Jeśli rybne farmy gruntownie się nie zmienią, czyste i
obfitujące w ryby morza przejdą do historii. Hodowla owoców morza i ryb (zwana
akwakulturą) miała się przyczynić do wzmocnienia ochrony naturalnych zasobów
oceanów. Dzieje się odwrotnie – akwakultura stanowi dla nich dodatkowe
zagrożenie. Rybołówstwu grozi więc potężny kryzys, gdyż oceany przestały być
bezdenną spiżarnią.
Ryba przemysłowa
W Atlantyku Północnym, jednym z
najbardziej przetrzebionych akwenów, popularnych fląder, dorszy, morszczuków,
tuńczyków jest sześciokrotnie mniej niż sto lat temu. Tymczasem popyt na białko
rośnie na całym świecie. Dlatego tak wielkie nadzieje wiązano z hodowlą ryb.
Co druga ryba, która trafia na stół, pochodzi z hodowli. Akwakultura jest
najszybciej rosnącą gałęzią światowej gospodarki – co roku jej produkcja
zwiększa się o ponad 10 proc. Tempo jej rozwoju to fenomen, gdyż wiąże się z
udomowianiem nowych gatunków. Proces, który na lądach trwał 11 tys. lat, w
morzach przebiega niemal na naszych oczach. W ostatnim stuleciu zaczęto hodować
430 gatunków (w ostatniej dekadzie – 107), co stanowi 97 proc. hodowanych
obecnie wodnych organizmów. Niestety, to sukces pozorny – naukowcy coraz
głośniej przestrzegają, że ta rewolucja przyspiesza trzebienie dzikich gatunków
i zagraża środowisku.
Tuczenie
tuńczykaNa wyhodowanie 1 kg łososia, tuńczyka, dorsza czy krewetek
trzeba przeznaczyć 2-5 kg innych ryb – sardyn, śledzi, makreli i innych
niewielkich gatunków o tłustym mięsie. Według prof. Daniela Pauly’ego z
University of British Columbia, to się po prostu nie opłaca, gdyż produkcja
białka zwierzęcego wcale nie rośnie, lecz maleje. Ponadto duże farmy ryb
produkują ścieki niczym małe miasto. Co to oznacza, można zobaczyć w Chile,
gdzie eksport łososi przynosi rocznie 1 mld dolarów. W rejonach, w których
koncentruje się hodowla, na wodzie unoszą się resztki ryb, zwierzęcego tłuszczu
i paszy sojowej. W czasie odpływu zanieczyszczenia osiadają na plażach, które
zwyczajnie cuchną. Tajlandia, światowy potentat w eksporcie krewetek, ma 25 tys.
farm tych skorupiaków. Ceną za zysk z hodowli krewetek jest księżycowy krajobraz
dominujący w przybrzeżnym pasie lądu. Drzewa mangrowe obumarły, a na szarej,
spopielałej ziemi nic nie rośnie. To skutek odprowadzania ścieków z farm
krewetek, które powodują wysokie zasolenie gleby i wody. Z podobnymi
zniszczeniami muszą się liczyć Brazylia, Indie, Ekwador oraz południowe regiony
Stanów Zjednoczonych.
Zmora
hodowcówW hodowlach choroby i pasożyty szerzą się niczym pożar.
Zmorą jest tajemnicza choroba zwana zakaźną anemią łososi (ISA –
infectious salmon anemia). Chore ryby mają krwawe plamy, wzdęte brzuchy, i wolno
się poruszają. Z powodu ISA w Szkocji w latach 1998-1999 wybito wszystkie ryby
hodowane w promieniu 25 mil od centrum epidemii (straty szacowano na 32 mln
dolarów). W 1999 r. ISA kosztowała Norwegię 11 mln dolarów, a Kanadę – 14
mln dolarów.
Hodowcy próbują się chronić przed stratami, dodając do paszy i
wody leki. Niektóre ze stosowanych antybiotyków łatwo przenikają do środowiska.
W 2006 r. w dostarczanych do Europy krewetkach z Tajlandii i Wietnamu odkryto
nitrofuran – antybiotyk mający działanie rakotwórcze. Podobne praktyki
odkryto w Chinach. W lipcu 2007 r. amerykańska Food & Drug Administration
ogłosiła wstrzymanie transportów hodowlanych ryb z tego kraju., bowiem często
zawierają nielegalne w USA substancje – poza nitrofuranem również zieleń
malachitową, fiolet gencjanowy oraz fluorochinolony.
Chore lub zaatakowane
przez pasożyty ryby zagrażają dzikim gatunkom. Zdarza się, że hodowlany narybek
ucieka na pełne morze, gdy zagrodę z siatki uszkodzą sztorm lub drapieżniki.
Wszy morskie – pasożytnicze skorupiaki z gatunków Caligus elongatus i
Lepeophtheirus salmonis żywiące się tkankami żywych ryb – to prawdziwa
plaga okolic, w których się hoduje łososie. Niewielka w porównaniu z wyrośniętą
rybą wesz jest dla narybku jak 25-kilogramowa pijawka dla dorosłego człowieka. W
Irlandii ten pasożyt przyczynił się niemal do całkowitej likwidacji populacji
pstrągów. Poza tym ryby uciekające z hodowli będą konkurować o pokarm i miejsca
rozrodu z żyjącymi wolno gatunkami. Mogą się też krzyżować z dziką populacją i
przekazywać jej osłabione geny.
Ratunek w małżachSpośród 220 gatunków
ryb i innych organizmów hodowanych na skalę przemysłową najmniej szkodzą
środowisku małże. Omułki i ostrygi są filtratorami wody. Zastrzeżeń nie budzą
także farmy raków. W Chinach te skorupiaki rosną razem z ryżem na zalanych wodą
polach. Równie nieszkodliwe są słodkowodne roślinożerne ryby – karp,
tilapia i sum.
Prowadzone są prace nad nowymi metodami hodowli. Dobre
efekty dają eksperymenty prowadzone w Kanadzie na University of New Brunswick. W
zbiornikach z łososiami są umieszczane małże i listownica cukrowa – glony
o kilkumetrowych liściach. To bardzo wydajne połączenie, gdyż zanieczyszczające
środowisko odpady z hodowli łososia są wykorzystywane jako pokarm przez inne
organizmy. Okazuje się, że towarzystwo ryb dobrze służy i małżom, i glonom,
które w takich warunkach bardzo szybko rosną.
Eksperci zalecają, by hodowla
odbywała się w zbiornikach o litych ścianach, które odgrodzą hodowlę od
otaczającej wody i pozwolą kontrolować ścieki. Inna propozycja to podwodne
kamery monitorujące tempo żerowania ryb, by niepotrzebnie nie dosypywać
karmy.