O Austriakach mówi się, że są mistrzami public relations. Udało im się wmówić światu, że Hitler był Niemcem, a Mozart Austriakiem. Niemcy od kilku lat z powodzeniem usiłują naśladować swoich sąsiadów. Polityka budowania czy raczej odbudowania niemieckiej tożsamości z polskiego punktu widzenia stanowi przykład godny naśladowania. Polska bowiem na własne życzenie przegrywa wojnę o pamięć historyczną. Jeden chlubny wyjątek, jakim jest Muzeum Powstania Warszawskiego, wiosny nie czyni. Warto się zastanowić, jak doszło do tego, że dziś w Izraelu Niemcy, sprawcy Holocaustu, cieszą się większą sympatią niż Polacy.
REKLAMA
Zaułek SpringeraDwa lata temu, kiedy na zaproszenie organizacji Knowing Israel byłem m.in. w Tel Awiwie i Jerozolimie, jednym z punktów programu była rozmowa z przedstawicielami największych izraelskich gazet, m.in. „Jerusalem Post" i „Haaretz”. Było to krótko po wizycie Lecha Kaczyńskiego, bardzo zresztą pozytywnie ocenianej przez tamtejsze media. Jakież było moje zdumienie, kiedy izraelscy publicyści stwierdzili, że ich głównymi sojusznikami są obecnie USA i Niemcy. Dlaczego tak jest? Po prostu niemiecka dyplomacja, nie tylko ta oficjalna, w minionych latach wykonała gigantyczną pracę, by zmienić obraz swojego kraju. Początek dał Axel Springer. Każdy z niemieckich dziennikarzy tego olbrzymiego koncernu wydającego bulwarówkę „Bild" i opiniotwórczy „Welt”, podpisując umowę o pracę, deklaruje na piśmie, że będzie występował przeciwko antysemityzmowi oraz popierał Państwo Izrael. Nic dziwnego, że imię Axela Springera po jego śmierci otrzymał zaułek w Jerozolimie. Nawiasem mówiąc, polscy dziennikarze pracujący dla Springera takiej deklaracji nie podpisują. Choć ambasada RP staje na głowie, by zmienić obraz Polski w Izraelu, skromne środki nawet nie pozwalają myśleć o konkurencji z Niemcami. Nasi zachodni sąsiedzi nie tylko mają dużo większą placówkę dyplomatyczną, prowadzą też public diplomacy, czyli promocję kraju kierowaną do środowisk opiniotwórczych za pośrednictwem wielu organizacji. Są tu obecne niemieckie Goethe-Institut, przedstawicielstwa fundacji politycznych, liczne programy fundacji prywatnych. Wszystko to przynosi efekty, i to przerastające najśmielsze oczekiwania. 7 lipca 2001 r. argentyński dyrygent po raz pierwszy w historii Państwa Izrael odważył się zagrać z orkiestrą utwór Richarda Wagnera, ulubionego kompozytora Adolfa Hitlera. Choć nie obyło się bez protestów, nie da się ukryć, że padło jedno z ostatnich tabu.
Dał nam przykład Niemiec
O Austriakach mówi się, że są mistrzami public
relations. Udało im się wmówić światu, że Hitler był Niemcem, a Mozart
Austriakiem. Niemcy od kilku lat z powodzeniem usiłują naśladować swoich
sąsiadów. Polityka budowania czy raczej odbudowania niemieckiej tożsamości z
polskiego punktu widzenia stanowi przykład godny naśladowania. Polska bowiem na
własne życzenie przegrywa wojnę o pamięć historyczną. Jeden chlubny wyjątek,
jakim jest Muzeum Powstania Warszawskiego, wiosny nie czyni. Warto się
zastanowić, jak doszło do tego, że dziś w Izraelu Niemcy, sprawcy Holocaustu,
cieszą się większą sympatią niż Polacy. Zaułek Springera Dwa lata temu, kiedy na
zaproszenie organizacji Knowing Israel byłem m.in. w Tel Awiwie i Jerozolimie,
jednym z punktów programu była rozmowa z przedstawicielami największych
izraelskich gazet, m.in. „Jerusalem Post" i „Haaretz”.
Było to krótko po wizycie Lecha Kaczyńskiego, bardzo zresztą pozytywnie
ocenianej przez tamtejsze media. Jakież było moje zdumienie, kiedy izraelscy
publicyści stwierdzili, że ich głównymi sojusznikami są obecnie USA i Niemcy.
Dlaczego tak jest? Po prostu niemiecka dyplomacja, nie tylko ta oficjalna, w
minionych latach wykonała gigantyczną pracę, by zmienić obraz swojego kraju. Początek dał Axel Springer. Każdy z niemieckich dziennikarzy tego olbrzymiego
koncernu wydającego bulwarówkę „Bild" i opiniotwórczy
„Welt”, podpisując umowę o pracę, deklaruje na piśmie, że będzie
występował przeciwko antysemityzmowi oraz popierał Państwo Izrael. Nic dziwnego,
że imię Axela Springera po jego śmierci otrzymał zaułek w Jerozolimie. Nawiasem
mówiąc, polscy dziennikarze pracujący dla Springera takiej deklaracji nie
podpisują. Choć ambasada RP staje na głowie, by zmienić obraz Polski w
Izraelu, skromne środki nawet nie pozwalają myśleć o konkurencji z Niemcami.
Nasi zachodni sąsiedzi nie tylko mają dużo większą placówkę dyplomatyczną,
prowadzą też public diplomacy, czyli promocję kraju kierowaną do środowisk
opiniotwórczych za pośrednictwem wielu organizacji. Są tu obecne niemieckie
Goethe-Institut, przedstawicielstwa fundacji politycznych, liczne programy
fundacji prywatnych. Wszystko to przynosi efekty, i to przerastające najśmielsze
oczekiwania. 7 lipca 2001 r. argentyński dyrygent po raz pierwszy w historii
Państwa Izrael odważył się zagrać z orkiestrą utwór Richarda Wagnera, ulubionego
kompozytora Adolfa Hitlera. Choć nie obyło się bez protestów, nie da się ukryć,
że padło jedno z ostatnich tabu. Choć każde izraelskie dziecko wie, że
Holocaust był dziełem Niemców, to jednak spora część tamtejszych elit kupiła
socjotechniczną sztuczkę i coraz częściej sprawców największej traumy w dziejach
narodu żydowskiego nie identyfikuje się narodowo, ale nazywa ich nazistami.
Niestety, nie dotyczy to „polskich antysemitów". Polska bitwę o
pamięć, również tę żydowską, przegrywa na własne życzenie. Jest coś
symptomatycznego w tym, że muzeum Historii Żydów Polskich powstanie
najprawdopodobniej przed Muzeum Historii Polski. Samo Muzeum Powstania
Warszawskiego to za mało, by uświadomić światu, że w Warszawie były dwa
powstania. Polska ma też ten problem, że zgadza się nieświadomie na wyłączenie
polskich Żydów z polskiej wspólnoty wielonarodowej. Oczywiste jest, że nikt nie
protestuje, kiedy się mówi o milionach żydowskich ofiar. Problemem jest
natomiast, że nikt nie uświadamia światu, iż Holocaust to kaźń przede wszystkim
milionów polskich obywateli, z których wielu nazwało się Polakami wyznania
mojżeszowego, a byli wśród nich także chrześcijanie. Trudno tej rasowej
segregacji ofiar nie uznać za swego rodzaju triumf nazizmu.
Polska współodpowiedzialność za wojnę Jeśli przeciętnych Niemców gryzie sumienie za II wojnę światową, to jest to
uczucie dość selektywne. Wstydzą się mordu na Żydach, jednak są przekonani, że
tak naprawdę ludobójstwo zaczęło się od napaści na Związek Sowiecki. Jeśli komuś
jeszcze przyznają status ofiary, to nawet nie narodom ZSRR, a tylko Rosjanom.
Przypomnijmy, że wystawa o zbrodniach Wehrmachtu zaczynała się właśnie od 22
czerwca 1941 r. Przy tym nie jest tak, że niemieccy historycy nie mają pojęcia,
co robili ich żołnierze w Polsce w 1939 r. Dobrze oddaje to tytuł książki
Jochena Böhlera „Auftakt zum Vernichtungskrieg. Die Wehrmacht in Polen
1939" (Przygrywka do wojny na wyniszczenie. Wehrmacht w Polsce 1939).
Książka wydana w prestiżowej Czarnej Serii wydawnictwa Fischer cieszy się jednak
znacznie mniejszą popularnością niż „Pożoga” Jörga Friedricha
opowiadająca o bombardowaniu Drezna przez Brytyjczyków czy dziełko emerytowanego
generała Bundeswehry Gerda Schultze- -Rhonhofa twierdzącego, że Polska
ponosi współodpowiedzialność za wybuch II wojny światowej. Nikt, oczywiście, nie
odmawia Niemcom prawa do kształtowania swojej polityki historycznej, choć dla
Polaków bywa to bolesne. A już wspólna wizja historii Polaków i Niemców w XX
wieku jest mało prawdopodobna. Dlatego zapewne pomysł polsko-niemieckiego
podręcznika pozostanie w sferze ogólników. Niemcy doskonale potrafią zadbać
o to, by kształtować obraz wojny nie tylko przez pryzmat ludobójstwa.
Symptomatyczne jest to, że niemiecki przemysł filmowy w ostatnich latach
największe pieniądze zainwestował w przedstawienie okresu – jak nazwał to
„Der Spiegel" w cyklu artykułów – „kiedy wojna przyszła
do Niemiec”. Nasi zachodni sąsiedzi nie przyjmują do wiadomości, że rządy
nazistów były dla przeciętnego Niemca największym okresem prosperity –
najpierw rabunkiem Żydów, potem już prawie całej Europy. Elity niemieckie znają
wprawdzie doskonałą książkę Götza Aly’ego „Państwo Hitlera”,
stawiającą tezę, że Führer kupił Niemców w sensie dosłownym, jednak to nie spory
historyków kształtują poglądy przeciętnego Niemca na temat historii. A po takich
dziełach jak „Upadek”, „Ucieczka” czy
„Gustloff” Niemcy mają prawo poczuć się członkami klubu ofiar II
wojny światowej.
Kloss kontra
Stauffenberg Nie ma się co łudzić: wkrótce niemiecka kinematografia
zajmie się tematem powojennych wysiedleń. Pierwszy sygnał już jest. Film
„Kobieta w Berlinie", opowiadający o gwałtach czerwonoarmistów na
Niemkach, jest już na ukończeniu. Następnym krokiem musi być wzruszająca i
tragiczna opowieść o Niemcach opuszczających dolnośląski czy mazurski Heimat.
Niemcy mają prawo do swojej, również artystycznej wizji historii. Problem w tym,
że po polskiej stronie towarzyszy temu prawie całkowita bierność. Jeden
„Katyń” to niewiele w porównaniu z niemiecką produkcją historyczną.
Niestety, ostatnia produkcja TVP, „Twierdza szyfrów” według
Wołoszańskiego, to niewiele więcej niż historical fiction, z której możemy się
dowiedzieć takich bzdur, jak ta, że Himmler miał walczyć przeciwko Polakom
w Freikorpsach na Śląsku. Jest coś zawstydzającego, a nawet żenującego w
tym, że dla kolejnego pokolenia przykładami produkcji historycznych są
„Czterej pancerni i pies" oraz „Stawka większa niż
życie”. Polacy nie potrafią swoją historią zainteresować Amerykanów,
którzy mają przecież największy wpływ na globalne rozumienie historii. W
najbliższym czasie to nie polscy lotnicy z bitwy o Anglię, ale Claus von
Stauffenberg grany przez Toma Cruise’a stanie się bohaterem masowej
wyobraźni. Nie ma się co łudzić, nieudolny spiskowiec, marzący do ostatnich
chwil o świętych Niemcach, niebawem awansuje niemal do roli alianta, który
przyczynił się do upadku Hitlera bardziej niż AK i całe Polskie Państwo
Podziemne. Z pewnością scenarzystów z Hollywood nie będzie interesowała prawda
historyczna. Dość przypomnieć, że negatywnym bohaterem historii o Enigmie
w wykonaniu filmowców z Wielkiej Brytanii i USA był Polak. Z filmu
o Stauffenbergu nie dowiemy się zapewne, że bohaterski pułkownik obyczaje miał
w istocie pruskie. Potrafił wpaść w szał, widząc w przedpokoju buty nieustawione
w pary. Nie dowiemy się, dlaczego nie towarzyszyły mu wątpliwości podczas
kampanii w Polsce, kiedy był świadkiem pierwszej zbrodni II wojny, którą było
zbombardowanie bezbronnego Wielunia. Dziewiętnaście lat wolności w Polsce
nie wystarczyło,by wyprodukować epopeję o Dywizjonie 303, pancernych generała
Maczka, komandosach Sosabowskiego czy zdobywcach Monte Cassino. A prawdziwe losy
naszych żołnierzy walczących na zachodzie są sto razy bardziej interesujące niż
zmyślona historia czterech pancernych i psa. Opowieść o misiu przygarniętym
przez polskich żołnierzy, który w czasie bitwy o Monte Cassino nosił pociski
artyleryjskie, jest lepsza niż wszystkie odcinki Klossa. Pamięć historyczna
jest krótka. Dobrze pokazały to obchody rocznicy zakończenia II wojny światowej,
kiedy Aleksander Kwaśniewski zgodził się na zajęcie pośledniejszego miejsca niż
kanclerz Niemiec. Precedencja na tej uroczystości była taka, jakby w istocie
świętowano rocznicę paktu Ribbentrop-Mołotow albo układu monachijskiego. Ale
polska dyplomacja nie znalazła dość odwagi, by przeciw temu protestować.
Prezydenturę Lecha Kaczyńskiego można krytykować, jednak trudno sobie wyobrazić,
by przystał na takie poniżenie. W Polsce doszyliśmy do takiego stanu, że gdyby
obecny prezydent sprzeciwił się podobnemu traktowaniu, niektóre krajowe media
przedstawiłyby to jako przejaw małostkowości. Najbliższą okazją do
spektakularnej porażki polskiej polityki historycznej będą przyszłoroczne
obchody 70. rocznicy wybuchu II wojny światowej oraz 20. rocznicy upadku
komunizmu. Może warto przy tej okazji na jedno z głównych miejsc obchodów obok
Westerplatte wybrać polską Guernicę, czyli Wieluń. Choćby po to, by przypomnieć,
że w istocie II wojna światowa nie zaczęła się od starcia
„rycerskiego" Wehrmachtu, lecz od zbrodni wojennej, którą było
bombardowanie cywilnego celu. Może warto też przypomnieć o obecności w tym
miejscu Stauffenberga. Nie od rzeczy byłoby zaprosić na taką uroczystość obok
innych przywódców kanclerz Niemiec. Nie mniej ważną rocznicą jest 20-lecie
upadku systemu komunistycznego. Polska powoli również na tym polu przegrywa
bitwę o pamięć. Dokonania „Solidarności" odchodzą w niepamięć, a do
rangi symbolu urosło późniejsze obalenie muru berlińskiego. Choć niektórych może
drażnić, że Polska dwukrotnie będzie chciała przypomnieć o swych zasługach, nie
można z tego rezygnować.
|
 |
|
|
Stanisław Kania |
 |
|
|
Ezekiel |
 |
|
|
Maria Biardzka |
|