Ledwie zszokowani Amerykanie ustawiali się w
kolejkach, aby wycofać pieniądze z bankrutującego IndyMac Banku z Pasadeny, a
już widmo upadłości zawisło nad kolejnymi bankami. Rząd i bank centralny USA
ratują przed upadkiem także wielkie instytucje finansowe Fannie Mae i Freddie
Mac, skupujące i gwarantujące kredyty hipoteczne. Kryzys finansowy
rozprzestrzenia się zza oceanu na Europę. Na Wyspach Brytyjskich, Półwyspie
Iberyjskim Francji, Włoszech i w państwach bałtyckich otwarcie mówi się już o
recesji. Wirus amerykańskiej grypy, której „produktem ubocznym" jest
przyspieszenie inflacji, dotarł też do Polski. Tracą inwestorzy giełdowi,
przyszli emeryci – członkowie OFE – oraz wszyscy konsumenci –
za sprawą coraz wyższych cen. Jak stwierdził niedawno szef Międzynarodowego
Funduszu Walutowego Dominique Strauss-Kahn, Zachód znalazł się „między
lodem recesji a ogniem inflacji". Czy grozi nam wielki krach?
Rozlany kryzysRządowi amerykańskiemu i Rezerwie Federalnej nie udało się na czas stłumić
napięć recesyjnych. Wydano na to kilkaset miliardów dolarów, ale efekty są
niewystarczające. Co więcej, brak odpowiedniej diagnozy sytuacji i nieadekwatnie
dobrana terapia doprowadziły do tego, że amerykański kryzys finansowy zdążył się
już rozlać po świecie.
Amerykańska grypa rozprzestrzeniała się nie tylko
bezpośrednio – na gospodarki o podobnej strukturze rynków nieruchomości,
na których też w ostatnich latach ceny rosły skokowo (Dania, Irlandia,
Hiszpania, Wielka Brytania). Kryzys rozprzestrzeniał się też pośrednio –
przez rynki surowcowe. Inwestorzy w trakcie sztormu na rynkach finansowych
wycofują kapitał z ryzykownych aktywów i szukają bezpiecznych przystani, gdzie
mogliby ulokować swoje pieniądze. W takich sytuacjach od dziesiątków lat kapitał
krótkoterminowy trafia na rynek złota. Ale na tym nie koniec. Patrząc na
prognozy popytu ze strony m.in. gospodarki chińskiej, przewidywano, że również
rynki surowców będą dobrą inwestycją na przeczekanie trudnych czasów. Za taki
bezpieczny rynek uznano także żywność, zwłaszcza gdy rządy wymusiły produkcję
biopaliw, co zmniejszyło podaż spożywczych artykułów rolnych i podniosło ich
ceny. W efekcie mieliśmy duże wzrosty cen ropy naftowej, różnych metali oraz
żywności.
Sumowanie
kłopotówEfekty zarażania amerykańską grypą widać na przykład w
Irlandii, poważnie zagrożonej recesją. Po fenomenalnych wynikach osiąganych w
latach 90. (średnia stopa wzrostu PKB wynosiła 7 proc.) dane po pierwszym
kwartale 2008 r. pokazują spadek PKB o 1,5 proc. rok do roku. To najgorszy wynik
od 25 lat. Bezrobocie w ciągu roku wzrosło o prawie jeden punkt procentowy, ceny
na rynku nieruchomości spadły o 10 proc. Irlandzki instytut ESRI przewiduje
wzrost emigracji z Irlandii do poziomu najwyższego od 1990 r. To już nie jest
jedynie spowolnienie, lecz początek recesji, odnotowywany w dodatku w jednej z
najszybciej rozwijających się dotychczas gospodarek świata.
Najpoważniejsze
kłopoty mają małe gospodarki. Dania jest już w recesji: PKB spada od dwóch
kwartałów (w ciągu roku o 0,6 proc.). Na Islandii doszło nawet do tego, że banki
innych krajów musiały pomagać w ustabilizowaniu pogrążonej w kryzysie tamtejszej
gospodarki. Estonia, która rok temu rozwijała się w tempie 10-procentowym, w
ostatnim roku (licząc od pierwszego kwartału roku 2008) odnotowała minimalny
wzrost gospodarczy, za to przy aż 11,5-procentowej inflacji. Trudna sytuacja
jest na Łotwie: inflacja wynosi już 17,5 proc., a wzrost gospodarczy sięga 3,3
proc., choć rok temu był ponadtrzykrotnie wyższy.
Prawdziwe problemy
zaczną się, gdy w efekcie łagodzenia kryzysu finansowego za pomocą obniżania
stóp procentowych i nacznego wzrostu wydatków publicznych w USA powstanie presja
inflacyjna, która połączy się z efektami wzrostu cen ropy naftowej i żywności.
Walcząc z inflacją, Fed może wpędzić całą amerykańską gospodarkę w recesję.
Podobne mogą być efekty działań innych banków centralnych. W tej walce
przyświeca im zasada: lepiej mieć krótkotrwałą recesję niż słabszy rozwój przez
wiele lat. Jeśli tak się stanie, wtedy recesje w różnych krajach skumulują się i
wzajemnie pogłębią, wywołując globalną dekoniunkturę.
Z obecnego kryzysu
finansowego jakoś wszyscy wyjdą. Pomogą w tym inwestorzy z krajów eksporterów
ropy naftowej, państwowe fundusze z Chin i rosyjscy oligarchowie, inwestujący
coraz śmielej na Zachodzie. Prawdziwym problemem do rozwiązania przez dłuższy
czas pozostanie jednak inflacja.
Ameryka w Polsce?Trudno nie zadać pytania, czy amerykański
czarny scenariusz powtórzy się w Polsce, w której w latach 2006-2007 również
wystąpił boom kredytowo-mieszkaniowy. Przyczyną wzrostów cen mieszkań i domów
był nie tyle wzrost kosztów ich budowania, ile popyt na nie, znacznie
przewyższający podaż. Nakręcił go bardzo łatwy dostęp do kredytów.
Mieszkania kupowano nie tylko dla zaspokojenia własnych potrzeb. Część zakupów
była podyktowana chęcią zyskownej odsprzedaży. W efekcie ceny wzrosły tak
znacznie, że taniej jest kupić dom na Florydzie niż w Polsce. Części Polaków już
nie stać na zakup mieszkań, choć stan ten nie był dostrzegany przez wiele
miesięcy m.in. z powodu luźnej polityki kredytowej banków. Za cenę zdobycia
rynku banki znacząco obniżyły bowiem swoje marże i prowizje do poziomów rzadko
spotykanych w innych krajach. Wystawiły się przy tym na spore ryzyko, chętnie
udzielając kredytów nawet na ponad 100 proc. wartości mieszkań, czego na
Zachodzie się nie spotyka.
W pierwszej połowie 2008 r. deweloperzy oddali
do użytku prawie 28 tys. mieszkań (przy 16 tys. rok wcześniej), ale sprzedali
jedynie ok. 13,5 tys. Przyczynia się do tego zaostrzanie polityki kredytowej
banków, które podnoszą teraz marże i uważniej sprawdzają wiarygodność kredytową
klientów, co podraża kredyty hipoteczne. Zapewne upadnie wielu początkujących
deweloperów, którzy opierali swoje biznesplany na wierze w dynamiczny wzrost cen
nieruchomości, a nie na chłodnym rachunku uwzględniającym cykliczność rozwoju
rynku. Rynek oczyści się z najmniej efektywnych firm i powróci do normy.
Z
powodu podwyżek stóp procentowych rosną też raty od zaciągniętych kredytów
hipotecznych. A łagodzące to i ogólny wzrost cen podwyżki płac mają swoją
granicę, tym bardziej że ostatnio rosły znacznie szybciej niż wydajność pracy.
Pojawia się pytanie, czy banki nie będą miały problemu z odzyskaniem pieniędzy
od niektórych kredytobiorców. Co więcej, dłużej utrzymujący się spadek cen
nieruchomości w połączeniu ze sporymi już stratami inwestorów na giełdzie
uszczupliłby zasoby majątkowe wielu Polaków. Powodowałoby to ograniczanie przez
nich konsumpcji, a stąd już niedaleka droga do spowolnienia całej gospodarki.
Jeszcze pół roku temu większość ekonomistów twierdziła, że kłopoty Ameryki nas
nie dotyczą. Widać jednak, że – choć nie na tak dużą skalę jak w Hiszpanii
czy Irlandii – wirus amerykańskiej grypy dotarł również do Polski.
Będzie lepiej –
pojutrzeMimo wszystko to, co dziś obserwujemy, jest powolnym
wyhamowywaniem kryzysu w samych USA. Jeszcze jakiś czas będą nas straszyły
niepokojące wiadomości: giełdy będą falowały, media będą krzyczały o recesji, tu
i ówdzie zbankrutują spore firmy. Choroba będzie jednak krótkotrwała. Polska
gospodarka powinna wyjść z tej zawieruchy niezbyt poturbowana. Nasze tempo
wzrostu gospodarczego obniży się, ale będzie dalekie od zera.
Nie znaczy
to, że możemy spokojnie siedzieć i czekać. O ile świat przezwycięży kryzys
finansowy, to nie upora się tak łatwo z inflacją. Jeśli banki centralne będą
walczyć z nią zbyt rygorystycznie i nie będą miały wsparcia rządów (w postaci
obniżek akcyzy, hamowania wzrostu płac itp.), koniunktura może się pogorszyć.
Gdy spowolnienie gospodarcze obejmie strefę euro, a zwłaszcza Niemcy, po kilku
miesiącach dotrze też do Polski. Na to powinien się przygotować nawet
najbardziej optymistyczny rząd.
Co będzie, jeśli kryzys potrwa dłużej i
będzie głębszy, a wyborcy w roku wyborczym zamiast „cudu
irlandzkiego" dostaną recesję? Czekanie na reformy nie jest najlepszą
strategią dla zwalniającej polskiej gospodarki.
Samobójcza wyprzedaż kredytów Piotr Czarnecki Prezes Raiffeisen
Bank Polska
O
tym, że sytuacja jest bardzo trudna, mówi najlepiej postawa banków
centralnych, w których kumuluje się pełna wiedza o gospodarce i rynkach
finansowych. Skala ich interwencji w ciągu ostatnich kilku miesięcy nie
miała precedensu, sięgając setek miliardów dolarów i euro. Niektóre z
nich (jak amerykańska Fed czy Bank Anglii) zdecydowały się na podjęcie
wyjątkowych działań, by zapobiec kryzysowi finansowemu czy wręcz
uratować niektóre banki przed utratą płynności. W Polsce kryzys ten
odbił się już echem, doprowadzając do zwiększenia kosztów kredytów, co
już częściowo odczuwają klienci banków. Większość analityków uspokaja,
twierdząc, że gospodarka trzyma się dobrze, a nasz sektor finansowy
jest zdrowy i szybko się rozwija. Boję się jednak, że nie wszyscy
polscy bankowcy wyciągnęli wnioski z kryzysu w USA. Kredyt hipoteczny
nie może być oferowany za wszelką cenę, na jak najdłuższy okres, po to
tylko, aby stał się wabikiem przyciągającym klienta do banku. Na
świecie rynek nieruchomości charakteryzował się zawsze dużą zmiennością
i nasz rynek nie jest wyjątkiem. Nadchodzi czas próby. Raty kredytów
zwiększyły się o jedną czwartą, ceny nieruchomości zaczęły spadać, a
koniunktura gospodarcza słabnie. Oby klienci wytrzymali zarówno wzrost
obciążeń finansowych, jak i kosztów życia napędzanych zwiększającą się
inflacją. | |
| |
Efekt domina Maciej
Kossowski Prezes Wealth Solutions
Załóżmy, że ktoś
przestaje spłacać kredyt hipoteczny. Na początku bank będzie słał
ponaglenia. Będzie chciał się z klientem dogadać, bo niespłacony kredyt
to dl niego kłopot. Jeśli klient nie zapłaci, bank wypowie umowę
kredytową i skieruje sprawę do sądu, który wyznaczy komornika w celu
egzekucji długu. Jeśli uda się wyeksmitować dłużnika (co nie jest
łatwe), mieszkanie trafi na licytację. Ale uzyskana na niej cena raczej
nie zaspokoi roszczeń banku. Bardzo popularne są kredyty na
sfinansowanie całej ceny zakupu nieruchomości lub nawet w kwocie
wyższej. W takiej sytuacji za część kredytu powyżej 80 proc. wartości
nieruchomości odpowiada ubezpieczyciel. Jeśli kredytowi towarzyszyła
polisa od ryzyka utraty pracy, a dłużnik właśnie z powodu bezrobocia
przestał płacić raty, bank również zwróci się do ubezpieczyciela. Banki
mogą też dokonywać tzw. sekurytyzacji, czyli zamieniać udzielone
kredyty na papiery wartościowe i transferować je do specjalnych
funduszy. Jeśli kredyty nie będą spłacane, problem mogą mieć
inwestorzy, którzy kupili certyfikaty takiego funduszu. Liczba
podmiotów, które z powodu zaprzestania spłacania kredytu mogą mieć
problemy, jest całkiem długa.
| |
| |


