojska Stefana Potockiego posuwały się do przodu: 27 kwietnia były nad Omelniczkiem, 28 dotarły do Kniażych Bajraków, a 29 kwietnia stanęły na uroczysku Żółte Wody, nad zbiegiem dwóch odnóg rzeczki o tej samej nazwie, która płynęła dnem głębokiego i szerokiego jaru. W tym miejscu, osłoniętym od północnego zachodu jarem zwanym Kurzą Odnogą, od Wschodu zaś połączonymi Żółtymi Wodami i powstałym u ich zbiegu stawem, założono obóz.

Jeszcze tego samego dnia doszło do pierwszych walk z przednią strażą tatarską. Warto podkreślić, że strona kozacko-tatarska zrezygnowała z dalekiego zwiadu z użyciem mniejszych oddziałów, by nie dać oddziałom koronnym możliwości zdobycia informacji na temat sił sprzymierzonych, zatem polskim chorągwiom przyszło się zmierzyć od razu z około 1500–2000 ordyńców. Tym nie udało się jednak zaskoczyć wojsk Potockiego i atak został odparty. Od jeńców dowiedziano się obecności dużej liczby Tatarów, którzy dysponowali znaczną przewagą w liczbie jazdy. W tej sytuacji można było podjąć odwrót w szyku taborowym w stronę pozostałych w Czerkasach sił głównych, lub bronić się w warownym obozie w oczekiwaniu na odsiecz. Dziś wiemy, że pierwsze rozwiązanie byłoby lepsze, stwarzało bowiem duże nadzieje na bezpieczny powrót (lekka i słabo uzbrojona jazda tatarska nie mogłaby raczej zdobyć taboru bronionego przez liczną piechotę), zdecydowano się jednak pozostać na miejscu. Być może nie chciano wywoływać na Ukrainie wrażenia porażki polskich wojsk, a na pewno liczono na pomoc ze strony Mikołaja Potockiego. Od razu też wyprawiono do hetmana posłańca z niewielką eskortą, został on jednak szybko schwytany przez Tatarów.

1 maja nastąpił szturm na polski obóz przeprowadzony z dwóch stron (od południowego zachodu oraz od wschodu), ale wobec złej koordynacji uderzenia został on sprawnie odparty. W przeciwieństwie do atakujących, obrońcom nie brakowało żywności, mogli więc długo opierać się sprzymierzonym. 2 maja z polskiego obozu wyszła nawet poza umocnienia „wycieczka”, która zdobyła i zniszczyła świeżo usypany kozacki szaniec oraz ustawione na nim działo. Oblegający wykorzystywali jednak przewagę liczebną, nie dopuszczając do kontaktu między Stefanem Potockim a jego ojcem. Wysłali również posłańca na Krym, zachęcając Chana do nadesłania posiłków, które pozwoliłyby rozbić osaczone wojska polskie. 11 maja Islam III Girej wyruszył z Bachczysaraju ku Dzikim Polom. Unieruchomione nad Żółtymi Wodami wojska polskie były nękane atakami w dzień i w nocy, a tymczasem Chmielnicki czekał, aż jego siły ulegną wzmocnieniu, co też się wkrótce stało.

Zdrada rejestrowych

Kozacy rejestrowi wysłani w dół Dniepru znacznie wyprzedzili oddziały lądowe i dotarły na opustoszałe Zaporoże. Prawdopodobnie już wcześniej działali wśród nich agitatorzy Chmielnickiego, którzy doprowadzili czwartego maja do buntu. Starszyznę wierną Rzeczpospolitej uwięziono, a następnie w większości zabito wraz z towarzyszącymi Kozakom kilkudziesięcioma dragonami. 13 maja zrewoltowani Zaporożcy prowadzeni przez Filona Dziadziałę połączyli się nad Żółtymi Wodami z Chmielnickim. Możliwa jest też nieco inna wersja wydarzeń, według której do spotkania z emisariuszem doszło dopiero 9 maja pod Kamiennym Zatonem, dość jednak powiedzieć, że w tej sytuacji położenie Stefana Potockiego i jego wojsk stało się krytyczne. Stosunek sił zmienił się znacząco na ich niekorzyść, możliwe też, że oblegającym udało się odciąć ich od wody, co zmusiło obrońców obozu do oddania większości koni przeciwnikom. Po dwóch tygodniach walk wyczerpywały się też zapasy żywności, rosło zaś fizyczne wycieńczenie.

14 maja zdrady dopuścili się także rejestrowi towarzyszący polskim chorągwiom i wraz z dragonią (utworzoną z zaciągniętych na służbę wojskową ukraińskich chłopów) przeszli na stronę Chmielnickiego. W powstałym zamieszaniu doszło do ataku kozacko-tatarskiego, jednak napastnicy skupili się na rabowaniu znajdujących się w obozie wozów i zostali wyparci poza obwarowania. Pod dowództwem młodego Potockiego pozostało zatem nieco ponad 1000 żołnierzy, naprzeciw których stało ponad 11 000 sprzymierzonych. Mimo to dobrze ufortyfikowany obóz był trudny do zdobycia, obie strony zdecydowały się więc na negocjacje.

Ostateczna klęska

Potockiemu postawiono twarde warunki. Miał on odejść bezpiecznie do Kryłowa w zamian za wydanie armat. W trakcie negocjacji doszło też do próby podstępnego pojmania polskiego dowódcy, któremu zaproponowano osobistą rozmowę z Tuhaj-bejem pomiędzy wrogimi obozami. Tatarzy próbowali pojmać hetmańskiego syna, ten jednak w porę zauważył zagrożenie. Dowództwo polskie, najwyraźniej nie widząc wyboru, popełniło duży błąd i ostatecznie zgodziło się na układ zaproponowany przez Kozaków. 14 maja wieczorem, gdy polscy posłowie (z Czarnieckim na czele) przybyli do obozu powstańców z wydanymi działami, zostali uwięzieni. Nazajutrz zakładnicy dani przez Chmielnickiego Polakom uciekli, a w powstałym zamieszaniu nawet kilkuset polskich żołnierzy trafiło do niewoli. Wieczorem Zaporożcy przypuścili nowy, z trudem odparty szturm.

Liczącej już mniej niż pół tysiąca garstce polskich żołnierzy pozostała jedynie desperacka próba przebicia się w szyku taborowym do ufortyfikowanego Kryłowa. Nie zaskoczyło to jednak Chmielnickiego i Tuhaj-beja. Odwrót postępował powoli pod ciągłymi atakami jazdy tatarskiej. Nad ranem 16 maja wycofującym udało się dotrzeć do Kniażych Bairaków, jednak nieco dalej Kozacy stanęli na drodze taborku, zmuszając go do zatrzymania, i przystąpili do ostrzału z broni ręcznej oraz dział. Po takim przygotowaniu sojusznicy ruszyli do ataku. Pierwszy szturm został jeszcze odparty, drugi rozerwał jednak tabor. W czasie zażartej walki Stefan Potocki został dwukrotnie ranny i zmarł trzy dni później na rękach Stefana Czarnieckiego. Naoczny świadek tych wydarzeń opisywał je w następujący sposób:

"Przyszliśmy na świtaniu do Kniażnych Bairaków. […] Aż też i Kozacy biegną i z armatą naszą mijają i w oczy przeciwko nam z koni zsiadają, a na ziemi pokładszy się strzelają i haniebnie razili, najbardziej strzałami nabijając, gęsto trup padał, tak że znacznie umniejszyło się wojsko. Zawoła na Kozaków orda: To wszystkich wystrzelacie, a nam co będzie w jasyr. Skoczą gęstym tłumem na nas, daliśmy im odpór i siła koło siebie trupem położyli. Drugim nawrotem jak między nas skoczy, tak i rozerwali kilka za jednego i sami znowu wydzierając sobą bili się, albo jasyr sztychem żeby ni mnie, ni tobie".

Podsumowanie

Na klęsce wojsk pod dowództwem Stefana Potockiego zaważyły dwa czynniki. Pierwszym była zdrada kozaków rejestrowych, która gwałtownie zmieniła stosunek sił na niekorzyść strony polskiej. Drugim było niezdecydowanie hetmana Mikołaja Potockiego, który mimo iż znajdował się relatywnie niedaleko, działał powoli i po otrzymaniu wiadomości o zdradzie rejestrowych ostatecznie nie zdecydował się na przyjście synowi z pomocą, zapewne obawiając się pozostawienia „włości” bez ochrony i narażenia ostatnich wojsk koronnych na zniszczenie. Był to jednak niewątpliwie błąd, bowiem podjęcie energicznego marszu ku Żółtym Wodom pozwoliłoby zapewne przyjść oblężonym z odsieczą jeszcze zanim przybyliby na miejsce zbuntowani rejestrowi. Wówczas szanse na stłumienie powstania byłyby na pewno znacznie większe niż pod koniec maja pod Korsuniem.

Kluczowe znaczenie miał też sojusz kozacko-tatarski, dzięki któremu znakomita piechota kozacka uzyskała wsparcie ruchliwej i dobrze wyszkolonej (choć słabo uzbrojonej) jazdy tatarskiej. W czasie poprzednich powstań Zaporożcy nie mieli w zasadzie możliwości rozbicia wojsk polskich, w których dominowała wprawdzie konnica, ale hetmani wykorzystywali współdziałanie kawalerii z piechotą, by skutecznie zwalczać zarówno Kozaków, jak i Tatarów. Gdy połączyli oni siły, sami zaczęli stosować taktykę połączonych broni, a strona polska nie była przygotowana do walki z takim przeciwnikiem.

26 maja pod Korsuniem wojska koronne zostały całkowicie rozbite przez powstańców i ich sojuszników, a hetmani Potocki i Kalinowski dostali się do niewoli. Na Zadnieprzu pozostawała licząca 6 000 prywatna dywizja księcia Jeremiego Wiśniowieckiego, jednak była zbyt mała, by móc podjąć walkę z gwałtownie rozprzestrzeniającym się buntem, do którego przystępowały masy chłopstwa. Mikołaj Potocki został niezupełnie sprawiedliwie zapamiętany jako nieudolny wódz, a nawet pijak, którego błędy sprowadziły na Rzeczpospolitą bezprecedensowe klęski. Postać pokonanego hetmana trafiła też do kozackiej dumki:

"Wtedy Kozacy Lachów doganiali,
Pana Potockiego pojmali,
Jak barana związali,
Przed hetmana Chmielnickiego przygnali:
„Hej, panie Potocki,
Hetmanie od siedmiu boleści,
Czemuż ty ciągle rozum masz niewieści?
Nie umiałeś w Kamieńcu Podolskim przebywać,
Pieczonego prosięcia, kury z pieprzem i szafranem spożywać,
A teraz nie potrafisz z nami, Kozakami, wojować,
I żytniej sałamachy z rybnym rosołem na zmianę zajadać.
Chyba każę cię w ręce chanowi krymskiemu oddać,
By nauczyły cię krymskie nahaje surową koninę przeżuwać".

(Autorem tego artykułu jest Roman Sidorski. Tekst "Bitwa nad Żółtymi Wodami – initium calamitatis regni"* ukazał się w serwisie Histmag.org. Materiał został opublikowany na licencji Creative Commons)

*Po licznych klęskach, jakie spadły na Rzeczpospolitą począwszy od 1648 roku, łacińskie inicjały króla Jana Kazimierza (Ioannes Casimirus Rex) zaczęto rozwijać jako Initium Calamitatis Regni, czyli Początek Nieszczęść Królestwa)

Czytaj także

 0

Czytaj także