Niepostrzeżenie i zdradziecko zostaliśmy
skonsumowani. My, uważający się za konsumentów owoców rozwoju, który
w ciągu ostatnich dekad przyniósł światu liberalny kapitalizm. W
rzeczywistości sami staliśmy się jego bezwolnym pokarmem. Kupujemy
dokładnie te towary i usługi, które ktoś chce nam sprzedać, i
głęboko wierzymy, że sami tych towarów i usług pożądamy.
Dokonujemy dokładnie tych wyborów, które nam narzucają
specjaliści od marketingu i reklamy, i naiwnie sądzimy, że
dokonujemy ich we własnym interesie. Ze świadomych praw i obowiązków
obywateli zmieniliśmy się w marionetki sterowane przez speców od
politycznego PR i nadal żyjemy w złudnym przekonaniu, że dzięki
demokratycznym mechanizmom jesteśmy suwerenami decydującymi o losach
krajów, w których żyjemy. A przynajmniej taki czarny obraz
przemian współczesnego kapitalizmu przynosi światowy bestseller, nowa książka
Benjamina Barbera „Skonsumowani. Jak rynek psuje dzieci, infantylizuje
dorosłych i połyka obywateli".
Triumf MarksaBarber to amerykański politolog, doradca
prezydentów i autor innego światowego bestselleru „Dżihad kontra
McŚwiat", w którym pięć lat przed atakiem na World Trade Center
przewidział dramatyczne konsekwencje globalnych zmagań dwóch niekontrolowanych
sił: nieokiełznanego kosmopolitycznego kapitalizmu i
tradycjonalistycznego fundamentalizmu. Człowiek, który twierdzi, że
współczesny kapitalizm zawędrował w ślepą uliczkę, szkodząc perspektywom
swojego rozwoju i podkopując fundamenty demokracji.
Rozumowanie
Barbera da się streścić w kilku punktach. Współczesny kapitalizm
doprowadził nas do stanu nadprodukcji (o którym marzył kiedyś Marks),
czyli stanu, w którym dzięki wzrostowi zdolności produkcyjnych możemy
zaspokoić wszelkie nasze potrzeby. Oczywiście, na świecie są nadal ludzie żyjący
na granicy śmierci głodowej. Ale nie są oni interesujący dla wielkich
producentów – światowych korporacji, bowiem na skutek nierówności w
globalnym podziale dochodów nie dysponują pieniędzmi na zakup potrzebnych dóbr.
Pieniędzmi tymi dysponują za to aż w nadmiarze bajecznie bogaci
mieszkańcy krajów rozwiniętych. Zamiast więc starać się wyprodukować żywność dla
głodującej Afryki, producenci koncentrują się na sprzedawaniu coraz to nowych
i droższych dóbr opływającym we wszystko Amerykanom czy Europejczykom.
UpupieniJak sprzedać nowe
towary i usługi komuś, kto już wszystko ma? Według Barbera, odpowiedzią
na to wyzwanie stała się infantylizacja konsumentów. Wielkie firmy zaczynają od
wzięcia na celownik dzieci, oferując im to, co dzieci lubią najbardziej. Rzeczy
proste, szybkie, kolorowe, nieskomplikowane. Bułkę z hamburgerem zamiast
znienawidzonego, jedzonego sztućcami obiadu. Grę komputerową zamiast żmudnej
lektury książki. Kreskówki i bajki o statkach kosmicznych zamiast nudnych
historycznych fresków. To jednak tylko początek. Dzięki skutecznym narzędziom
reklamowym nie tylko udało się dotrzeć do dzieci, ale także w taki sposób
ukształtować w nich przyszłych konsumentów, że również gdy dorosną,
zachowują się jak nastolatki. Dają sobie wmówić, że rzeczy markowe są cool i
skandalicznie przepłacają za modne ciuchy, auta i elektroniczne
gadżety. Dają się dowolnie manipulować reklamie. I razem z
własnymi dziećmi chodzą na obiad do McDonalda, kupując dokładnie takie
zuniformizowane produkty, które chce się im sprzedać.
Ale to nie wszystko.
Zdaniem Barbera, zinfantylizowani konsumenci dali sobie wmówić, że dobre jest
tylko to, co łatwe, przyjemne i własne. Że ważne jest tylko osobiste
zadowolenie, a zatem wszystko powinno być sprywatyzowane, podczas gdy
wszystko, co publiczne, powinno iść w odstawkę. A stąd już tylko
krok do zjawiska, które nazwał obywatelską schizofrenią – wiemy, że coś
jest niedobre dla ogółu, ale wybieramy to, bo jest dobre dla nas. Sami nie
chcielibyśmy pracować za nędzną pensję, ale popieramy zaniżanie pensji
w sieciach handlowych, dzięki czemu kupujemy w nich taniej. A
to już wiedzie do zjawisk niebezpiecznych – triumfu światowych
korporacji w walce z kulturową różnorodnością świata,
infantylizacji polityki (którą zaczynają rządzić ci sami spece od reklamy,
którzy rządzą gospodarką), podkopania fundamentów demokracji. Bo demokracja
bazuje na współpracy i wspólnym poczuciu odpowiedzialności, a
w świecie, gdzie dobre jest tylko to, co służy zaspokojeniu prywatnych
potrzeb, nie ma prawa dobrze funkcjonować.
Demokracja na receptęBarber ma na te wszystkie bolączki swe
własne recepty. Na szczęście odrzuca pomysł rewolucji (choć polskiemu
czytelnikowi może ścierpnąć skóra, gdy przeczyta rzucone mimochodem zdanie, że
upadek komunizmu w gruncie rzeczy źle przysłużył się kapitalizmowi,
wpychając go w etap triumfalizmu). Nie wierzy również w strategię
wycofania się (na przykład „opuszczenia wyścigu szczurów"), w
umiarkowanym stopniu oczekuje samoobrony kultury przed agresywnym
konsumpcjonizmem, uznaje tradycjonalistyczny fundamentalizm za lekarstwo gorsze
od choroby. Wierzy przede wszystkim w odrodzenie postaw obywatelskich
(„publicznych", dziś zdominowanych przez „prywatne").
Wierzy w rozwój silnych ruchów świadomości konsumenckiej i
obywatelskiej, a także w rozwijającą się społeczną
odpowiedzialność biznesu.
Przede wszystkim Barber nawołuje do odrodzenia
się demokracji, która powinna się przenieść z poziomu narodowego na globalny
(demokratycznej współpracy między państwami). W dzisiejszym świecie,
w którym rynek nabrał charakteru globalnego i w znacznej
mierze uciekł spod kontroli poszczególnych państw, tylko organizacje
ponadnarodowe są w stanie stworzyć odpowiednie mechanizmy przeciwwagi dla
żywiołowego i nie zawsze zgodnego ze wspólnym interesem rozwoju
gospodarki.
Nie taki diabeł
strasznyCzy kapitalizm nie ma już nic do zaoferowania bogatym
konsumentom poza wciskaniem im niepotrzebnych dóbr? A gdzie można kupić
lekarstwa na nowotwory albo samochody, które chroniłyby przed wypadkami? Czy
twierdzenia, iż wszyscy Amerykanie są już tak bogaci, że wystarczy im już tylko
gwiazdka z nieba, nie są lekką przesadą? Czy naprawdę osiągnęliśmy
wszyscy już ten poziom rozwoju, przy którym „wzrost zamożności nie
przekłada się na wzrost szczęścia"? Nie ma wątpliwości, że zjawiska
infantylizacji kultury, polityki i życia społecznego występują we
współczesnym świecie. Ale czy odpowiada za to tylko chciwość speców od reklamy?
Czy spadek czytelnictwa książek nie wiąże się z rozwojem Internetu? Czy
o rozwoju zjawisk globalizacyjnych nie zadecydował również postęp w
zakresie przepływu informacji, podróży i możliwości komunikowania
się ludzi?
Takich pytań rodzi się wiele. Ale po to są książki, aby
pobudzały do myślenia. Książka Barbera to robi, czy człowiek się z nią
zgadza, czy nie.
Bejamin
Barber "Skonsumowani"
wydawnictwo Muza (seria Spectrum)
Warszawa 2008
