| Ucieczka z lewicowego gułagu |
| Namiętne flirty z najbardziej odrażającymi zbrodniczymi reżimami XX wieku stały się znakiem rozpoznawczym zachodniej lewicy. Zjawisko to trafnie już na początku 1941 r., w najczarniejszym okresie bitwy o Anglię, gdy Stalin był wciąż cennym sojusznikiem Hitlera, zdefiniował George Orwell. Wsłuchując się w chór inspirowanych przez Moskwę zwolenników zawarcia rozejmu z Niemcami, późniejszy autor „Roku 1984" napisał: „Brytyjski pacyfizm stoi po stronie nazistów i niemieckiej wersji pacyfizmu, a więc i po stronie ZSRR. Ponieważ pacyfiści mają większą swobodę działania w krajach, w których zachowała się demokracja, są oni w stanie skuteczniej działać przeciw tej demokracji niż dla jej dobra. Obiektywnie rzecz biorąc, pacyfiści są pronazistowscy”. Orwell był jednym z pierwszych sławnych uciekinierów z obozu socjalistów. Obecnie mamy do czynienia z kolejną falą takich ucieczek. Dlaczego?
REKLAMA
W łóżku z mordercamiDefinitywny rozbrat Orwella z marksistowsko-leninowską doktryną nastąpił podczas wojny domowej w Hiszpanii. Tam na własne oczy ujrzał, z jakim cynizmem Stalin ręcznie sterował przebiegiem działań. Sześćdziesiąt lat po zdemaskowaniu przez Orwella prawdziwej natury pacyfistycznej lewicy historia się powtórzyła – zresztą nie po raz pierwszy. Gdy po inwazji USA na Irak w 2003 r. przez Londyn i inne stolice europejskie przeciągnęły manifestacje pacyfistów, opowiadające się przeciw wojnie z dyktaturą Husajna, dla bardziej samodzielnie myślącej części zachodnioeuropejskiej lewicy tego było za dużo. Kilku prominentnych brytyjskich pisarzy i publicystów, jak Martin Amis, Nick Cohen, Christopher Hitchens czy Paul Berman, zgłosiło swoje votum separatum – czy to w postaci esejów, książek czy głośnego „Euston Manifesto". Także we Francji niebywale medialni filozofowie, jak weteran kontestacji lat 60. André Glucksmann czy cieszący się statusem celebrity Bernard-Henri Lévy, w swych publikacjach nie kryli rozczarowania tym, na jakie intelektualne manowce zeszła lewica. Glucksmann wprawdzie od już od lat 70. był na bakier z tym środowiskiem, ale dezercja Lévy’ego, który powody swej decyzji wyłożył w sposób bardzo emocjonalny w książce „Lewica w mrocznych czasach. Protest przeciw nowemu barbarzyństwu", okazała się dla socjalistów znad Sekwany prawdziwym ciosem. Rozłam w zwartych dotąd szeregach zachodniej lewicy nastąpił w momencie wybuchu wojny w Iraku. Zwiastunem sekwencji kompromitujących wydarzeń był nagłośniony, żenujący fakt, kiedy to grupka bezmózgowców z Wielkiej Brytanii i Kanady ruszyła do Iraku, by „włas-ną piersią” bronić reżimu tyrana.
Ucieczka z lewicowego gułagu
Namiętne flirty z najbardziej odrażającymi
zbrodniczymi reżimami XX wieku stały się znakiem rozpoznawczym zachodniej
lewicy. Zjawisko to trafnie już na początku 1941 r., w najczarniejszym okresie
bitwy o Anglię, gdy Stalin był wciąż cennym sojusznikiem Hitlera, zdefiniował
George Orwell. Wsłuchując się w chór inspirowanych przez Moskwę zwolenników
zawarcia rozejmu z Niemcami, późniejszy autor „Roku 1984" napisał:
„Brytyjski pacyfizm stoi po stronie nazistów i niemieckiej wersji
pacyfizmu, a więc i po stronie ZSRR. Ponieważ pacyfiści mają większą swobodę
działania w krajach, w których zachowała się demokracja, są oni w stanie
skuteczniej działać przeciw tej demokracji niż dla jej dobra. Obiektywnie rzecz
biorąc, pacyfiści są pronazistowscy”. Orwell był jednym z pierwszych
sławnych uciekinierów z obozu socjalistów. Obecnie mamy do czynienia z kolejną
falą takich ucieczek. Dlaczego? W łóżku z mordercami Definitywny rozbrat Orwella z
marksistowsko-leninowską doktryną nastąpił podczas wojny domowej w Hiszpanii.
Tam na własne oczy ujrzał, z jakim cynizmem Stalin ręcznie sterował przebiegiem
działań. Sześćdziesiąt lat po zdemaskowaniu przez Orwella prawdziwej natury
pacyfistycznej lewicy historia się powtórzyła – zresztą nie po raz
pierwszy. Gdy po inwazji USA na Irak w 2003 r. przez Londyn i inne stolice
europejskie przeciągnęły manifestacje pacyfistów, opowiadające się przeciw
wojnie z dyktaturą Husajna, dla bardziej samodzielnie myślącej części
zachodnioeuropejskiej lewicy tego było za dużo. Kilku prominentnych brytyjskich
pisarzy i publicystów, jak Martin Amis, Nick Cohen, Christopher Hitchens czy
Paul Berman, zgłosiło swoje votum separatum – czy to w postaci esejów,
książek czy głośnego „Euston Manifesto". Także we Francji
niebywale medialni filozofowie, jak weteran kontestacji lat 60. André Glucksmann
czy cieszący się statusem celebrity Bernard-Henri Lévy, w swych publikacjach nie
kryli rozczarowania tym, na jakie intelektualne manowce zeszła lewica.
Glucksmann wprawdzie od już od lat 70. był na bakier z tym środowiskiem, ale
dezercja Lévy’ego, który powody swej decyzji wyłożył w sposób bardzo
emocjonalny w książce „Lewica w mrocznych czasach. Protest przeciw nowemu
barbarzyństwu", okazała się dla socjalistów znad Sekwany prawdziwym ciosem.
Rozłam w zwartych dotąd szeregach zachodniej lewicy nastąpił w momencie wybuchu
wojny w Iraku. Zwiastunem sekwencji kompromitujących wydarzeń był nagłośniony,
żenujący fakt, kiedy to grupka bezmózgowców z Wielkiej Brytanii i Kanady ruszyła
do Iraku, by „włas-ną piersią” bronić reżimu tyrana. Wszystko
przebiegało dokładnie według tego samego zgranego scenariusza, jak niegdyś akcje
poparcia dla Czerwonej Armii, Mao Zedonga, Fidela Castro, Wietkongu (wspieranego
przez Moskwę i Pekin), Pol Pota czy Slobodana Miloševicia.
Bezwzględni „powstańcy" Kiedy
po obaleniu Husajna kampanię terroru (wskutek której cierpieli głównie cywile)
rozpętały bojówki Al-Kaidy, lewica z właściwą sobie elastycznością szybko owych
bezwzględnych terrorystów zaczęła określać bardziej nobliwym słowem
„powstańcy". To nie dziwi, bo dla europejskiej lewicy sojusznikiem
jest każdy, kto nienawidzi Ameryki. John Rees, lider ruchu Stop the War
Coalition, nie pozostawia cienia wątpliwości: „Socjaliści powinni
bezwarunkowo stanąć po stronie ciemiężonych przeciw ich ciemięzcom, nawet jeśli
ludzie, którzy rządzą zagrożonym agresją krajem, sprawują swą władzę w sposób
niedemokratyczny i prześladują mniejszości, jak Saddam Husajn”. Konsekwencją takiej postawy jest dyskretne, ale jednoznaczne poparcie dla
islamskich bojówek i reżimów – nawet tych wściekle antyamerykańskich i
antysemickich. A są one przecież totalnym zaprzeczeniem wartości, za jakimi
lewica się nominalnie opowiada i – dodajmy – jakich nadużywa w swych
krajach: swobód obywatelskich, wolności słowa, tolerancji dla wszelkiej maści
mniejszości czy równouprawnienia kobiet.
Upiory marksizmu Wzięty brytyjski pisarz Martin Amis, którego
esej „The Age of Horrorism" (2006) o terroryzmie islamistycznym
wywołał spore poruszenie, nie pozostawił suchej nitki na cynicznej manipulacji,
ignorującej burzliwą historię Bliskiego Wschodu oraz naturę islamu, wtrącającego
kwitnącą niegdyś cywilizację w wiek ciemny: „Ludzie o liberalnych
sympatiach, ogłupieni relatywizmem, stali się apologetami fali wyznaniowej,
która jest rasistowska, mizoginiczna, homofobiczna, imperialistyczna i
ludobójcza. Ujmując rzecz innymi słowy, wchodzą oni w tyłki tych, którzy pragną
ich śmierci”. Sama zaś współczesna lewicowość to, według Amisa, „nie
ideologia, lecz psychiczne schorzenie, za które przyjdzie zapłacić wysoki
rachunek. Londyn, a tuż za nim Nowy Jork zamieniły się w azyl dla wariatów,
którzy szczerze wierzą, że wystarczy sobie przyprawić czerwony nos albo kupić
bilet na koncert muzyki pop, by zbawić świat”. Nietrudno zgadnąć, iż
brytyjska lewica, która notabene dziś przypomina nie tyle forum, na którym
ścierają się postępowe poglądy, ile ławicę piranii, broniących swego kawałka
Tamizy, rzuciła się na Amisa z wściekłością, nie oszczędzając nawet jego dawno
nieżyjącego ojca, wybitnego pisarza Kingsleya Amisa. W 2006 r. BBC 4
wyemitowało serial „Lefties", przedstawiający różne lewicowe frakcje
lat 70. i 80., ze względu na dynamikę i barwność wydające się pochodzić z
jakiegoś pradawnego świata, któremu – tak jak populacji dinozaurów –
kres położył jakiś straszliwy kataklizm. Kataklizm w rzeczy samej nastąpił, a
złożyły się nań najpierw odpływ rozczarowanego robotniczego elektoratu, który
swe głosy przerzucił na Margaret Thatcher, a z czasem zanik tejże klasy
robotniczej – w całej zresztą Europie. Potem była marginalizacja związków
zawodowych i upadek komunizmu. Glucksmann nie musi dziś, jak to czynił w latach
70., bić w lewicę po linii marksistowskiej, bo Marks dla lewicy umarł, jak Bóg
dla Nietzschego. Ostrzega jednak francuski filozof przed nadzwyczaj żywotnymi
upiorami marksizmu, za jakie uważa wyłuskaną z szerszego kontekstu ideę totalnej
krytyki społeczeństwa kapitalistycznego i imperatyw zniszczenia tegoż
społeczeństwa. Tę mutację marksizmu (Glucksmann nazywa ją newage’owym
marksizmem-nihilizmem) zaadoptowali ci, którzy wypowiedzieli Zachodowi
bezpardonową wojnę.
Nowe
barbarzyństwo Prawica nie ma problemu z identyfikacją prawdziwej
natury współczesnej lewicy, czy może raczej postlewicy, widząc w niej
politycznego bankruta nie reprezentującego już nikogo poza sobą i własnymi
doczes-nymi interesami. Boris Johnson, jeszcze jako poseł do parlamentu z
Henley, który wkrótce miał wyrzucić z fotela burmistrza Londynu
„czerwonego" Kena Livingstone’a, całe to środowisko określił
jako niebezpieczną, bo doskonale zaprawioną w sztuce przetrwania bandę PR-owców,
ludzi mediów i liderów rozmaitych wrzaskliwych organizacji antyglobalistycznych,
ekologicznych czy promniejszościowych. Są oni opętani obsesją totalnej kontroli
nad każdą sferą życia, a to w efekcie prowadzi do erozji swobód demokratycznych.
Jeśli podobna krytyka wychodzi z samego lewicowego obozu, gdzie dotąd
obowiązywała bezwzględnie zmowa milczenia, to znak, że rzeczywiście środowisko
znajduje się w stanie głębokiego kryzysu. Nick Cohen w swej analizie
współczesnej lewicy, książce „What’s Left? How Liberals Lost Their
Way", zarzuca brytyjskim socjalistom już nawet nie zdradę wszystkich
ideałów, lecz wręcz totalną bezideowość i brak jakiejkolwiek klarownej wizji
przyszłości. Uważa on, że po atakach terrorystycznych na Nowy Jork i wybuchu
wojny w Iraku lewica skręciła w niebezpiecznym kierunku. Dała się – jego
zdaniem – poprowadzić rozmaitym postmodernistycznym akademikom w ślepy
zaułek ogłupiającego kulturowego relatywizmu, który zabrania im nazwać po
imieniu faszystów, gdy ci mają inny niż biały kolor skóry. Jeszcze dalej, po
drugiej stronie kanału La Manche, idzie Bernard-Henri Lévy, który we wspomnianej
książce „Lewica w mrocznych czasach” ten typ myślenia nazywa wręcz
„nowym barbarzyństwem”, a jego reprezentantów określa mianem
„czerwono-brunatnych”. Nawołuje Lévy, by sięgać nie do Jeana Paula
Sartre’a jako jednego z ojców współczesnej lewicy, lecz raczej do bardziej
sceptycznego i krytycznego Alberta Camusa, który – na długo przed
upowszechnieniem się terroryzmu we wszelkich odmianach – ostrzegał
proroczo, że umiłowanie wolności i postępu może być „przewrotnie
nierozdzielne od chorej fascynacji mordem i samobójstwem”. Cohen i
grupa brytyjskich dysydentów, jak i Lévy, nawołują, by lewica powróciła do
niesekciarskiego, pryncypialnego, lecz otwartego na dyskusję humanizmu i
wyrzekła się zarówno lansowania różnych apokaliptycznych czy spiskowych wersji
historii, jak i snucia obłędnych i mętnych miraży jakiegoś raju na ziemi.
|
 |
|
|
Stanisław Kania |
 |
|
|
Ezekiel |
 |
|
|
Maria Biardzka |
|