Na początku była techniczną nowinką, dostępną tylko dla mieszkańców centrum Warszawy. Ale już po trzech latach, na fali gomułkowskiej odwilży, zainteresowali się nią wszyscy. „Dlaczego udział przywódców partii jest na ekranie ciągle zbyt nikły?" – pytał z trybuny sejmowej poseł Artur Starewicz. To akurat nie zmieniło się do dziś.
REKLAMA
Laboratorium za szybąGdy w eter popłynął regularny program, telewizja była narodową legendą już od trzech lat. 15 grudnia 1951 r. telewizory zaprezentowano publiczności podczas wystawy „Radio w walce o pokój i postęp" w stołecznym domu ZNP. Tłum szturmował budynek, trzeba było zamknąć ulicę dla ruchu. Zwiedzający przesuwali się przed sześcioma ogromnymi skrzyniami z ekranami niewiele większymi od pocztówki. Wielu widzów trzeba było siłą odrywać od monitorów. Nadawanie programu polegało na przekazaniu obrazu po kablu z jednego pomieszczenia do drugiego. Studio pracowało w pokoju obok. Kamerzyści nosili laboratoryjne fartuchy. To cudo obejrzało w ciągu miesiąca 100 tys. widzów zwożonych „na telewizję" autobusami i specjalnymi pociągami z całego kraju. Magnesem były też gwiazdy, które występowały przed kamerą po 8-12 minut – tylko tyle można było wytrzymać w żarze lamp rtęciowych. Pierwszym artystą telewizyjnym okazał się ówczesny idol Jerzy Michotek, który w 1951 r. zaśpiewał „Balladę o kułaku". Po nim były gwiazdy z prawa i z lewa – od Aliny Janowskiej po Zespół Baletowy Operetki Warszawskiej, który na paru metrach kwadratowych zatańczył „Jezioro łabędzie”.
Nikomu nie przeszkadzało, że wykonawcy nie potrafili występować w telewizji. Ci zaproszeni z radia zachowywali się jak w radiu: stali jak słupy i koncentrowali się na wyraźnej wymowie. Ci z teatru nadmiernie gestykulowali i potykali się o sprzęty, ponieważ „scena" była dla nich zbyt mała. Twarze występujących wyglądały upiornie, gdyż kamery słabo przekładały kolory na odcienie czerni i bieli. W dodatku kamerzyści bali się poruszać, więc zbliżenia i najazdy kamery były rzadkością. Operatorzy musieli pokonać jeszcze jedną trudność: ówczesne obiektywy kamer pokazywały im obraz do góry nogami.
Stworzenie telewizji wymagało profesjonalnych studiów, stacji nadawczej i większej liczby telewizorów. Trzeba to było organizować od zera, choć Polska miała telewizję już przed wojną. Aparatura nadawcza została zainstalowana w 1938 r. w warszawskim gmachu Towarzystwa Ubezpieczeń Prudential przy placu Napoleona. 5 października 1938 r. wyemitowano pierwszy program, który można było oglądać w czterech telewizorach.
Obraz kontrolny
Na początku była techniczną nowinką, dostępną tylko
dla mieszkańców centrum Warszawy. Ale już po trzech latach, na fali
gomułkowskiej odwilży, zainteresowali się nią wszyscy. „Dlaczego udział
przywódców partii jest na ekranie ciągle zbyt nikły?" – pytał z
trybuny sejmowej poseł Artur Starewicz. To akurat nie zmieniło się do dziś.
Laboratorium za szybą
Gdy w eter popłynął regularny program, telewizja była narodową legendą już od
trzech lat. 15 grudnia 1951 r. telewizory zaprezentowano publiczności podczas
wystawy „Radio w walce o pokój i postęp" w stołecznym domu ZNP. Tłum
szturmował budynek, trzeba było zamknąć ulicę dla ruchu. Zwiedzający przesuwali
się przed sześcioma ogromnymi skrzyniami z ekranami niewiele większymi od
pocztówki. Wielu widzów trzeba było siłą odrywać od monitorów. Nadawanie
programu polegało na przekazaniu obrazu po kablu z jednego pomieszczenia do
drugiego. Studio pracowało w pokoju obok. Kamerzyści nosili laboratoryjne
fartuchy. To cudo obejrzało w ciągu miesiąca 100 tys. widzów zwożonych „na
telewizję" autobusami i specjalnymi pociągami z całego kraju. Magnesem były
też gwiazdy, które występowały przed kamerą po 8-12 minut – tylko tyle
można było wytrzymać w żarze lamp rtęciowych. Pierwszym artystą telewizyjnym
okazał się ówczesny idol Jerzy Michotek, który w 1951 r. zaśpiewał
„Balladę o kułaku". Po nim były gwiazdy z prawa i z lewa – od
Aliny Janowskiej po Zespół Baletowy Operetki Warszawskiej, który na paru metrach
kwadratowych zatańczył „Jezioro łabędzie”.
Nikomu nie
przeszkadzało, że wykonawcy nie potrafili występować w telewizji. Ci zaproszeni
z radia zachowywali się jak w radiu: stali jak słupy i koncentrowali się na
wyraźnej wymowie. Ci z teatru nadmiernie gestykulowali i potykali się o sprzęty,
ponieważ „scena" była dla nich zbyt mała. Twarze występujących
wyglądały upiornie, gdyż kamery słabo przekładały kolory na odcienie czerni i
bieli. W dodatku kamerzyści bali się poruszać, więc zbliżenia i najazdy kamery
były rzadkością. Operatorzy musieli pokonać jeszcze jedną trudność: ówczesne
obiektywy kamer pokazywały im obraz do góry nogami.
Stworzenie telewizji
wymagało profesjonalnych studiów, stacji nadawczej i większej liczby
telewizorów. Trzeba to było organizować od zera, choć Polska miała telewizję już
przed wojną. Aparatura nadawcza została zainstalowana w 1938 r. w warszawskim
gmachu Towarzystwa Ubezpieczeń Prudential przy placu Napoleona. 5 października
1938 r. wyemitowano pierwszy program, który można było oglądać w czterech
telewizorach.
Całkiem realny plan zakładał, że Polska będzie miała
telewizję w 1941 r. Trzeba jednak było czekać do jesieni 1952 r., wówczas była
gotowa profesjonalna stacja nadawcza wizji przy ul. Ratuszowej. Fonię miało
nadawać radio. Próba przeprowadzona 25 października 1952 r. wypadła pomyślnie:
obrazowi towarzyszył dźwięk II programu radia. Efekty można było zobaczyć na 24
odbiornikach Leningrad zainstalowanych w świetlicach zakładów pracy stolicy.
Obraz mogli podziwiać tylko widzowie z pierwszych rzędów, ponieważ ekran miał
wymiary 12 cm na 18 cm. Ale i tak Nina Andrycz, która wystąpiła we fragmencie
„Lalki", robiła wrażenie.
Eugeniusz Pach znacząco mruga
Po serii prób, 23 stycznia 1953
r. telewizja z własnymi nadajnikami wizji i fonii zaczęła emitować regularny
program. Przeprowadziła się do nowej siedziby przy obecnym placu Powstańców,
gdzie dysponowała studiem o powierzchni 240 m2. Konkursy na spikerów nie miały
końca. W 1955 r. nareszcie udało się wyłowić dwóch prezenterów, którzy nie bali
się kamery: Jana Suzina i Eugeniusza Pacha. Wygrali z ponad dwoma tysiącami
konkurentów. A i tak – jak wspominał Pach – kiedy zapaliło się
czerwone światełko, dopadł go paraliż. Trudno się dziwić, spikerzy byli pod
ostrzałem, także politycznym. Kiedy Pach, czytając informację: „Towarzysz
Chruszczow udał się na Daleki Wschód", niechcący mrugnął załzawionym okiem,
został zdjęty z wizji na dwa tygodnie.
Spikerzy mieli już co zapowiadać.
Program nadawano dwa razy w tygodniu po kilka godzin, filmy najpierw raz na dwa
tygodnie, a potem co tydzień. Pod koniec 1956 r. telewizję można było oglądać
sześć dni w tygodniu po cztery godziny dziennie. Pierwszy polski talk-show,
„Tele-Echo", prowadziła Irena Dziedzic. Z dzisiejszymi wywiadami nie
miał on jednak wiele wspólnego. Pani Irena spotykała się z gośćmi przed
programem i ustalała przebieg rozmowy. Gość musiał się uczyć odpowiedzi na
pamięć. W 1956 r. zaczął działać Teatr Telewizji. Premiera co poniedziałek
– to był fenomen w skali świata.
Kluczowy problem much
Programy
nadawano na żywo, więc trzeba było się uczyć zachowania przed kamerą. Do
Warszawy zjeżdżali zachodni konsultanci. Uczyli, by nie zapraszać do studia
gości w czarnych marynarkach, ponieważ na ekranie – z powodu kontrastu
– zamiast ich twarzy widniała biała plama. Uczulano na czerwoną lampkę.
Nagminnie zdarzało się, że zaproszony gość, zamiast mówić, czekał z
nieprzytomnym wyrazem twarzy albo kończył opowiadać dowcip panom z obsługi.
Poważnym problemem były muchy. Wysoka temperatura w studiu powodowała, że nie
można się było od nich uwolnić. Były dwie szkoły walki z muchami: jedna polegała
na tym, by pozwalać musze chodzić po twarzy i udawać, że się jej nie zauważa;
druga zalecała odpędzanie muchy ręką, ale w taki sposób, by wyglądało to na
gestykulację.
Osobną umiejętnością była telewizyjna suflerka.
Przedstawienia teatralne grano na żywo i aktorów z zasady „brano" od
pasa w górę. Na podłodze kucała bowiem suflerka, która podążała za aktorem i
podpowiadała mu tekst, podawała rekwizyty. Musiała uważać, by w obiektywie nie
znalazł się czubek jej głowy. Taką suflerkę obserwował kiedyś francuski reżyser
René Clair. Mówił potem w wywiadach, że nie spotkał się wcześniej z takim
poświęceniem dla sztuki.
Telewizja była jedną z wiodących nowinek odwilży
roku 1956. Zaczęły się nią interesować najwyższe władze. Zdecydowały, że pora na
rozwój. Warszawa dostała profesjonalną telewizję. Umocowane na szpicy Pałacu
Kultury i Nauki nadajniki wysyłały sygnał na odległość 60 km. Telewizja
postawiła pierwsze kroki poza studiem. Mogła już transmitować spektakle
wystawiane w jednym z teatrów w PKiN, tamtejszej pływalni i sal gimnastycznych.
A 1 maja 1956 r. nadała transmisję na żywo z uroczystej akademii w Sali
Kongresowej. Gdy na Zachodzie dla telewizji zaczęły pracować śmigłowce, nasza
telewizja kupiła dwa wozy transmisyjne – jeden ze Związku Radzieckiego,
drugi z Anglii. Telewizja pozostawała budżetową sierotką. Produkcja jednego
filmu fabularnego kosztowała wówczas 6-8 mln zł, a całoroczny budżet telewizji
wynosił 4 mln zł. W rezultacie większość scenografii stanowiły rysunki wykonane
na papierze.
Władze partyjne miały wiele zastrzeżeń. Komisja partyjna w
1959 r. podnosiła, że „Teatr Telewizji ma zbyt jednostronny
repertuar" – wystawiano zbyt wiele sztuk zachodnich, a zbyt mało
pochodzących z krajów socjalistycznych.
Pochodu telewizji przez Polskę nie
można już było zatrzymać. Ruszyła produkcja polskich telewizorów: Wisły,
Belwederu, Neptuna, Szmaragdu. W 1962 r. wyprodukowano ich trzy razy więcej, niż
zakładał plan. A niebawem w Poznaniu można było wypożyczyć odbiornik na kilka
dni, a nawet na kilka godzin.