Przeciętny film hollywoodzki to schematyczna bajeczka. Prawdziwe kino zaczyna się od zabawy schematami. Na tym przekonaniu bracia Joel i Ethan Coenowie budują karierę od ćwierćwiecza. W tym roku idą za ciosem. Ich film „To nie jest kraj dla starych ludzi" (premiera polska w połowie lutego) otrzymał właśnie nagrodę Stowarzyszenia Amerykańskich Reżyserów.
REKLAMA
Szkoła CoenówJury zainwestowało nagrodę najlepiej jak mogło. Tak inteligentnej kpiny z hollywoodzkiej masówki dawno nie oglądaliśmy. Jak to u Coenów, start jest najzwyklejszy. Na meksykańskim pograniczu myśliwy odnajduje narkotyki i pieniądze porzucone przez bossów z półświatka. I w tym miejscu aż się prosi malownicza ucieczka przed przestępcami. Ale nie w tym filmie. Tu myśliwemu znalezisko mają za złe wszyscy: zarówno bandyci, jak i policja. I nic już nie jest takie jak w rasowym kryminale.
I tak powinno być, bo u braci Cohen nic się nie zgadzało od początku. Na warsztat brali – wydawałoby się – historyjki przenicowane przez kino klasy C. Rzecz zaczynała się banalnie, ale potem już jakby wymykała się scenarzyście spod kontroli. Przypomnijmy choćby debiutancką „Prostą sprawę" z 1984 r. Pracownik nocnego klubu romansuje z żoną szefa, a ten wynajmuje speca od mokrej roboty, by sprzątnął niewierną i jej gacha. I tu się historyjka rozpada, bo wszyscy robią nie to, co powinni. Detektyw zabija nie żonę, ale zleceniodawcę, bo zainteresował go jego sejf. Kochanek, który znajduje ciało szefa, uprząta je w panice, przekonany, że egzekucji dokonała żona. W dodatku spartaczyła robotę. „Zabity" szef staje na nogi, więc musi zostać zakopany żywcem. Dobijanie „trupa” ciągnie się bez końca. Widownia – najpierw zmrożona okrucieństwem, którego nie oczekiwała – szybko zaczyna się śmiać. Grozą nie można się napawać bez końca. W tej jeździe bracia specjalizowali się z filmu na film.
Film w filmieW kultowym filmie „Barton Fink" (1991) bracia naszkicowali gehennę hollywoodzkiego scenarzysty. Ten, pod presją terminów i niebotycznego honorarium, musi wykrzesać z siebie fabułę, jakiej oczekują od niego producenci. Tytułowy Barton Fink spędza całe dnie w obskurnym pokoju hotelowym nad pustą kartką papieru. W nowojorskich teatrach cenili go, bo pisał krwiste sztuki z życia prostych ludzi, tymczasem w Hollywood prości ludzie nikogo nie interesują. W cenie byłby za to tandetny scenariusz do historyjki o bokserach. Jeżeli będzie przypominał dziesięć innych scenariuszy na ten sam temat, to nawet lepiej. Barton jednak nie jest w stanie wykrzesać z siebie nawet połowy takiej historii. Na ekranie nie dzieje się nic. Fabuła się posypała? Ależ skąd! To bracia Coen nakręcili film o czymś, o czym pozornie nie da się kręcić. O braku scenariusza. Ogląda się z zapartym tchem. „To nie jest kraj dla starych ludzi" ogląda się na bezdechu!
Kino na bezdechu
Przeciętny film hollywoodzki to schematyczna bajeczka.
Prawdziwe kino zaczyna się od zabawy schematami. Na tym przekonaniu bracia Joel
i Ethan Coenowie budują karierę od ćwierćwiecza. W tym roku idą za ciosem. Ich
film „To nie jest kraj dla starych ludzi" (premiera polska w połowie
lutego) otrzymał właśnie nagrodę Stowarzyszenia Amerykańskich Reżyserów.
Szkoła Coenów
Jury zainwestowało nagrodę najlepiej jak mogło.
Tak inteligentnej kpiny z hollywoodzkiej masówki dawno nie oglądaliśmy. Jak to u
Coenów, start jest najzwyklejszy. Na meksykańskim pograniczu myśliwy odnajduje
narkotyki i pieniądze porzucone przez bossów z półświatka. I w tym miejscu aż
się prosi malownicza ucieczka przed przestępcami. Ale nie w tym filmie. Tu
myśliwemu znalezisko mają za złe wszyscy: zarówno bandyci, jak i policja. I nic
już nie jest takie jak w rasowym kryminale.
I tak powinno być, bo u braci
Cohen nic się nie zgadzało od początku. Na warsztat brali – wydawałoby się
– historyjki przenicowane przez kino klasy C. Rzecz zaczynała się
banalnie, ale potem już jakby wymykała się scenarzyście spod kontroli.
Przypomnijmy choćby debiutancką „Prostą sprawę" z 1984 r. Pracownik
nocnego klubu romansuje z żoną szefa, a ten wynajmuje speca od mokrej roboty, by
sprzątnął niewierną i jej gacha. I tu się historyjka rozpada, bo wszyscy robią
nie to, co powinni. Detektyw zabija nie żonę, ale zleceniodawcę, bo
zainteresował go jego sejf. Kochanek, który znajduje ciało szefa, uprząta je w
panice, przekonany, że egzekucji dokonała żona. W dodatku spartaczyła robotę.
„Zabity" szef staje na nogi, więc musi zostać zakopany żywcem.
Dobijanie „trupa” ciągnie się bez końca. Widownia – najpierw
zmrożona okrucieństwem, którego nie oczekiwała – szybko zaczyna się śmiać.
Grozą nie można się napawać bez końca. W tej jeździe bracia specjalizowali się z
filmu na film.
Film w
filmie
W kultowym filmie „Barton Fink" (1991) bracia
naszkicowali gehennę hollywoodzkiego scenarzysty. Ten, pod presją terminów i
niebotycznego honorarium, musi wykrzesać z siebie fabułę, jakiej oczekują od
niego producenci. Tytułowy Barton Fink spędza całe dnie w obskurnym pokoju
hotelowym nad pustą kartką papieru. W nowojorskich teatrach cenili go, bo pisał
krwiste sztuki z życia prostych ludzi, tymczasem w Hollywood prości ludzie
nikogo nie interesują. W cenie byłby za to tandetny scenariusz do historyjki o
bokserach. Jeżeli będzie przypominał dziesięć innych scenariuszy na ten sam
temat, to nawet lepiej. Barton jednak nie jest w stanie wykrzesać z siebie nawet
połowy takiej historii. Na ekranie nie dzieje się nic. Fabuła się posypała? Ależ
skąd! To bracia Coen nakręcili film o czymś, o czym pozornie nie da się kręcić.
O braku scenariusza. Ogląda się z zapartym tchem. „To nie jest kraj dla
starych ludzi" ogląda się na bezdechu!