„Pewnego razu... w Hollywood” . Zmęczony Tarantino myśli o emeryturze

„Pewnego razu... w Hollywood” . Zmęczony Tarantino myśli o emeryturze

Kadr z filmu „Pewnego razu... w Hollywood”
Kadr z filmu „Pewnego razu... w Hollywood” / Źródło: Bona Film Group
Nawet wieczni chłopcy czasem dorastają i świat przestaje być ich placem zabaw. „Pewnego razu... w Hollywood” i niedawne wypowiedzi udowadniają, że ostatnio przydarzyło się to Quentinowi Tarantino.

„Pewnego razu... w Hollywood” to poemat, który dyktowała mi pamięć – mówił Quentin Tarantino w telewizyjnym show. – Zamknąłem do zdjęć Hollywood Blvd, jedną z najsłynniejszych ulic świata, co już jest ekstra, a potem przemieniłem ją w bulwar, który przemierzałem jako sześcioletnie dziecko. Gdzie błyszczały wiecznie otwarte kina i rozgrywała się magia.

Sercem filmu jest nostalgia 56-latka. To opowieść o fabryce snów końca lat 60. Popularny aktor telewizyjny próbuje ratować swoją upadającą karierę. Jego Sancho Pansą w walce z trybami showbiznesu staje się nadstawiający za niego karku dubler – kaskader. A obok jest rzeczywistość, do której bohaterowie aspirują. Firmament fabryki snów: gwiazda tamtych czasów, Sharon Tate, i jej mąż, Roman Polański. Polak pozostaje postacią marginalną (więc i Rafał Zawierucha pojawia się tu sporadycznie), choć jednocześnie legendarną – jest przedstawiany jako jeden z wielkich ówczesnego kina. Naprawdę chodzi tu jednak o Tate. O niewinność Hollywoodu, która lada chwila zostanie pogrzebana przez bestialską przemoc sekty Charlesa Mansona.

Tarantino jest świadomy, że przestał być enfant terrible, a stał się mistrzem. Zmęczony wraca myślami do czasów dzieciństwa. I sam przyznaje: – Zawsze mówiłem, że zrobię tylko dziesięć filmów. Teraz pokazuję dziewiąty i wcale się z dawnej deklaracji nie wycofuję.

Wieczny chłopiec amerykańskiego kina zdaje sobie też sprawę, że nie da się zachować czystych spodenek po latach zabawy w błocie. Po wybuchu ruchu #metoo wydał oświadczenie w sprawie Harveya Weinsteina – jednego ze swoich najbliższych przyjaciół, któremu zawdzięczał dużą część kariery, łącznie z debiutem i pierwszymi triumfami. Pisał: „To nie były plotki ani informacje z drugiej ręki. Wiedziałem o kilku jego zachowaniach, które teraz wyciąga prasa. I chociaż dzisiaj brzmi to jak tania wymówka, powinienem był zareagować. Wziąć odpowiedzialność. Gdybym zachował się dobrze, przestałbym z nim pracować” Nic dziwnego, że na konferencji „Pewnego razu”... w Cannes ucinał pytania o Polańskiego. W filmowy azyl, jakim była dla niego sztuka, wdarł się mrok.

Ale może tak musi być, że dawni pionierzy z biegiem lat przenoszą się do ariergardy? Tarantino zmienił kino, wypracował własny styl, stał się marką. Ale świat popędził do przodu, a on pozostał w swojej wypożyczalni VHS-ów i w willi, do której zaprasza kumpli na pokazy z prywatnego projektora 35mm. A pytany przez dziennikarzy, czy na emeryturze nie zatęskni za reżyserią, rzuca: – Właśnie się ożeniłem, chcę mieć dzieci. Dałem kinu wszystko, co mogłem. Czas powiedzieć „Do widzenia”. I pożyć prawdziwym życiem.

Czytaj także:
Córka Andie McDowell zagrała w „Pewnego razu... w Hollywood”. Do tej sceny musieli ją namawiać Pitt i Tarantino

Okładka tygodnika WPROST: 33/2019
Cały artykuł dostępny jest w 33/2019 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 1
  • Też bym myślał o emeryturze gdybym zrobił film o najsłynniejszym polskim pedofilu dalej na wolności.