Deja vu z greckich wysp

Deja vu z greckich wysp

Lesbos, 2015 rok, fot. P.Socha-Jakubowska
Lesbos, 2015 rok, fot. P.Socha-Jakubowska
Codziennie czytam dane publikowane przez norweską organizację pozarządową, Aegan Boat Report, i mam deja vu, wrażenie, że śnię koszmarny sen z 2015 roku, gdy na Lesbos, stojąc na brzegu Morza Egejskiego i wypatrując napływających łodzi przekonywałam się, jak kryzys migracyjny wygląda naprawdę.

Zatem czytam te dane i zastanawiam się, jak w obliczu tylu ludzkich dramatów i tak ogromnego, wciąż narastającego problemu, można udawać, że sprawy nie ma. Bo chyba wszyscy udajemy, prawda? Gdyby nie norweska organizacja, wolontariusze zaangażowani na miejscu, pewnie i ja, zainteresowana jednak sprawą, nie miałabym pojęcia o narastającym w ostatnich miesiącach problemie. Szykującej się być może powtórce z 2015 roku, kiedy do Grecji dotarło 850 tysięcy uciekinierów z Bliskiego Wschodu. Nie miałabym, bo niewielu ten temat jeszcze obchodzi. Jak mówi w wywiadzie, który ukaże się w poniedziałkowym „Wprost” (30.09) moja rozmówczyni, dziennikarka i podróżniczka Martyna Wojciechowska, po chwilowym zainteresowaniu mamy przesyt, takie tematy się po prostu nam nudzą.

Tymczasem tylko w sierpniu tego roku na greckie wyspy przypłynęło prawie 26 tysięcy imigrantów. Podczas gdy w czerwcu ludzi gotowych do wejścia na przepełnione, często rozpadające się łodzie przemytników, by z Turcji dotrzeć do Grecji, było kilka razy mniej. Na Lesbos, wyspę, która w związku z kryzysem migracyjnym stała się i ziemią obiecaną, i często więzieniem dla Syryjczyków, Afgańczyków, czy Irakijczyków, tylko w sierpniu dotarły 102 wypełnione ludźmi łodzie. We wrześniu nie było dnia, by nie docierało po kilka, czasem kilkadziesiąt kolejnych. Codziennie kilkaset osób dopływa na wyspy i najczęściej tam ich marzenia o Europie się kończą. Albo są zamykane w przeludnionych obozach dla imigrantów, z którymi „nie ma co zrobić”. We wrześniu zorganizowano nawet akcję przewożenia 1500 osób ze znajdującego się na Lesbos obozu Moria do kontynentalnej części kraju. Tylko co z tego, skoro wystarczył tydzień, by kolejne 1500 osób na tę samą wyspę przypłynęło.

– Mogą dziać się kataklizmy, przewroty polityczne, wojny, a my wciąż opowiadamy o naszej arenie politycznej i roztrząsamy sprawy, które dotyczą nas samych. Zupełnie jakbyśmy nie czuli, że jesteśmy częścią świata – powiedziała mi w wywiadzie Wojciechowska. Myślę, że warto te słowa wziąć sobie do serca.

Źródło: Wprost

Czytaj także

 0