Przez dekady Holandia była awangardą we wdrażaniu wszelakich swobód. Dziś zaczyna gwałtownie zmieniać kurs. Kraj, co podkreślają i politycy, i obywatele, ocknął się w pułapce rozhuśtanej tolerancji. Czerwonym światłem były głośne morderstwa Pima Fortuyna i Theo van Gogha, dokonane przez islamskich fanatyków. Okazało się też, że wolna sprzedaż miękkich narkotyków oraz pełna legalizacja prostytucji przyniosły skutek odwrotny od zamierzonego: wzrost patologii w tych dziedzinach.
REKLAMA
Holandia stała się symbolem postępu jeszcze w latach 60., kiedy jako jeden z pierwszych krajów zalegalizowała aborcję. W kolejnych latach poszerzała listę „cywilizacyjnych zdobyczy": zalegalizowano miękkie narkotyki, związki homoseksualne, a następnie adopcję dzieci przez takie pary. O ile jednak legalizacja prostytucji, czyli uznanie jej za jedną z wielu opodatkowanych branż gospodarki, została zaakceptowana bez sprzeciwów, o tyle zalegalizowanie eutanazji w 2002 r. wywołało protesty konserwatywnych środowisk. Dzisiaj, wedle różnych statystyk, co najmniej 20 proc. zgonów ciężko chorych starszych osób następuje wskutek „dobrej śmierci". Eutanazja nie jest jednak tylko problemem ludzi starszych – w myśl holenderskiego prawa osoby między 16. a 17. rokiem życia same mogą poprosić o skrócenie życia (rodzice muszą być tylko o tym poinformowani). W wypadku dzieci w wieku 12-16 lat można zakończyć życie nieuleczalnie chorego pacjenta tylko na podstawie zgody rodziców. Ponad dwa lata temu wybuchła afera, gdy lekarze z Groningen w północnej Holandii przyznali w opublikowanym raporcie, że wbrew prawu dokonali eutanazji kilkunastu niemowląt, które urodziły się z poważnymi chorobami, głównie rozszczepieniem kręgosłupa. Lekarze na tej podstawie domagali się legalizacji eutanazji dzieci. „To wielki krok naprzód i jesteśmy bardzo z tego zadowoleni" – mówił z dumą Eduard Verhagen, dyrektor Oddziału Pediatrii University Medical Centre w Groningen. Sprawa trafiła do parlamentu i podzieliła społeczeństwo. Wiele osób uznało ją za kontynuację nazistowskich praktyk. – Jeśli dopuścimy eutanazję wobec tych, za których my podejmujemy decyzję, wchodzimy na niebezpieczne terytorium – uważa Henk Jochemsen ze zrzeszającego lekarzy i etyków medycyny Lindeboom Instituut. Jego zdaniem, „z rozwiązywania ciężkich przypadków nie ma co robić prawa". – Jeśli zostanie uchwalone prawo dotyczące decydowania o uśmiercaniu dzieci chorujących w sposób nierokujący wyzdrowienia, natychmiast okaże się, że takich wypadków jest więcej, niż się spodziewamy – podkreśla Jochemsen.
Holenderska pułapka
Przez dekady Holandia była awangardą we wdrażaniu
wszelakich swobód. Dziś zaczyna gwałtownie zmieniać kurs. Kraj, co podkreślają i
politycy, i obywatele, ocknął się w pułapce rozhuśtanej tolerancji. Czerwonym
światłem były głośne morderstwa Pima Fortuyna i Theo van Gogha, dokonane przez
islamskich fanatyków. Okazało się też, że wolna sprzedaż miękkich narkotyków
oraz pełna legalizacja prostytucji przyniosły skutek odwrotny od zamierzonego:
wzrost patologii w tych dziedzinach. Holandia stała się
symbolem postępu jeszcze w latach 60., kiedy jako jeden z pierwszych krajów
zalegalizowała aborcję. W kolejnych latach poszerzała listę
„cywilizacyjnych zdobyczy": zalegalizowano miękkie narkotyki, związki
homoseksualne, a następnie adopcję dzieci przez takie pary. O ile jednak
legalizacja prostytucji, czyli uznanie jej za jedną z wielu opodatkowanych branż
gospodarki, została zaakceptowana bez sprzeciwów, o tyle zalegalizowanie
eutanazji w 2002 r. wywołało protesty konserwatywnych środowisk. Dzisiaj,
wedle różnych statystyk, co najmniej 20 proc. zgonów ciężko chorych starszych
osób następuje wskutek „dobrej śmierci". Eutanazja nie jest jednak
tylko problemem ludzi starszych – w myśl holenderskiego prawa osoby między
16. a 17. rokiem życia same mogą poprosić o skrócenie życia (rodzice muszą być
tylko o tym poinformowani). W wypadku dzieci w wieku 12-16 lat można zakończyć
życie nieuleczalnie chorego pacjenta tylko na podstawie zgody rodziców. Ponad
dwa lata temu wybuchła afera, gdy lekarze z Groningen w północnej Holandii
przyznali w opublikowanym raporcie, że wbrew prawu dokonali eutanazji kilkunastu
niemowląt, które urodziły się z poważnymi chorobami, głównie rozszczepieniem
kręgosłupa. Lekarze na tej podstawie domagali się legalizacji eutanazji dzieci.
„To wielki krok naprzód i jesteśmy bardzo z tego zadowoleni" –
mówił z dumą Eduard Verhagen, dyrektor Oddziału Pediatrii University Medical
Centre w Groningen. Sprawa trafiła do parlamentu i podzieliła społeczeństwo.
Wiele osób uznało ją za kontynuację nazistowskich praktyk. – Jeśli
dopuścimy eutanazję wobec tych, za których my podejmujemy decyzję, wchodzimy na
niebezpieczne terytorium – uważa Henk Jochemsen ze zrzeszającego lekarzy i
etyków medycyny Lindeboom Instituut. Jego zdaniem, „z rozwiązywania
ciężkich przypadków nie ma co robić prawa". – Jeśli zostanie
uchwalone prawo dotyczące decydowania o uśmiercaniu dzieci chorujących w sposób
nierokujący wyzdrowienia, natychmiast okaże się, że takich wypadków jest więcej,
niż się spodziewamy – podkreśla Jochemsen. Półtora roku temu podczas
kampanii wyborczej pojawiła się partia, której głównym postulatem była
legalizacja pedofilii i zoofilii. W tym wypadku oburzyli się nawet zazwyczaj
ślepo naśladujący Holendrów Belgowie. Mając w pamięci zbrodnie mordercy pedofila
Marca Dutroux, zaprotestowali przeciw próbom uznania pedofilii za normę. Pomysł
krytykowano też w samej Holandii. „Idea tolerancji została ośmieszona i
zbliżyła się do niebezpiecznych granic" – stwierdził chadecki premier
Jan Peter Balkenende. Tenże Balkenende po reelekcji zweryfikował slogany,
którymi posługiwali się postępowcy. Wbrew optymistycznym hasłom, okazało się, że
legalizacja miękkich narkotyków nie wytępiła patologii, lecz przyczyniła się do
wzrostu popularności „trawki" wśród młodzieży. Burmistrz Rotterdamu
wprowadził więc poprawki, w myśl których coffee shopy nie mogą się znajdować
bliżej niż 200 m od szkół. Kolejnym krokiem było zakazanie sprzedaży grzybków
halucynogennych – impulsem do tej decyzji była fala śmierci młodych ludzi
spowodowana ich spożyciem. Władze Amsterdamu wydały wojnę domom publicznym
i słynnej dzielnicy czerwonych latarni. Kilkuletnie obserwacje udowodniły
bowiem, że legalizacja prostytucji nie zmniejszyła skali handlu żywym towarem i
wykorzystywania kobiet. W związku z tym we wrześniu 2007 r. miasto wraz z firmą
deweloperską wykupiło 51 „okienek" wynajmowanych przez prostytutki.
Na obszarze zajmującym sporą część dzielnicy powstaną apartamentowce i lokale
użytkowe. Władze Amsterdamu zapowiedziały też, że wprowadzą licencje dla
właścicieli domów publicznych, a burmistrz Job Cohen proponuje, by podwyższyć
granicę wieku, od którego można się trudnić prostytucją – z 18 lat do 21
lat. Te akcje spotykają się z dużym poparciem społecznym, bo wbrew stereotypom
większość Holendrów jest konserwatywna. Wszak to tu istnieją całe miejscowości
zamieszkane przez ortodoksyjnie konserwatywnych kwakrów. Holenderska
postępowość to także liberalna polityka imigracyjna. Przybysze, zwłaszcza z
byłych kolonii holenderskich, znajdowali tu doskonałe warunki do życia wedle
własnych zasad, ale za to na koszt państwa. Otrzeźwienie przyszło po
morderstwach populistycznego polityka Pima Fortuyna i równie kontrowersyjnego
reżysera Theo van Gogha, któremu islamski fanatyk rytualnie poderżnął gardło. To
Fortuyn przełamał mur milczenia i zaczął ostrzegać przed nadmierną tolerancją
wobec cudzoziemców. Do Holendrów dopiero wtedy dotarło, że oficjalnie co
najmniej 10 proc. obywateli to imigranci, głównie muzułmańscy, a w dużych
miastach, takich jak Amsterdam czy Rotterdam, przybysze stanowią nawet połowę
mieszkańców. Najgorsze jest to, że imigranci nie zamierzają się dostosowywać do
reguł, lecz wolą narzucać swe zwyczaje. Po śmierci Fortuyna holenderska polityka
imigracyjna przybrała twarz Rity Verdonk, byłej minister odpowiedzialnej za
sprawy społeczne, która uznała obcokrajowców za zagrożenie dla kultury i ładu
społecznego. I choć nie znalazła się w obecnym rządzie, to ministrowie realizują
jej postulaty, m.in. przymusowe kursy językowe i integracyjne dla imigrantów. Na
Fortuyna i skrajnie prawicowe partie nie głosują łysi młodzieńcy w brunatnych
koszulach, lecz zwykli obywatele, którzy czują się coraz bardziej
zastraszeni. Jan Peter Balkenende przez dziennikarzy został nazwany –
ze względu na fizyczne podobieństwo – Harrym Potterem. W polityce nie ma
miejsca na magiczne sztuczki, ale na zdecydowane ruchy. Premier doskonale to
rozumie i konsekwentnie stara się przywracać w kraju normalność.
|
 |
|
|
Stanisław Kania |
 |
|
|
Ezekiel |
 |
|
|
Maria Biardzka |
|