Pozew
goni pozew. Prawnicy Adama Michnika wysłali ostatnio pisma, w których
żądają przeprosin za publicystyczne opinie o szefie "Gazety Wyborczej".
Opinie te wyrażali szef "Dziennika" Robert Krasowski i socjolog Andrzej
Zybertowicz (polemizował z Michnikiem na łamach "Rzeczpospolitej").
Jeśli przeprosin nie będzie - obie gazety czeka proces. Wcześniej po
pozwie adwokata Michnika Rafał Ziemkiewicz zdecydował się na ugodę. Co
się stało? Czy nagle na łamach gazet zaczął gościć jakiś nowy, znacznie
agresywniejszy niż dawniej ton?Nic podobnego.
REKLAMA
Już w 1989 r.
Adam Michnik publicznie nazwał swoich adwersarzy świniami. W kolejnych
latach wielokrotnie używał w swoim pisarstwie mocnych określeń wobec
ideowych i politycznych przeciwników. Owszem, jego adwersarze
odpowiadali często pięknym za nadobne. Michnik nie unikał wyrazistych
póz i gestów, chlubił się przyjaźnią z politykami. Taka wyrazistość na
całym świecie naraża na ostre sądy. Długi czas uczestnicy medialnych
debat uważali, że takie są prawa zaangażowanej publicystyki
politycznej. Procesów między publicystami i gazetami aż do wybuchu
sprawy Rywina nie było wiele. Teraz "Gazeta Wyborcza" głosi, że niechęć
do sądowych sporów wynikała jedynie z cierpliwości jej szefa. Czy tak
jest istotnie? Procesy posypały się dopiero wtedy, gdy naruszona
została silna dominacja "Gazety Wyborczej" w kreowaniu opinii, co było
widoczne w ostatnich 15 latach. Pluralizm opinii na rynku medialnym
ostatnio jednak znacznie się poszerzył. Nie jest przypadkiem, że w
latach 90., gdy krytyki Michnika ukazywały się na łamach pism uważanych
w redakcji "GW" za niszowe, pozwów nie było. W dodatku to na łamach
dziennika Michnika głoszono tezę, że swobodna wymiana opinii powinna
być uznawana za fundament demokracji. Wskazywano też, że osoby mające
duży wpływ na życie publiczne muszą się liczyć z ograniczeniem ich praw
do obrony dobrego imienia - właśnie w imię jakości demokracji. Wielokrotnie
na łamach "GW" zachwycano się kwestionowaniem "uświęconych
autorytetów". Oburzano się na propozycje likwidacji tygodnika "Nie".
Oburzonym katolikom przypominano, że zasada wolności słowa jest
niezbędna dla świeżości wymiany intelektualnej. Dziś się okazuje, że
prawo szargania autorytetów nie może dotyczyć ludzi z panteonu
autorytetów "Gazety Wyborczej". Autorytety główne i posiłkowe
Knebel sądowy
Pozew
goni pozew. Prawnicy Adama Michnika wysłali ostatnio pisma, w których
żądają przeprosin za publicystyczne opinie o szefie "Gazety
Wyborczej".
Opinie te wyrażali szef "Dziennika" Robert Krasowski i socjolog
Andrzej
Zybertowicz (polemizował z Michnikiem na łamach "Rzeczpospolitej").
Jeśli przeprosin nie będzie - obie gazety czeka proces. Wcześniej po
pozwie adwokata Michnika Rafał Ziemkiewicz zdecydował się na ugodę. Co
się stało? Czy nagle na łamach gazet zaczął gościć jakiś nowy, znacznie
agresywniejszy niż dawniej ton?Nic podobnego. Już w 1989 r.
Adam Michnik publicznie nazwał swoich adwersarzy świniami. W kolejnych
latach wielokrotnie używał w swoim pisarstwie mocnych określeń wobec
ideowych i politycznych przeciwników. Owszem, jego adwersarze
odpowiadali często pięknym za nadobne. Michnik nie unikał wyrazistych
póz i gestów, chlubił się przyjaźnią z politykami. Taka wyrazistość na
całym świecie naraża na ostre sądy. Długi czas uczestnicy medialnych
debat uważali, że takie są prawa zaangażowanej publicystyki
politycznej. Procesów między publicystami i gazetami aż do wybuchu
sprawy Rywina nie było wiele. Teraz "Gazeta Wyborcza" głosi, że
niechęć
do sądowych sporów wynikała jedynie z cierpliwości jej szefa. Czy tak
jest istotnie? Procesy posypały się dopiero wtedy, gdy naruszona
została silna dominacja "Gazety Wyborczej" w kreowaniu opinii, co
było
widoczne w ostatnich 15 latach. Pluralizm opinii na rynku medialnym
ostatnio jednak znacznie się poszerzył. Nie jest przypadkiem, że w
latach 90., gdy krytyki Michnika ukazywały się na łamach pism uważanych
w redakcji "GW" za niszowe, pozwów nie było. W dodatku to na łamach
dziennika Michnika głoszono tezę, że swobodna wymiana opinii powinna
być uznawana za fundament demokracji. Wskazywano też, że osoby mające
duży wpływ na życie publiczne muszą się liczyć z ograniczeniem ich praw
do obrony dobrego imienia - właśnie w imię jakości demokracji. Wielokrotnie
na łamach "GW" zachwycano się kwestionowaniem "uświęconych
autorytetów". Oburzano się na propozycje likwidacji tygodnika
"Nie".
Oburzonym katolikom przypominano, że zasada wolności słowa jest
niezbędna dla świeżości wymiany intelektualnej. Dziś się okazuje, że
prawo szargania autorytetów nie może dotyczyć ludzi z panteonu
autorytetów "Gazety Wyborczej".
Autorytety główne i posiłkowe System
dbania o autorytet w środowisku "GW" wywodzi się z czasów opozycji,
gdy
siła autorytetów była niezbędna w walce z PRL. Bez autorytetu
dysydentów nie powstałyby grupy takie jak KOR. Ale autorytet płynący z
odwagi walki z systemem w wypadku na przykład Jacka Kuronia czy Adama
Michnika bywał już wtedy przez nich wykorzystywany do forsowania swoich
poglądów w łonie opozycji. Z relacji świadków wynika, że autorytetu
liderów KOR nadużywano do przepychanek z konkurencyjnym ROPCiO. Z kolei
opozycyjni herosi, gdy było im to wygodne, powoływali się na
konieczność solidarności, kiedy chcieli uniknąć niewygodnych pytań. Gdy
w 1989 r. przyszła wolność, wydawało się, że ograniczenie dyskusji w
opozycji, wynikające z zewnętrznej presji ze strony SB, powinno
zniknąć. Ale mitologia trwała. Gdy ktoś chciał polemizować z
Michnikiem, natychmiast przypominano mu, ile lat siedział on w
więzieniu. Oprócz dbania o autorytet liderów środowiska zawsze
chroniono też autorytety, które legitymizowały ich działania. Nazwijmy
je autorytetami posiłkowymi. Środowisko "GW" zawsze strzegło
autorytetów posiłkowych, a niekiedy je kreo-wało. Takich ludzi jak
Jerzy Turowicz czy ks. Józef Tischner nie trzeba było kreować na
autorytety, bo swoim życiem zbudowali sobie szacunek. Autorytety także
kreowano z osób jeszcze niedawno uważanych za niegodziwców - tak
wylansowano na autorytet Wojciecha Jaruzelskiego. Zarówno w
wypadku autorytetów głównych, takich jak Michnik czy Kuroń, jak i
autorytetów posiłkowych stosowano rygorystycznie atak w sytuacji
krytyki czy polemiki z autorytetem. Z lubością wyłuskiwano zbyt ostre
lub obraźliwe opinie, by zamykać usta innym, umiarkowanym krytykom. Ta
metoda stosowana przez lata wykreowała pokaźny korpus ludzi, o których
wolno dyskutować tylko w laurkowym tonie. Do tego klubu Michnik
włączył Lecha Wałęsę, Tadeusza Mazowieckiego, Wisławę Szymborską czy
Krzysztofa Skubiszewskiego. Nie można zaprzeczyć ich realnym zasługom,
łatwe było wykreowanie ich na osoby poza jakąkolwiek krytyką.
Nowa broń Troska
o autorytetowe święte krowy nie ułatwia badań nad najnowszą historią
Polski. Każdy historyk, który skrytykuje zbyt długie przywiązanie
Mazowieckiego do ustaleń "okrągłego stołu", jest utożsamiany z
kłamstwem. Nie jest przypadkiem, że epoki "Solidarności" z lat
1980-1981, podziemia i przygotowań do "okrągłego stołu" nie opisało
na
razie zbyt wielu autorów. "GW" woli bronić cukierkowej wizji
przeszłości i raz na zawsze ustalonej hierarchii autorytetów. Nic
dziwnego, że w tej sytuacji dokumenty z archiwów IPN muszą wywoływać
nerwowe reakcje. Ich istnienie to wręcz bezczelne wyzwania dla słusznej
wizji historii. W takich sytuacjach środowisko "Gazety" decyduje się
na
mobilizowanie swoich sił perswazji i przy tej okazji przydają się
autorytety pomocnicze, które też wielce się oburzają. Dziewięć
miesięcy temu z propagandową werwą zaatakowano prawo dziennikarzy
"Życia Warszawy" do wyrażenia publicystycznej opinii na temat
dokumentów, z których jeden może wskazywać, że Jacek Kuroń w trakcie
rozmów z SB sugerował, by z pewnymi nurtami w "Solidarności" nie
rozmawiać, i z którego może wynikać, że Kuroń był przekonany o swoim
przemożnym wpływie na Lecha Wałęsę. Czy Kuroń nie uznał samozwańczo, że
tylko jego grupa ma prawo decydować o kształcie kompromisu z władzą?
Nikt z tym pytaniem nie polemizował na gruncie historycznych polemik.
Natychmiast uchwycono się kilku prymitywnych i obraźliwych dla Kuronia
wypowiedzi polityków LPR, by sprowadzić polemikę do pospolitego
ruszenia w obronie "znieważanego Jacka". Do tego tradycyjnie
wskrzeszono nieznośną niekiedy manierę, by każdą polemikę natychmiast
porównywać do nagonki z marca '68 i paszkwili z komunistycznego
"Żołnierza Wolności". Nikt nie broni Adamowi Michnikowi krytykowania
wizji historii pisanych przez dzisiejszych trzydziestolatków, ale
wyklinanie "gnojków" czy "nieświętych młodzianków" kojarzy
mi się z
konfliktem pokoleń. Jak się okazuje, nie tylko młodość, ale i starość
ma swoje wciąż powtarzalne prawa. Ówczesny publicysta "Życia
Warszawy"
(dziś we "Wprost") Marcin Dzierżanowski trafnie przypomniał wówczas
Adamowi Michnikowi, że mija już czas, gdy klątwa szefa "Wyborczej"
skazywała na publiczny niebyt. Nie przewidział jedynie, że sam Michnik
dawno już to zauważył. Nie przewidział, że w miejsce perswazyjnej
quasi-cenzury, kreującej publiczne interpretacje, do akcji wkroczą
prawnicy. Nudni, ale skuteczni. I dolegliwi w razie wygranej skazującej
na wielotysięczne grzywny.
Sąd nad
publicystyką Na
razie historycy IPN nie są pozywani do sądu za swoje prace. Ale być
może to tylko kwestia czasu. Tym bardziej że za przesąd uznano, iż
publicysta nie powinien pozywać innego publicysty za opisanie go w
niewłaściwy sposób. Pochylmy się nad zadaniami, jakie dla sądów szykują
adwokaci szefa "GW". Przy pomocy jakich świadków i biegłych chcą
rozstrzygnąć prawdziwość zdania pióra Roberta Krasowskiego: "Michnik
poświęcił jedną trzecią życia na obronę byłych ubeków"? Inni sędziowie
zmierzą się z prawdą opinii Andrzeja Zybertowicza, że Adam Michnik
"wielokrotnie powtarzał, że skoro tyle lat siedział w więzieniu, to
teraz ma rację". Wcześniej Rafałowi Ziemkiewiczowi groziło, że sąd
będzie dywagował nad jego słowami: "Adam Michnik zrobił wszystko, aby w
III RP nie zostały ujawnione nazwiska komunistycznych zbrodniarzy".
Adwokaci Michnika będą wykazywać, że ich klient nigdy nie sformułował w
literalny sposób takich opinii. Gdyby jednak publicystyka i opinie
historyków miały bazować jedynie na cytowaniu czyichś wydrukowanych
opinii, byłyby nudne jak flaki z olejem. Publicyści są od tego, by
rekonstruować czyjeś intencje i przesłanki działań. Gdy sądy każą
udowadniać bezdyskusyjność takich dociekań, publicystyka zostanie
stłumiona. Adam Michnik z premedytacją niszczy zasady publicystycznej
debaty. Powiedzmy wprost - to nowa taktyka zamykania ust. Knebel równie
dobry jak każdy inny.
|
 |
|
|
Stanisław Kania |
 |
|
|
Ezekiel |
 |
|
|
Maria Biardzka |
|