

Inflacja w USA jest najwyższa od 17 lat (4,1 proc.), rekordowa jest też w
strefie euro (3,3 proc.). Niechlubne rekordy pobiły także Chiny, Japonia, Czechy
i Ukraina (kraje te notują najwyższe wskaźniki inflacji od 10 lat). Rekordowo
wysoki jest wskaźnik inflacji w Polsce, który w lutym przekroczył 4,2 proc.
Dlaczego tak się dzieje?
Czym jest inflacja?Inflacja to
nic innego jak podatek nakładany na obywateli przez kontrolujące podaż pieniądza
rządy. Inflacja oznacza, że w obiegu pojawiło się więcej pieniądzy niż
produkowanych towarów, a więc ceny dóbr musiały wzrosnąć. To dlatego płacimy
coraz wyższe raty kredytów i coraz więcej wydajemy na zakup towarów, przede
wszystkim żywności. Statystyczny Polak zarabiający średnią krajową pensję
(według GUS – 3 tys. zł) tylko od swoich poborów zapłacił w ostatnim roku
ok. 1500 zł podatku inflacyjnego (zarabiane przez niego pieniądze straciły na
wartości 4,2 proc.). „Banki centralne działają tak jak syndykaty fałszerzy
pieniędzy. Jednak w przeciwieństwie do innych fałszerzy udają, że działają w
publicznym interesie: łagodzą cykle koniunkturalne czy starają się utrzymać ceny
na stabilnym poziomie" – dowodził Murray Rothbard, jeden z
najwybitniejszych amerykańskich ekonomistów XX wieku. – Inflacja to
największe złodziejstwo, jakiego dopuszczają się współczesne państwa –
mówi prof. Witold Kwaśnicki z Uniwersytetu Wrocławskiego.
Teoria
spiskuPoza garstką bankowców mało kto zdaje sobie sprawę, skąd się
w gospodarce biorą pieniądze. Jak zauważył sir Josiah Stamp, szef Banku Anglii w
latach 1928-1941, „nowoczesny system bankowy produkuje pieniądze z
niczego. To najbardziej zdumiewająca sztuczka, jaka kiedykolwiek została
wynaleziona". „Proces kreacji przez banki pieniądza jest tak prosty,
że umysł ludzki go odrzuca" – podsumował amerykański ekonomista John
Kenneth Galbraith.
Większość Polaków jest przekonana, że o nowym
pieniądzu, który pojawia się na rynku, decyduje Narodowy Bank Polski. Nie jest
to prawda. 90 proc. nowego pieniądza emitowanego w Polsce jest produkowane przez
banki komercyjne. Za każdym razem, kiedy bierzemy kredyt w banku, tworzy on nowe
pieniądze, które wcześniej nie istniały. W teorii ekonomii proces ten jest
nazwany eufemistycznie „kreacją pieniądza". Jego przeciwnicy uważają,
że to nic innego jak oszustwo, fałszerstwo albo nawet kradzież. Rothbard uważał,
że inflacja jest świadomą strategią sektora bankowego działającego w sojuszu z
rządem. Na nowych pieniądzach zarabiają bowiem ci, którzy dostają je pierwsi
(czyli banki) i są w stanie wydać je, zanim nastąpi wzrost cen.
Doskonałym
sposobem ilustracji tego, jak „wyprodukowany" w bankach pieniądz
napędza inflację, jest sytuacja w ostatnich latach na polskim rynku
nieruchomości. W 2006 r., kiedy ceny nieruchomości wzrosły o 50 proc., banki
udzieliły ponad 300 tys. kredytów o wartości 44 mld zł. Tymczasem w 2005 r.
kredytów było tylko 202 tys. o wartości 24 mld zł, czyli dwa razy mniej. Banki
zaczęły masowo udzielać kredytów na 100 proc. wartości nieruchomości i kilkaset
tysięcy osób mogło wziąć „wyprodukowane" przez banki pieniądze i
kupić sobie mieszkanie. Te sto kilkadziesiąt miliardów złotych (kolejne 57 mld
zł kredytów hipotecznych udzielono w 2007 r.), wpompowane nagle

w rynek nieruchomości,
musiało doprowadzić do wzrostu cen. Jaki był skutek? Inflacja dla osób, które
obecnie chcą kupić mieszkanie (czyli większość dwudziesto- i trzydziestolatków)
wyniosła nie kilka procent, jak twierdzi GUS, tylko kilkadziesiąt procent (za
dwupokojowe mieszkanie zapłacą 2 tys. zł miesięcznej raty zamiast 1 tys. zł jak
jeszcze dwa lata temu). Dlaczego zatem wskaźnik inflacji utrzymywał się w tym
czasie na poziomie 2-4 proc.? W polskim wskaźniku inflacji nie jest bowiem
odzwierciedlony wzrost cen mieszkań, chociaż na przykład w amerykańskim jest on
zawarty.
Fałszywe miliardyBanki to najbardziej dochodowe instytucje świata, które zarabiają tym więcej,
im więcej kredytów udzielą (czyli im więcej „pustego" pieniądza
wyprodukują). Dlatego obecny boom kredytowy zbiegł się z ogłoszeniem rekordowych
zysków przez nasz sektor bankowy. W 2007 r. banki w Polsce zarobiły „na
czysto" 13,7 mld zł. Od początku transformacji ustrojowej do 2003 r. ich
dochody nigdy nie przekroczyły 5 mld zł rocznie. Stopa zwrotu na kapitale
własnym w polskim sektorze bankowym (ROE) to 25,1 proc., czyli pieniądze
wyłożone na założenie banku zwracają się po czterech latach. Takich wyników nie
ma żaden inny sektor.
Skutkiem boomu kredytowego jest bardzo szybko rosnąca
ilość pieniądza w obiegu. Najlepszym tego wskaźnikiem jest tzw. M3, który
obejmuje, oprócz gotówki, także m.in. krótkoterminowe depozyty w banku. Nie
zawsze wzrost M3 jest spowodowany wzrostem ilości pieniądza kreowanego przez
banki, ale w większości wypadków dobrze pokazuje wzrost ilości pieniądza na
rynku. Na koniec lutego 2007 r. było w Polsce w obiegu 509 mld zł, a obecnie
(dane z końca lutego 2008 r.) jest 578 mld zł, czyli o 13,5 proc. więcej. W tym
okresie ilość dóbr i usług wytworzonych przez polską gospodarkę (czyli PKB)
wzrosła tylko o 6 proc. Większa ilość pieniędzy w rękach obywateli bez
równoczesnego zwiększenia liczby wytworzonych dóbr oznacza właśnie inflację.
Przyjaciel polityków„Żaden polityk nie przegrał wyborów, doprowadzając do wzrostu
inflacji" – zauważył kiedyś Richard Nixon, prezydent USA. Dlatego, że
doprowadza ona do redystrybucji pieniędzy od biednych do bogatych. Dzięki temu
politycy mają pracę polegającą na obiecywaniu odwracania tego procesu. Jeżeli
bowiem – tak jak obecnie w Polsce – inflacja wynosi 4,2 proc., to
oznacza, że w ciągu roku pensje etatowych pracowników obniżają się automatycznie
prawie o jedną dwudziestą. Te osoby stają się w części klientelą polityków,
którzy utrzymują, że zapewnią im więcej pieniędzy (tak jak to zrobił PiS przed
wyborami, podnosząc płacę minimalną prawie o 20 proc.). Tymczasem inflacja nie
dotyczy aktywów należących do zamożnych. Ceny nieruchomości czy udziałów w
firmach rosną wraz ze wzrostem cen.
Dzięki inflacji politycy dostają więcej
pieniędzy z podatków (rosną ceny, a największy udział w budżetach europejskich
państw ma podatek od towarów i usług – VAT, który jest tym wyższy, im
wyższe są ceny). Tymczasem wydatki publiczne są ustalane nominalnie rok
wcześniej, wtedy kiedy ceny są niższe. Aby dodatkowo spotęgować ten efekt,
ministrowie finansów regularnie zaniżają wysokość inflacji. Na przykład w
projekcie budżetu na rok 2008 r. przewidywano, że inflacja wyniesie 2,3 proc.
Tymczasem już wynosi ona 4,2 proc. Zamiast 247 mld zł planowanych przychodów,
będzie prawdopodobnie o 5 mld zł więcej.
Dodatkowym bonusem dla polityków
jest to, że w miarę wzrostu inflacji maleje wartość długu zaciągniętego
wcześniej przez państwo. Skrajnym przykładem tego, jak to można wykorzystać,
dali polscy komuniści po II wojnie światowej. Nie odmówili spłaty przedwojennych
obligacji, tylko ustawowo znieśli zabezpieczenie ich wartości w złocie, a
następnie poczekali aż inflacja obniży wartość długu do zera.
Malowanie trawyZwolennicy teorii
spiskowych wskazują, że amerykański bank centralny zaprzestał publikowania
wskaźnika podaży pieniądza M3 w 2006 r., a obecnie inflacja w USA jest najwyższa
od 17 lat. Co więcej, wartość dolara względem innych walut topnieje w oczach.
Wszystko dlatego, że inwestorzy na świecie zorientowali się, iż do obiegu
wprowadzono ogromne ilości „pustego dolara". – Państwa na całym
świecie starają się manipulować oficjalnymi wskaźnikami inflacji, aby nie
pokazywać, ile naprawdę pieniądze tracą na wartości – mówi prof. Witold
Kwaśnicki. Stosowany jest mechanizm, który do perfekcji opanowali komuniści w
PRL. Chcąc ukryć podwyżki cen, uwzględniali w koszyku inflacji obniżkę cen na
przykład lokomotyw. Tak naprawdę każdy ma własny poziom inflacji, bo każdy
kupuje inne towary i usługi. GUS przyjmuje typowy koszyk dóbr i usług, który
wybiera na podstawie anonimowych ankiet. Ich reprezentatywność jest wysoce
umowna. Poza tym co roku GUS zmienia koszyk tych usług. Jeżeli na przykład w
jednym roku ceny ogórków wzrosły i klienci zaczęli kupować więcej pomidorów, to
GUS zacznie uwzględniać tańsze pomidory. We wskaźniku inflacji nie będzie ani
śladu tego, że wzrosły ceny ogórków.
Kto wrobił wolny rynek?Zrozumienie mechanizmu kreowania pieniądza jest kluczem do pojęcia tego,
dlaczego społeczeństwa w rozwiniętych i większości rozwijających się krajów
pozwalają politykom na zabieranie sobie połowy zarobionych pieniędzy w postaci
podatków. Punktem zwrotnym w historii świata był wielki kryzys w USA, który
rozpoczął się w 1929 r. Wówczas uznano, że jest to ostateczny dowód na to, że
wolny rynek się nie sprawdził i społeczeństwa w rozwiniętych krajach przyzwoliły
politykom na masowe zwiększanie podatków i interwencjonizmu państwowego.
Ekonomiczną „podkładkę" dla światowego zamachu stanu na pieniądze
podatników dostarczył słynny ekonomista John Maynard Keynes, który ukuł teorię,
według której politycy mogą zapobiegać kryzysom gospodarczym, zwiększając w
czasach dekoniunktury wydatki budżetowe. Wolny rynek został zwyczajnie wrobiony
w przestępstwo, którego nie popełnił. I został skazany. 36 lat później, w 1965
r., prof. Milton Friedman udowodnił, że za kryzys odpowiedzialny jest
amerykański bank centralny, który w nieodpowiedni sposób „majstrował"
przy ilości pieniądza w obiegu, a nie wolny rynek. Friedman dostał ze to
odkrycie Nagrodę Nobla z ekonomii, ale politycy zdobytych wówczas pieniędzy i
władzy nie oddali do tej pory.
Prawo do wolnościAby istnieć, państwo opiekuńcze potrzebuje
znacznie więcej pieniędzy, niż jest w stanie uzyskać z podatków. Dlatego
istnienie pieniądza opartego na złocie (czyli takiego, który chroni wartość)
byłoby nie do pogodzenia z tak dużym udziałem państwa w gospodarce, z jakim mamy
do czynienia. Doskonale to podsumował Alan Greenspan, były szef amerykańskiego
banku centralnego. W 1967 r., gdy posiadanie sztabek złota było w USA
nielegalne, w artykule „Złoto i wolność ekonomiczna" pisał:
„Złoto stoi na drodze politykom do konfiskaty majątku obywateli za
pośrednictwem inflacji. I dlatego tak bardzo się bronią przed pieniądzem opartym
na złocie. To ciemny sekret polityków państwa opiekuńczego, które po to, by
istnieć, potrzebuje zbyt wiele pieniędzy. Kiedy pieniądz nie jest zabezpieczony
złotem, nie ma możliwości uchronienia oszczędności przed ich konfiskatą przez
inflację".
Warto przypomnieć, że w USA do czasów wojny secesyjnej
drukowanie pieniądza bez pokrycia w złocie było karane śmiercią. Rząd
potrzebował jednak pieniędzy na finansowanie wojny, nałożył więc na obywateli
podatek inflacyjny. Od 1913 r., kiedy powstał Fed, wartość dolara spadła o 96
proc. (obecny 1 USD jest wart tyle, ile 4 centy w 1913 r.). Murray Rothbard
podkreślał, że praktyka pokazała, iż jedynym zabezpieczeniem przed inflacją jest
prywatny system bankowy z prywatnymi mennicami. Jak zauważył prof. Friedman,
„inflacja to jedyny podatek, który można nałożyć bez głosowania" i
dlatego politycy w demokracji nie zrezygnują z możliwości jego stosowania.