
Wyobraźmy sobie lekarza, który zauważył u pacjenta niepokojące objawy.
Dowiedział się, że dalsza rodzina i znajomi pacjenta zachorowali na chorobę
zakaźną. Co w takiej sytuacji powinien zrobić lekarz? Ostrzec pacjenta przed
możliwością zarażenia i przygotować go na to. Nieracjonalne byłoby uspokajać go,
twierdząc, że to tylko podwyższona temperatura, a rodzina i znajomi na pewno go
nie zarażą. Zbiorowy pacjent to Polacy, rodzina i znajomi to Amerykanie, a
lekarzem jest ekonomista.
Według dowcipu z lat 60., gdy
spotyka się dwóch matematyków, mają jedną opinię na dany temat. Gdy rozmawia
dwóch fizyków, mogą mieć dwie opinie. A gdy spotka się dwóch ekonomistów, będą
mieli trzy opinie. W Polsce są ekonomiści, którzy przestrzegają przed
możliwością zarażenia się polskiej gospodarki amerykańskim wirusem kryzysu i
nawołują do podjęcia przygotowań. Są tacy, którzy twierdzą, że nasi amerykańscy
znajomi, co prawda, złapali grypę finansową, ale od niej nie umrą, więc
gorączkowe reakcje polskich inwestorów należy studzić. Inni sądzą, że najlepiej
jest tak długo wmawiać Polakom, że jest świetnie, aż w to uwierzą i ich optymizm
sprawi, że w ogóle nie zachorują.
Syndrom żony alkoholikaJest już pewne, że gospodarka USA
choruje i może to wywołać światową epidemię. Lekarze ekonomiści dość dobrze
wiedzą, że przyczyną było nieroztropne postępowanie zarówno obywateli, którzy
chętnie i często ponad miarę się zadłużali, jak też banków, które im to
ułatwiały z błogosławieństwem władz. Liczono, że pozwoli to rozkręcić
koniunkturę gospodarczą po pęknięciu bańki internetowej w 2000 r. i po zamachach
11 września 2001 r. Wielu uwierzyło, że aby się wzbogacić, nie trzeba wydajniej
pracować, bo wystarczą finansowe sztuczki.
Jak każdy sztuczny boom, również
ten na amerykańskim rynku nieruchomości musiał się zakończyć krachem. Literatura
ekonomiczna jest pełna tego typu przykładów, ale za każdym razem działa syndrom
żony alkoholika, której wydaje się, że ona na pewno go zmieni, że tym razem
będzie inaczej. W XVII wieku wykwitł i runął system spekulacyjnego handlu
cebulkami tulipanów, pod koniec XIX wieku zaczęły padać przeinwestowane koleje
żelazne, dekadę temu pękła bańka internetowa, a ostatnio – mieszkaniowa.
Co prawda, pojawiły się badania i analizy pokazujące możliwe konsekwencje upadku
rynku subprime (tanich pożyczek hipotecznych udzielanych osobom, które w
normalnych warunkach nie mogłyby liczyć na kredyt), ale bankowcy i inwestorzy
uwierzyli w magię inżynierii finansowej i własny spryt, który pozwoli im zarobić
krocie i wycofać się z inwestycji, zanim wszystko się zawali.
Jeśli tylko
pojedyncze osoby w to wierzą, nie ma problemu – najwyżej część inwestorów
straci pieniądze. Jeśli takich osób jest wiele, może to doprowadzić do
przejściowego osłabienia konsumpcji. Ale tę władze mogą pobudzić, stosując
odpowiednią politykę. Jeśli jednak również bankierzy, którzy z założenia powinni
być ostrożni w ocenie ryzyka, nabierają przekonania, że odkryli nowe eldorado,
gdy zarządy banków zaczną wynagradzać podwładnych za zyski, niezależnie od
ryzyka związanego z ich osiągnięciem, rodzi się problem dla całej gospodarki. O
skutkach takiej sytuacji przekonała się Japonia po kryzysie finansowym w latach
90., który dziś nazywamy „straconą dekadą". Podobnie jest w wypadku
obecnego kryzysu w Stanach Zjednoczonych.
Przerzuty giełdowePierwsze napięcia na giełdach widoczne
były już pod koniec lutego 2007 r., kiedy parkiet w Szanghaju odnotował
znaczące, choć krótkotrwałe straty. Nie spowodowało to przekroczenia masy
krytycznej potrzebnej do wywołania kryzysu. Stało się tak dopiero na początku
sierpnia 2007 r. na giełdzie nowojorskiej. Bardzo szybko zainfekowane zostały
inne światowe giełdy. Sytuacja jednak nie była dramatyczna: FED –
amerykański bank centralny – oraz Europejski Bank Centralny szybko
interweniowały.
Wraz z pojawianiem się kolejnych negatywnych wiadomości
jeszcze bardziej obniżano stopy procentowe w USA i dostarczano miliardy dolarów
oraz euro, by poprawić płynność sektora finansowego. Wydawało się, że kryzys uda
się zażegnać. W związku z tym w Polsce część ekonomistów twierdziła, że dla
podtrzymania rozwoju wystarczy uspokajać społeczeństwo, powtarzać, że nic się
nie stało. Byli i tacy, którzy chcieli uciszać osoby niepokojące ludzi obawami
dotyczącymi stanu zdrowia Ameryki. Gdyby recepta na kryzys była tak prosta,
gospodarki rozwijałyby się jedynie za pomocą zaklinania społeczeństw.
Skala
kryzysu przerosła wszystkich. Działania interwencyjne nie zwalczyły przyczyn
choroby, złagodziły jedynie jej objawy. A niedawno Międzynarodowy Fundusz
Walutowy ogłosił, że straty z tytułu kryzysu finansowego wyniosły 945 mld
dolarów. A zakłada się, że możemy być jeszcze przed szczytem kryzysu.
Świat na hamulcuOgniska
chorobowe wystąpiły niezależnie od siebie w różnych krajach. Do przeinwestowania
w budownictwie doszło m.in. w Irlandii, Hiszpanii, Holandii i Wielkiej Brytanii.
Było to związane z podobieństwem ścieżek rozwoju coraz bardziej integrujących
się z sobą gospodarek (postępująca synchronizacja cykli koniunkturalnych). W
różnych krajach w tym samym czasie doszło do podobnych zjawisk: wzrostu
zamożności społeczeństw, poprawienia dostępności kredytów hipotecznych, rosnącej
integracji rynków finansowych (czemu nie towarzyszył odpowiedni rozwój nadzoru).
Wywołało to ogromne zwiększenie zainteresowania inwestycjami w nieruchomości.
Choć wiedziano, że wzrost cen domów i mieszkań będzie musiał się kiedyś
skończyć, do stada inwestujących w nieruchomości ciągle dołączali inni.
Kolejna grupa krajów, które są narażone na infekcję, to słabe gospodarki
państw rozwijających się, nadwątlone przez wysokie deficyty – budżetowy i
obrotów bieżących, jak m.in. turecka. Jeśli amerykańska grypa będzie się dłużej
utrzymywać, kwestią czasu będzie zarażenie nią gospodarek Unii Europejskiej.
Jeśli natomiast zachorują Niemcy, nasz sąsiad i odbiorca największej części
naszego eksportu, spowolnienie tempa wzrostu gospodarczego w Polsce będzie
pewne.
Do kryzysu na rynkach finansowych doszła inflacja. Ogranicza to
możliwość obniżek stóp procentowych. Zbliża się zatem światowe spowolnienie
gospodarcze. Jak niedawno stwierdził szef Międzynarodowego Funduszu Walutowego
Dominique Strauss-Kahn, obecny kryzys ma charakter globalny. Nic dziwnego, że
szef MFW nawołuje do globalnej interwencji. Przypomina się tu dowcip o tym, w
jaki sposób szefowie banków centralnych wymieniają żarówkę: prezes FED ją
trzyma, a pozostali obracają świat dookoła niego. Bank centralny USA chciałby,
aby za błędy amerykańskiej ekspansywnej polityki pieniężnej płacili podatnicy z
innych krajów.
Polska
bańkaKryzys można już odczuć w Polsce: banki mają ograniczony
dostęp do zagranicznych źródeł finansowania, zmalała liczba udzielanych kredytów
hipotecznych. Czy należy zatem wierzyć w uspokajające zapewnienia, że polski
sektor finansowy nie ma bezpośrednich związków z amerykańskim, że polska
gospodarka nadal szybko się rozwija? A może rozsądniej byłoby się przygotować na
gorsze czasy i później najwyżej odetchnąć z ulgą, że nie było tak źle?
W
Japonii pod koniec lat 80., u szczytu okresu spekulacji na rynku nieruchomości,
udzielano kredytów hipotecznych na 100 proc. wartości domów i mieszkań na 30
lat. Tymczasem w Polsce można było zaciągać kredyty nawet na 130 proc. wartości
nieruchomości na 45 lat. Zwykłe kredyty konsumpcyjne można dostać „na
dowód", bez rzetelnej oceny wiarygodności kredytowej klienta. Konsekwencje
tych działań poznamy, jeśli pogorszy się kondycja finansowa społeczeństwa. Ta na
razie była łagodzona przez wzrost płac oraz transfery pieniężne od emigrantów
zarobkowych. Inflacja doskwiera nam jednak coraz bardziej, a strumień gotówki z
Wysp Brytyjskich zmaleje, gdy rozpocznie się tam recesja. Tymczasem działania
polskiego nadzoru finansowego są niewystarczające: ograniczają się głównie do
zapewnień, że pacjenci nie mieli bezpośrednich kontaktów z krewnymi z Ameryki, a
jeśli nawet się zarażą, to choroba będzie niegroźna. Kilka dni temu MFW obniżył
prognozy wzrostu gospodarczego dla Polski w 2008 r. do 4,9 proc. Mimo to nasze
władze nadal wierzą, że kryzys nas ominie. Brakuje badań, które pokazywałyby
różne scenariusze wpływu światowego kryzysu finansowego na polską gospodarkę.
Błądzimy po omacku, nie wiedząc, czy może dotknąć nas choroba i jak poważna.
Recepta na kryzysPowinniśmy się przygotować na gorsze czasy, by nie zostać przykro zaskoczonym.
Należy być przezornym, ale nie panikować, choć może to nie być łatwe, słysząc
wielokrotnie wypowiadane w mediach słowo „kryzys". Już od sierpnia
2007 r. wskazywałem, że będą dalsze cięcia stóp w USA, że wzrost gospodarczy w
Polsce może zwolnić do 5 proc., radziłem zdywersyfikować portfel inwestycji,
pozbywając się akcji i kupując bezpieczniejsze aktywa, nie zaciągać nowych
kredytów. Wskazywałem na dalsze osłabianie dolara i umacnianie się złotego.
W najbliższych miesiącach nadal są wskazane mniej ryzykowne inwestycje. Jeśli
dojdzie do spowolnienia gospodarki, ceny nieruchomości spadną. Wszyscy na jakiś
czas zapamiętają lekcję: w nieruchomości inwestuje się na wiele lat, a nie dla
krótkotrwałych spekulacji. Podobnie w fundusze inwestycyjne: nie na kilka
miesięcy, ale na minimum dwa, trzy lata. Lepiej zbytnio nie wierzyć ekonomistom
lekarzom, bo ich domeną jest nauka, w której Nagrodę Nobla można uzyskać za
udowodnienie dwóch przeciwnych sobie tez.
Krzysztof
RYBIŃSKI Partner w Ernst & Young, były wiceprezes NBP Sytuacja
w Polsce jest diametralnie różna od panującej w USA. Przybywa miejsc
pracy, rosną płace, więc wzrasta zdolność kredytowa Polaków, a ryzyko
banków maleje. Centrale zachodnich banków mają kłopoty i mogą wywierać
presję na polskie spółki-córki, aby zacieśniły politykę pożyczkową, co
w postaci droższych kredytów odczują nasi obywatele i firmy. Spowolnienie
gospodarcze na świecie może się też przełożyć na polską gospodarkę,
czemu wyraz dają ostatnie prognozy MFW. Wszystko to jednak nie wpłynie
na nią w sposób zasadniczy. Nasza gospodarka nie jest jeszcze tak mocno
zintegrowana z zachodnimi, a motorem jej wzrostu nie jest eksport, ale
silny popyt wewnętrzny. Perspektywy na najbliższe dwa, trzy lata
wyglądają dobrze. Ryszard PETRU Główny ekonomista Banku BPH Już
pośrednio odczuwamy skutki kryzysu, bo polskie banki, chcąc pożyczyć
pieniądze od banków zagranicznych, muszą za nie więcej zapłacić, gdyż
zaufanie w sektorze finansowym spadło. Polskie banki będą
zabiegały o depozyty i ograniczały akcję kredytową, co wraz z rosnącymi
stopami procentowymi oznacza dla nas droższe kredyty. Faktyczna recesja
w USA ma na razie słabe przełożenie na polską gospodarkę, ale możemy
się obawiać zmniejszenia eksportu i tym samym spowolnienia
gospodarczego w Niemczech, które są głównym partnerem handlowym Polski.
Wpłynie to na polski eksport w drugiej połowie tego roku i w roku 2009.
Mimo to wewnętrzny popyt nadal będzie napędzał naszą gospodarkę.
Dodatkowo inwestycje ze środków unijnych podwyższą tempo wzrostu
PKB o mniej więcej 1 proc. Dlatego nawet w najczarniejszym scenariuszu
nasz wzrost gospodarczy nie spadnie poniżej 3-4 proc.
|
|