Polską Guernicą nazwał Wieluń Leon Kieres, były szef Instytutu Pamięci Narodowej. W istocie los polskiego miasteczka, zbombardowanego o świcie 1 września 1939 r., jest o wiele tragiczniejszy niż los baskijskiego miasta zniesionego z powierzchni ziemi bombami Legionu Condor. Łączy je wiele podobieństw, ale dzieli jedna zasadnicza różnica. Bombardowanie Guerniki, nie kwestionując tragedii ludności cywilnej, jaka się tam dokonała, z militarnego punktu widzenia miało sens. Wieluń pod względem wojskowym był o wiele mniej istotnym celem. Guernica była siedzibą lokalnego rządu, ważnym węzłem komunikacyjnym, mieściły się tam fabryka broni oraz koszary. Atak na pierwotny cel, którym był most na rzece Oca, z militarnego punktu widzenia, zakładającego przerwanie linii komunikacyjnych, wydaje się uzasadniony. W Wieluniu nie stacjonowało wojsko ani nie produkowano tam broni. Znaczenie miasteczka jako węzła komunikacyjnego i centrum administracyjnego było bez porównania skromniejsze niż baskijskiej Guerniki.
REKLAMA
Kuzyn czerwonego baronaNajwidoczniejszym łącznikiem spajającym historię obu miast jest Wolfram von Richthofen. To właśnie na nim jako szefie sztabu dowódcy Legionu Condor spoczywała odpowiedzialność za zbombardowanie Guerniki 27 kwietnia 1937 r. Doświadczenie zdobyte podczas wojny domowej w Hiszpanii ułatwiło mu karierę u boku dowódcy Luftwaffe Hermanna Göringa. Nie bez znaczenia było to, że marszałek Rzeszy podczas I wojny światowej był ostatnim dowódcą formacji, której poprzednio szefował Manfred von Richthofen, znany jako Czerwony Baron – as niemieckiego lotnictwa, najsłynniejszy pilot I wojny światowej. Wolfram von Richthofen był jego kuzynem, podobnie jak on urodzonym na Dolnym Śląsku. To właśnie Wolfram von Richthofen wieczorem 31 sierpnia 1939 r., dowodząc wówczas niemieckim lotnictwem szturmowym, na spotkaniu z dowódcami eskadr bombowców nurkujących (stukasów) jako cel nalotu wyznaczył polskie miasteczko leżące 15 km od granicy z Niemcami. Godzinę startu ustalono na 5.00. Dlaczego na pierwszy cel ataku lotniczego wybrano miejscowość o znikomym znaczeniu militarnym, nie jest jasne. Grzegorz Bębnik w najnowszym wydaniu „Arcanów" stawia tezę, że bombardowanie Wielunia mogło być skutkiem meldunków rozlokowanej w mieście i okolicy niemieckiej agentury. Miała ona meldować, że w mieście dwa dni wcześniej dostrzeżono oficerów. Istnienie takiej agentury jest możliwe, gdyż na tym terenie żyło całkiem sporo niemieckich osadników. Kiedy jednak nalot się zaczął, w mieście – według wszelkiego prawdopodobieństwa – żadnego wojska nie było, a doniesienia o zniszczeniu kawalerii rzekomo stacjonującej w Wieluniu to wymysł propagandy.
Rzeźnia wieluńska
Polską Guernicą nazwał Wieluń Leon Kieres, były szef
Instytutu Pamięci Narodowej. W istocie los polskiego miasteczka, zbombardowanego
o świcie 1 września 1939 r., jest o wiele tragiczniejszy niż los baskijskiego
miasta zniesionego z powierzchni ziemi bombami Legionu Condor. Łączy je wiele
podobieństw, ale dzieli jedna zasadnicza różnica. Bombardowanie Guerniki, nie
kwestionując tragedii ludności cywilnej, jaka się tam dokonała, z militarnego
punktu widzenia miało sens. Wieluń pod względem wojskowym był o wiele mniej
istotnym celem. Guernica była siedzibą lokalnego rządu, ważnym węzłem
komunikacyjnym, mieściły się tam fabryka broni oraz koszary. Atak na pierwotny
cel, którym był most na rzece Oca, z militarnego punktu widzenia, zakładającego
przerwanie linii komunikacyjnych, wydaje się uzasadniony. W Wieluniu nie
stacjonowało wojsko ani nie produkowano tam broni. Znaczenie miasteczka jako
węzła komunikacyjnego i centrum administracyjnego było bez porównania
skromniejsze niż baskijskiej Guerniki. Kuzyn czerwonego barona Najwidoczniejszym
łącznikiem spajającym historię obu miast jest Wolfram von Richthofen. To właśnie
na nim jako szefie sztabu dowódcy Legionu Condor spoczywała odpowiedzialność za
zbombardowanie Guerniki 27 kwietnia 1937 r. Doświadczenie zdobyte podczas wojny
domowej w Hiszpanii ułatwiło mu karierę u boku dowódcy Luftwaffe Hermanna
Göringa. Nie bez znaczenia było to, że marszałek Rzeszy podczas I wojny
światowej był ostatnim dowódcą formacji, której poprzednio szefował Manfred von
Richthofen, znany jako Czerwony Baron – as niemieckiego lotnictwa,
najsłynniejszy pilot I wojny światowej. Wolfram von Richthofen był jego kuzynem,
podobnie jak on urodzonym na Dolnym Śląsku. To właśnie Wolfram von
Richthofen wieczorem 31 sierpnia 1939 r., dowodząc wówczas niemieckim lotnictwem
szturmowym, na spotkaniu z dowódcami eskadr bombowców nurkujących (stukasów)
jako cel nalotu wyznaczył polskie miasteczko leżące 15 km od granicy z Niemcami.
Godzinę startu ustalono na 5.00. Dlaczego na pierwszy cel ataku lotniczego
wybrano miejscowość o znikomym znaczeniu militarnym, nie jest jasne. Grzegorz
Bębnik w najnowszym wydaniu „Arcanów" stawia tezę, że bombardowanie
Wielunia mogło być skutkiem meldunków rozlokowanej w mieście i okolicy
niemieckiej agentury. Miała ona meldować, że w mieście dwa dni wcześniej
dostrzeżono oficerów. Istnienie takiej agentury jest możliwe, gdyż na tym
terenie żyło całkiem sporo niemieckich osadników. Kiedy jednak nalot się zaczął,
w mieście – według wszelkiego prawdopodobieństwa – żadnego wojska
nie było, a doniesienia o zniszczeniu kawalerii rzekomo stacjonującej w Wieluniu
to wymysł propagandy.
Bomby na
szpital Nawet jeśli nalot miał jakieś wątłe przesłanki wojskowe, to
sam przebieg bombardowania nie pozostawia wątpliwości co do tego, że było ono
zbrodnią wojenną. Bombowce wystartowały z lotniska Nieder-Ellguth (obecnie
Ligota Dolna), mniej więcej w połowie drogi między Wrocławiem i Opolem. Samoloty
zostały dostrzeżone i w Wieluniu zawyły syreny alarmowe. Mieszkańcy byli jednak
przekonani, że to zapowiadany właśnie na ten dzień alarm ćwiczebny.
„Zobaczyłem, jak samoloty zatoczyły rundę nad miastem, po czym obniżyły
lot. Usłyszałem okropny świst i za chwilę szyby w naszym lokalu wyleciały na
podłogę, futryna jednego z okien wpadła do środka, a brunatnoszary pył
przesłonił wszystko" – wspominał jeden z mieszkańców. Ów okropny
świst to dźwięk tzw. syren Udeta, zwanych też trąbami jerychońskimi. Wymyślił je
jeden z najlepszych pilotów I wojny światowej Ernst Udet, który znalazł
zatrudnienie w ministerstwie lotnictwa Göringa. Syreny montowano na podwoziu.
Uruchamiały się samoistnie podczas nurkowania. Dźwięk syren oraz specjalnie
skonstruowane stateczniki bomb, które również wydawały świszczące dźwięki,
potęgowały grozę i przerażenie, zwiększając efekt psychologiczny nalotu. Jedne z pierwszych bomb spadły na cel chroniony konwencjami międzynarodowymi
– szpital pod wezwaniem Wszystkich Świętych, wyraźnie oznaczony na dachu
symbolem Czerwonego Krzyża. Podobny los spotkał położony nieopodal budynek
oddziału położniczego oraz gmach szpitala zakaźnego przy ul. Piłsudskiego. Los
szpitala pw. Wszystkich Świętych opisał jego wieloletni dyrektor Zygmunt Patryn:
„Spadła bomba na ogród szpitalny w pobliżu domu, w którym zajmowałem
mieszkanie na pierwszym piętrze. Dom zachwiał się. Zbiegłem boso, z ubraniem w
ręku, na parter. Zauważyłem tam kilka osób z personelu szpitalnego, nakazałem im
ucieczkę do ogrodu. Gdy leżeliśmy w ogrodzie pod drzewami, samoloty niemieckie
ukazały się znowu nad zabudowaniami szpitalnymi i zrzuciły drugą bombę tuż przy
budynku mieszkalnym. Budynek ten zawalił się tym razem. Spadła trzecia bomba
bardzo blisko głównego gmachu. Zostaliśmy zasypani piaskiem. Podniosłem się
szybko i pobiegłem wówczas do chorych. Zdążyłem jednakże dobiec tylko do drzewa
orzechowego rosnącego przy ścianie głównego gmachu, a czwarta z kolei bomba
zrzucona na teren szpitala zdruzgotała prawie połowę tego gmachu. Wbiegłem do
gmachu, którego część południowo-wschodnia leżała w gruzach. Tam przybiegła do
mnie z budynku dla zakaźnie chorych siostra pielęgniarka z urwaną częścią dłoni.
Pobiegłem do budynku położniczego, który był również zawalony. Wracając do
głównego gmachu, natknąłem się na zwłoki dwóch zabitych. Sale – operacyjna
i opatrunkowa – były w gruzach. Kazałem siostrom drzeć bieliznę i
opatrywać rannych. Matki i noworodki położyliśmy na furmankę i odesłaliśmy do
Sieradza. Położna odebrała dwa porody w parku szpitalnym". Straty
tylko w szpitalu to 32 zabitych, w tym 26 pacjentów. Byłyby większe, gdyby nie
to, że wieści o możliwej wojnie spowodowały, iż dyrektor kilka dni przed nalotem
kazał wypisać ze szpitala osoby w lżejszym stanie. Chciał w ten sposób zrobić
miejsce dla ewentualnych rannych. Do głowy mu nie przyszło, że Niemcy mogą jako
jeden z pierwszych celów wybrać gmach chroniony konwencjami międzynarodowymi.
Płonący Wieluń Już po
kilkunastu minutach nalotu w dzienniku pokładowym jednego z pilotów zanotowano:
„Wielun brennt" (Wieluń płonie) – pożar objął większą część
miasta. Mimo to ostatnie bomby spadły na miasto dopiero około godziny 14.00.
Bilans strat był przerażający. W gruzach legło całe centrum Wielunia, w tym
ratusz, chronione konwencjami budynki sakralne – kościół farny i klasztor
poaugustiański oraz synagoga. Miasto opustoszało, gdyż wielunianie uciekli
przerażeni hekatombą. Szacuje się, że w nalocie mogło zginąć nawet 1200 osób.
Chwilę po zbombardowaniu Wielunia ze swoją jednostką w mieście pojawił się Claus
von Stauffenberg. Ten sam, który stał się ikoną niemieckiego oporu wobec
nazizmu. Widok ruin Wielunia nie wywołał w nim żadnego odruchu sprzeciwu. „To, co według ocen polskich prawników jest zbrodnią wojenną, według
ocen prawników niemieckich mieści się w ramach działań wojennych, a jeżeli nawet
w ich ramach doszło do zabójstw wykraczających poza wojenną konieczność, to
czyny te uległy przedawnieniu. Nie mogą być zatem ścigane w RFN" –
odpowiedzieli przed kilku laty na prośbę polskich prokuratorów niemieccy
śledczy. W sprawie bombardowania Wielunia nikt nie został nawet przesłuchany.
Próba przed Warszawą Wieluń
nie był jedynym miastem, w którym zbombardowano cele cywilne. Kilkanaście dni
później autorowi ataku na miasteczko przypadł w udziale „zaszczyt"
przeprowadzenia ostatecznego nalotu na stolicę Polski. Po tym bombardowaniu
Warszawa skapitulowała. Potem jeszcze wielokrotnie mieszkańcy całej okupowanej
Europy słyszeli świst syren Udeta. Od kilku lat w Niemczech, po opublikowaniu
książki „Brand" (Pożoga) poświęconej nalotom dywanowym m.in. na
Drezno, toczy się dyskusja o zbrodniach aliantów. Autora koncepcji wojny
bombowej Artura Harrisa, zwanego Bomberem, nieledwie uznaje się w Niemczech za
zbrodniarza wojennego. Sprawcy nalotów na Wieluń i Warszawę odpowiedzialności za
swe czyny nie ponieśli. Wieluń, mimo że pierwszy podczas II wojny światowej
padł ofiarą bestialskiego bombardowania, na świecie jest o wiele mniej znany niż
Drezno czy Coventry. Choć teza, jakoby to nalot na Wieluń rozpoczął II wojnę
światową, została obalona przez Grzegorza Bębnika w tekście w
„Arcanach" („O Wieluniu głos przeciwny"), nie umniejsza to
symbolicznego znaczenia tego bombardowania. Polacy dali sobie odebrać wiele
symboli swoich cierpień podczas II wojny światowej. Czeskie Lidice czy
białoruski Hatyń są bardziej znane niż pacyfikowane wsie Zamojszczyzny. Światowa
opinia publiczna więcej wie o partyzantach Tity niż o Armii Krajowej, więcej o
powstaniu w Paryżu niż o powstaniu warszawskim. To jednak nie zwalnia nas z
opowiadania o tym, że wszystko, co stało się udziałem podbijanych przez Niemców
narodów, wcześniej zostało sprawdzone w Polsce.
|
 |
|
|
Stanisław Kania |
 |
|
|
Ezekiel |
 |
|
|
Maria Biardzka |
|