Dobry wojskowy zwycięża wroga bez walki, zajmuje miasta bez oblężenia i w krótkim czasie zdobywa kraj. Odnosi zwycięstwa, nie trudząc żołnierzy" – napisał ponad 2,5 tys. lat temu Sun Tzu, chiński generał i strateg. Zakochani w jego traktacie „Sztuka wojenna" Chińczycy stosują się do tych rad. Bez żmudnych „oblężeń" zachodnich rynków i trudzenia własnych „żołnierzy” biznesu opanowują światową gospodarkę. Zalewają zagraniczne rynki swoimi towarami; przyciągają zachodnie koncerny skuszone możliwościami chińskiego rynku i sami śmiało inwestują w krajach rozwijających się. I kontraktują ogromną część surowców naturalnych wydobywanych na świecie. Dlatego coraz więcej państw staje się gospodarczymi zakładnikami Państwa Środka.
REKLAMA
Rachunek za niskie cenyW połowie 2007 r. dwóch przedstawicieli Komunistycznej Partii Chin udzieliło wywiadów, w których ostrzegli, że jeśli zajdzie taka potrzeba, Pekin może użyć wynoszącej 1,33 bln USD rezerwy walutowej jako politycznej broni, aby wywrzeć wpływ na Stany Zjednoczone. Chiny mają warte 900 mld USD amerykańskie obligacje. Gdyby w krótkim czasie Chińczycy zaczęli je sprzedawać na rynku, gwałtownie spadłaby ich cena i kurs dolara. W skrajnym wypadku mogłoby to nawet doprowadzić do załamania gospodarczego w USA. Eksport jest bronią, która sprawia, że chińskie zasoby gotówki pęcznieją, a przy okazji uzależniają się od Chin zagraniczne gospodarki. Chiny są pierwszym dostawcą towarów dla Japonii, drugim dla UE i trzecim dla USA, a w każdym z tych wypadków ich udział w handlu szybko rośnie. USA w handlu z Chinami mają deficyt sięgający w 2007 r. aż 256 mld USD. Przez lata rząd w Pekinie stymulował chiński eksport poprzez sztuczne zaniżanie wartości juana. Środkiem takiej polityki było skupowanie dewiz, głównie dolarów amerykańskich oraz papierów dłużnych USA. W ten sposób Chiny kredytowały rozbuchaną konsumpcję Amerykanów, a deficyt USA w handlu z Chinami stale narastał. Dzięki wciąż niskim kosztom pracy w Chinach są one w stanie oferować konkurencyjne cenowo towary i usługi. Dla USA czy Europy tani import z Chin oznacza m.in. możliwość utrzymywania u siebie inflacji w ryzach i obniżenia kosztów życia własnych obywateli. Z tych samych powodów – niskich kosztów pracy – zachodnie koncerny na potęgę inwestują w Chinach (w 2007 r. wartość zrealizowanych tam zagranicznych inwestycji sięgnęła 83 mld USD). Dla wielu z nich przeniesienie produkcji do Państwa Środka było jedyną szansą na utrzymanie się na rynku. W ten sposób od chińskiej gospodarki (a więc pośrednio chińskiego rządu, mającego ogromny na nią wpływ) – niczym od narkotyku – uzależniają się wielkie koncerny i całe państwa.
Chiński narkotyk
Dobry wojskowy zwycięża wroga bez walki, zajmuje
miasta bez oblężenia i w krótkim czasie zdobywa kraj. Odnosi zwycięstwa, nie
trudząc żołnierzy" – napisał ponad 2,5 tys. lat temu Sun Tzu, chiński
generał i strateg. Zakochani w jego traktacie „Sztuka wojenna"
Chińczycy stosują się do tych rad. Bez żmudnych „oblężeń" zachodnich
rynków i trudzenia własnych „żołnierzy” biznesu opanowują światową
gospodarkę. Zalewają zagraniczne rynki swoimi towarami; przyciągają zachodnie
koncerny skuszone możliwościami chińskiego rynku i sami śmiało inwestują w
krajach rozwijających się. I kontraktują ogromną część surowców naturalnych
wydobywanych na świecie. Dlatego coraz więcej państw staje się gospodarczymi
zakładnikami Państwa Środka.
Rachunek za niskie ceny W połowie 2007 r.
dwóch przedstawicieli Komunistycznej Partii Chin udzieliło wywiadów, w których
ostrzegli, że jeśli zajdzie taka potrzeba, Pekin może użyć wynoszącej 1,33 bln
USD rezerwy walutowej jako politycznej broni, aby wywrzeć wpływ na Stany
Zjednoczone. Chiny mają warte 900 mld USD amerykańskie obligacje. Gdyby w
krótkim czasie Chińczycy zaczęli je sprzedawać na rynku, gwałtownie spadłaby ich
cena i kurs dolara. W skrajnym wypadku mogłoby to nawet doprowadzić do załamania
gospodarczego w USA. Eksport jest bronią, która sprawia, że chińskie
zasoby gotówki pęcznieją, a przy okazji uzależniają się od Chin zagraniczne
gospodarki. Chiny są pierwszym dostawcą towarów dla Japonii, drugim dla UE i
trzecim dla USA, a w każdym z tych wypadków ich udział w handlu szybko rośnie.
USA w handlu z Chinami mają deficyt sięgający w 2007 r. aż 256 mld USD. Przez
lata rząd w Pekinie stymulował chiński eksport poprzez sztuczne zaniżanie
wartości juana. Środkiem takiej polityki było skupowanie dewiz, głównie dolarów
amerykańskich oraz papierów dłużnych USA. W ten sposób Chiny kredytowały
rozbuchaną konsumpcję Amerykanów, a deficyt USA w handlu z Chinami stale
narastał. Dzięki wciąż niskim kosztom pracy w Chinach są one w stanie
oferować konkurencyjne cenowo towary i usługi. Dla USA czy Europy tani import z
Chin oznacza m.in. możliwość utrzymywania u siebie inflacji w ryzach i obniżenia
kosztów życia własnych obywateli. Z tych samych powodów – niskich kosztów
pracy – zachodnie koncerny na potęgę inwestują w Chinach (w 2007 r.
wartość zrealizowanych tam zagranicznych inwestycji sięgnęła 83 mld USD). Dla
wielu z nich przeniesienie produkcji do Państwa Środka było jedyną szansą na
utrzymanie się na rynku. W ten sposób od chińskiej gospodarki (a więc pośrednio
chińskiego rządu, mającego ogromny na nią wpływ) – niczym od narkotyku
– uzależniają się wielkie koncerny i całe państwa.
Punkt skupu surowców Chiny uzależniają od
siebie także producentów energii, surowców naturalnych i innych dóbr
konsumowanych przez ich szybko rosnący przemysł. Liczby są wymowne: obecnie na
Chiny przypada 40 proc. globalnego zużycia cementu, 31 proc. węgla, 30 proc.
rudy żelaza i 25 proc. aluminium. Import z Australii i Ameryki Południowej
napędza rekordowy ostatnio wzrost gospodarczy w tych regionach. Chiny podejmują
też bardziej aktywne operacje mające zapewnić im stały dostęp do surowców,
zwłaszcza w Afryce. Chińsko-afrykański handel nabrał rozmachu w kilku
ostatnich latach, osiągając wartość ok. 30 mld USD w 2006 r. (40-procentowy
coroczny wzrost w latach 2001-2006). Już w 2010 r. prognozowane obroty wyniosą
100 mld USD rocznie (wzrastając do 50-60 proc. całej wymiany handlowej Afryki!).
Przykładowo, rząd Konga ogłosił pod koniec 2007 r. zakontraktowanie u chińskich
przedsiębiorców państwowych inwestycji infrastrukturalnych i górniczych na kwotę
12 mld USD. W zamian Chińczycy uzyskali dostęp do bogatych rud miedzi. Chiny
przeznaczyły również ponad 2 mld USD na bezzwrotną pomoc, kredyty inwestycyjne i
dotacje dla chińskich przedsiębiorstw inwestujących w Angoli – w
rezultacie 25 proc. ropy naftowej wydobywanej w tym kraju trafia do Chin. Dzięki
tej współpracy rząd Angoli mógł odrzucić ofertę pomocową MFW, która wiązała się
z wymogami przestrzegania ścisłych kryteriów transparencji, dobrego zarządu i
poszanowania praw człowieka. Współpraca chińsko-afrykańska układa się doskonale
m.in. dzięki temu, że chińscy liderzy prowadzą politykę nieingerowania w
wewnętrzne sprawy swoich partnerów gospodarczych. Oprócz Afryki terenem
wczesnych inwestycji zagranicznych Chin były sąsiednie kraje azjatyckie, na
które przypadło 60 proc. inwestowanych środków. Kraje te stanowiły dla chińskich
menedżerów dogodny poligon przed ekspansją w USA i Europie.
Polityczna pożyczka Źródła fenomenu
chińskich inwestycji zagranicznych należy upatrywać w gigantycznych rezerwach
walutowych. Nagromadzone środki są obecnie coraz częściej lokowane w specjalne
fundusze majątku państwowego (Sovereign Wealth Funds – SWF). Fundusze te
są wehikułami do prowadzenia bardziej aktywnej polityki inwestycyjnej. Nabywają
udziały w spółkach, a nawet całe spółki. SWF dysponują przy tym wielkim i ciągle
rosnącym kapitałem – na początek Chiny przeznaczyły na ten cel 200 mld
USD. Jeśli obecne tempo przyrostu dewiz się utrzyma, łatwo sobie wyobrazić, że
fundusze SWF Państwa Środka mogą być zasilane kwotami sięgającymi 200-300 mld
USD rocznie. Z jednej strony, chińskie, singapurskie, koreańskie oraz
bliskowschodnie SFW odegrały ważną rolę stabilizacyjną podczas obecnego
załamania na międzynarodowych rynkach finansowych wywołanego kryzysem na rynku
hipotecznym w USA. Niemal wszystkie większe instytucje bankowe otrzymały od nich
paromiliardowe zastrzyki finansowe (przykładowo Morgan Stanley pozyskał 5 mld
USD od chińskiego funduszu państwowego). W ten sposób SWF stały się znaczącymi
udziałowcami międzynarodowych banków. Bariery stawiane ich inwestycjom na
Zachodzie Chińczycy obchodzą poprzez wykorzystanie w transakcjach pośredników.
Na przykład China Investment Corp. za 3 mld USD nabyła 10 proc. udziałów w
Blackstone, amerykańskim funduszu private equity, za pośrednictwem którego może
teraz inwestować w inne spółki. Z drugiej strony, w taki sposób zamiast
prywatyzować własne przedsiębiorstwa, rząd w Pekinie koncentruje się na
nabywaniu – a więc w gruncie rzeczy nacjonalizacji – cudzych,
zagranicznych firm.
Made for
China Niezależnie od funduszy państwowych coraz śmielej poczynają
sobie również chińskie firmy. Przykładowo, w 2004 r. chiński koncern komputerowy
Lenovo za 11 mld USD przejął od IBM sektor produkcji komputerów osobistych.
Licznych akwizycji dokonała chińska spółka elektroniczna TCL, która przejęła
upadłego niemieckiego wytwórcę sprzętu elektronicznego firmę Schneider oraz
francuski dział produkcji odbiorników firmy Thomson. Również we Francji TCL
przejął przedsiębiorstwo telekomunikacyjne Alcatel, natomiast Chalkis nabył
firmę przetwórstwa żywności – Le Cabanon. Zagranicznym inwestycjom swoich
firm sprzyja chiński rząd, udzielając im gwarancji i kredytów. Istotnym aspektem
tych inwestycji jest transfer technologii i know-how. Coraz częściej też chińscy
producenci decydują się na występowanie pod własnymi markami. Przed
kilkoma dekadami perspektywa Chin wobec Zachodu była ponura – samą tanią
siłą roboczą nie można było konkurować z technologiami i kapitałem, które
posiadał Zachód. Dziś to Zachód ma powody do obaw, trudno jest konkurować cenowo
z tanią i niewyczerpalną siłą roboczą Państwa Środka, które obecnie dysponuje
już porównywalnymi z Zachodem technologiami i kapitałem. Współcześnie z Chinami
muszą się liczyć wszyscy: rządy, wielonarodowe korporacje i konsumenci. Próba
obejścia się bez produktów made in China jest skazana na niepowodzenie (taki
eksperyment opisała amerykańska dziennikarka Sara Bongiorni). Obecny kryzys na
międzynarodowych rynkach finansowych wygląda na preludium do większej
geopolitycznej zmiany. Chiny coraz dobitniej dowodzą zasadności nazwy, do której
pretendują.
|
 | Autor:
|
 |
|
|
Stanisław Kania |
 |
|
|
Ezekiel |
 |
|
|
Maria Biardzka |
|