
W Polsce istnieją niewolnicze obozy pracy dla Ukraińców - twierdzą ukraińskie
organizacje pozarządowe. Do Kate Kravchuk z Międzynarodowej Organizacji ds.
Migracji w Kijowie zgłosiło się ponad 40 Ukraińców skarżących się na
przetrzymywanie w takich obozach.
Doniesienia o obozach
pracy dla Ukraińców dotarły także do polskich organizacji. Kilka tygodni temu z
fundacją La Strada skontaktowała się telefonicznie Ukrainka, która opowiedziała,
że jest przetrzymywana wraz z innymi osobami w gospodarstwie rolnym. Mówiła, że
są tam zmuszani do pracy po kilkanaście godzin dziennie, bez wynagrodzenia.
Wyznała też, że kilkakrotnie była gwałcona. Od tamtej pory jednak się nie
odezwała, więc - jak mówi Irena Dawid-Olczyk z La Strady - nie ma szans, by ją
odnaleźć. Dotychczas tylko jedna kobieta z tych, które zgłosiły się do La
Strady, zdecydowała się zeznawać i walczyć o odszkodowanie. Była przetrzymywana
w okolicach podwarszawskiego Legionowa. Problemem jest to, że Ukraińcy nie
zgłaszają tego typu przestępstw, bo obawiają się, że nie znajdą potem w Polsce
żadnej pracy. Z tego powodu specjalny wydział ds. zwalczania handlu ludźmi i
niewolniczej pracy, który w 2006 r. został utworzony w Komendzie Głównej
Policji, nie ma zgłoszeń w takich sprawach.
Polski mirażDziennikarze
„Wprost" skontaktowali się z Ukraińcami, którzy opowiedzieli o pracy
pod przymusem w Polsce. Jedną z takich osób jest Olga, mieszkanka miejscowości
Vinitisa, jedna z tych poszkodowanych, które zgłosiły się do kijowskiej
organizacji. Wraz z mężem i 13 innymi osobami pracowali na plantacji jabłek w
pobliżu Limanowej. Podróżowali nocą, więc nie wiedzieli, gdzie zostali
przywiezieni. Pracę rozpoczynali o świcie. Nie mieli swobody poruszania się, nie
otrzymywali pieniędzy.
Wykorzystywani do niemal niewolniczej pracy w Polsce
są głównie mieszkańcy zachodniej Ukrainy. W lokalnej prasie pojawiają się tam
ogłoszenia o pracy w gospodarstwach rolnych w Polsce. Nie ma w nich adresu ani
nazw firm. Za pracę ogłoszeniodawcy obiecują 600-1200 euro miesięcznie i
bezpłatny transport na miejsce. Na mieszkańcach wiejskich rejonów Ukrainy robi
to wrażenie, bo bezrobocie sięga tam nawet 30-40 proc, a średnia pensja to
najwyżej 30-60 euro miesięcznie.
W
Polsce jak we WłoszechUkrainka, do której dotarł
"Wprost", opowiada, że po miesiącu pracy w Polsce, kiedy wraz z innymi
kobietami zaczęła się domagać zapłaty za pracę, właściciel plantacji powiadomił
je, że najpierw muszą spłacić dług. Polegał on na tym, że Polak miał zapłacić za
ukraińskich pracowników ludziom, którzy ich do niego przywieźli. Kiedy
powiedzieli mu, że nie będą pracować, póki im nie zapłaci, stwierdził, że
pieniądze otrzymają, ale później. Jeszcze tego samego dnia w gospodarstwie
pojawili się ochroniarze z kijami w rękach, którzy przez 24 godziny na dobę
śledzili ich każdy ruch.
Z relacji Ukraińców wynika, że w naszym kraju
mieszkali w warunkach podobnych do tych, w jakich bytowali Polacy, których
zmuszano do niewolniczej pracy we Włoszech. Kobiety przebywały w jednym nie
ogrzewanym pomieszczeniu. Drzwi były zamknięte przez całą noc na klucz. Olga,
nasza informatorka, dopiero po trzech miesiącach skontaktowała się z mężem,
który przebywał na terenie tego samego gospodarstwa, tyle że w innym budynku.
Kilka dni później wraz z dwójką przyjaciół uciekli. Igor przyjechał do Polski ze
wsi pod Czernichowem. Razem z 18 innymi osobami pracował bez zapłaty i pod
"ochroną". "Opiekunowie" Igora ostrzegali go, że polska
policja mu nie pomoże, więc niech nie próbuje jej alarmować.
Z
operacyjnych informacji policji wynika, że swego rodzaju obozy pracy dla
Ukraińców funkcjonują głównie w Małopolsce, na Lubelszczyźnie i Podlasiu. Polscy
pracodawcy płacą za jednego przywiezionego pracownika z Ukrainy 500-800 zł.
Zazwyczaj nie zabierają im paszportów, gdyż już po miesiącu przywiezieni do
pracy stają się nielegalnymi imigrantami, a takich łatwiej kontrolować.
Ukraińcy, z którymi rozmawialiśmy, boją się zeznawać także dlatego, że wiedzą,
iż współorganizatorami obozów pracy są działające w Polsce ukraińskie gangi,
które mogą im zaszkodzić po powrocie na Ukrainę.
Ilustracja: D. Krupa