Krzysztof
PiechDoktor ekonomii, pracownik Katedry Polityki Gospodarczej
Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie
PO i Donald Tusk tak jak Barack
Obama w Stanach Zjednoczonych wygrali wybory pod hasłem „zmiany".
Zmiany jednak nie widać, a zobowiązania zaciągnięte wobec wyborców pozostały. W
czasie kryzysu kredytobiorcy zaś często domagają się wcześniejszej spłaty
długów. Niemal pewne jest, że po raz pierwszy od końca II wojny światowej
jednocześnie w recesji znajdą się wszystkie czołowe gospodarki świata –
Stany Zjednoczone, Japonia i strefa euro. Spowolnienie wzrostu gospodarczego w
Polsce, zgodnie z cyklicznymi prawidłowościami, powinno wystąpić dopiero około
2011 r.
Obecna sytuacja na świecie sprawia, że z kryzysem
będziemy mieli do czynienia znacznie szybciej i może on potrwać dłużej niż
„typowe" dwa lata. Rząd PO-PSL od kilku miesięcy powinien mieć już
gotowe plany awaryjne, a teraz je tylko realizować. Tymczasem intensywne prace w
tym zakresie są prowadzone dopiero od kilkunastu dni. Znaleźliśmy się w oku
kryzysowego cyklonu z budżetem zakładającym nierealny wzrost gospodarczy na
poziomie 4,8 proc. w 2009 r. i mocno spóźnionymi projektami reform, które
sytuację budżetu jeszcze pogarszają.
Powrót do lat 30.Kryzys obejmuje już nie tylko giełdy i
banki, ale przeniósł się do tzw. sfery realnej gospodarki, czyli do firm
produkcyjnych, transportowych, handlowych itp. Niedługo zaś trafi do gospodarstw
domowych. Dlatego amerykański prezydent elekt Barack Obama już zapowiedział
przeznaczenie na walkę z kryzysem 100 mld USD. Sposoby pobudzania gospodarki
będą wielorakie – nowy amerykański rząd wykorzysta wszelkie możliwe
pomysły, sięgając do podręczników historii gospodarczej opisujących wielki
kryzys z lat 1929-1933. Jednym z nich może być wykupienie kredytów hipotecznych
zaciągniętych przez obywateli czy moratorium na ich spłatę. Można się
spodziewać, że zostaną wprowadzone działania osłonowe, szczególnie dla grup
społecznych zagrożonych rosnącym bezrobociem – osób starszych (emerytury
pomostowe) i osób bez doświadczenia zawodowego (absolwentów). Obama zgłosił już
nawet bardzo kontrowersyjny pomysł robót publicznych (zaczęto je stosować 75 lat
temu w ramach New Deal prezydenta Franklina D. Roosevelta).
Większość
krajów tzw. grupy G20, która 15 listopada spotkała się w Waszyngtonie na
szczycie antykryzysowym, chce wprowadzenia skoordynowanej akcji stymulującej
światową gospodarkę. Szczyt zakończył się de facto fiaskiem, bo nie wypracowano
żadnych konkretnych rozwiązań. Wszyscy czekają, aż Obama przejmie władzę, ale
kryzys w tym czasie się pogłębia. Polska na tym tle wygląda dziwacznie, jakby w
ogóle ignorowała te wydarzenia. Nie podjęliśmy starań o udział w szczycie G20,
nie zgłosiliśmy też, za pośrednictwem na przykład Niemiec czy Wielkiej Brytanii,
żadnych własnych propozycji wyjścia naszego regionu z kryzysu.
Zgubna inercjaJuż w 2007 r. sytuacja
zaczęła się wyraźnie pogarszać i już wtedy rząd powinien zmienić strategię
polityki gospodarczej. Tymczasem przyszłoroczny budżet przez wiele miesięcy był
oparty na hurraoptymistycznych założeniach i na ich podstawie dokonywano
symulacji przychodów państwa.
Sekretarz stanu w kancelarii premiera Michał
Boni argumentuje, że rządowi eksperci musieli najpierw przeanalizować, jak długo
może potrwać dekoniunktura. Nie ma tu wiele do analizowania. Jeśli zdecydowana
większość ekonomistów na świecie twierdzi, że sytuacji podobnej do obecnej nie
mieliśmy od czasów wielkiego kryzysu, to trzeba przygotować się na najgorsze.
Jeśli poprzednie spowolnienie wzrostu w Polsce trwało dwa lata (2001-2002), to
nadchodzące potrwa co najmniej tyle samo. Jeśli wzrost gospodarczy spadł wtedy
do poziomu mniej więcej 1 proc., to należy go przyjąć za punkt wyjścia i dziś.
Dodać do tej wielkości trzeba efekt napływu unijnych funduszy i premię za zdrowe
fundamenty polskiej gospodarki. Uwzględnić też jednak należy, o ile obecny
kryzys jest gorszy od ówczesnego, wywołanego pęknięciem tzw. bańki internetowej.
Wzrost gospodarczy w przyszłym roku może wynieść jedynie 2 proc. Ten pesymizm
potwierdza niedawna informacja GUS o produkcji przemysłowej. W ciągu ostatnich
12 miesięcy wzrosła ona jedynie o 0,2 proc. (choć zwykle rosła rocznie o mniej
więcej 10 proc.).
Inwestorzy zagraniczni, widząc kryzys na Węgrzech, na
Ukrainie, przegrzanie koniunktury w krajach nadbałtyckich i nadchodzącą recesję
w Niemczech, byli zdziwieni tym, że polski rząd nie dostrzega zagrożeń.
Zwiększało to skalę wycofywania kapitału z Polski, co prowadziło do osłabienia
złotego. Nie oznacza to, że dzięki temu – jak to zwykle – poprawiła
się sytuacja naszych eksporterów. Kontrahenci zagraniczni widząc niekorzystne
dla nich zmiany kursowe, domagają się obniżenia cen, mówiąc: u nas sytuacja jest
już zła, a u was kurs się poprawił, więc obniżcie nam ceny, bo inaczej nie
będziemy mogli sprzedać u nas waszych towarów i więcej u was nie kupimy.
Mydlenie oczuNotowania
rządu wzrosły, choć z reguły w czasach kryzysu rośnie poparcie nie dla
liberałów, ale dla lewicy. Sukcesy wizerunkowe rządu Donalda Tuska nie idą
jednak w parze z gospodarczymi. Przesłane w końcu do parlamentu ustawy będą
dawały zyski za kilka czy kilkanaście lat, a nie miesięcy. Co więcej,
przygotowywane były na podstawie ubiegłorocznego programu gospodarczego rządu,
nie uwzględniającego światowego kryzysu finansowego.
Tak było też z
zapowiedzią wprowadzenia w 2012 r. w Polsce euro. Działanie takie w normalnej
sytuacji dałoby nam sporo korzyści. Wejście do strefy euro wymagałoby jednak
utrzymania w ryzach deficytu nawet w sytuacji zmniejszających się wpływów do
budżetu. Niestety, w obliczu nadchodzącej dekoniunktury ograniczenie wydatków
może ją pogłębić. Ograniczony zostałby też zakres dostępnych nam instrumentów
polityki gospodarczej, co związałoby ręce osobom prowadzącym politykę pieniężną
i budżetową. Na przykład gdybyśmy weszli już do tzw. systemu ERM II (swoista
poczekalnia przed euro) i złoty został powiązany z euro po kursie z początku
sierpnia 2008 r., już dwa i pół miesiąca później NBP musiałby interweniować,
wykorzystując rezerwy walutowe w celu utrzymania złotego w paśmie wahań
przewidzianych przez ERM II.
Ostatnie tygodnie pokazują jeszcze jedno
zagrożenie, również dotychczas nieuwzględniane przez władze kraju (z wyjątkiem
pewnych działań NBP) – zacieśnianie przez banki polityki kredytowej.
Kurczenie się rynku kredytowego dusi aktywność gospodarczą i przyszłą
konsumpcję. Dla polskiej gospodarki to może być w skutkach dotkliwsze niż wpływ
recesji u największego odbiorcy naszego eksportu – Niemiec.
Memento AWSRząd powinien zmienić
strategię realizowanej w kolejnych miesiącach polityki gospodarczej,
uwzględniając możliwość pogłębienia się kryzysu. Patrząc na dotychczasowe jego
działania, wydaje się, że lekceważy zagrożenia.
Kto wie, czy nie byłoby
dobrym rozwiązaniem zamienienie obecnego premiera na ekonomistę albo
przynajmniej znającego się na gospodarce Waldemara Pawlaka. Donald Tusk mógłby
się zająć wtedy nadzorowaniem dziedziny, na której się faktycznie zna –
piłki nożnej w ramach przygotowań do Euro 2012.
Oczywiście, premier może
tłumaczyć, że rząd przez ostatni rok niewiele zrobił, bo wszelkie reformy mogły
być blokowane przez weta prezydenta popierane przez PiS i SLD. Ale wyborców to
niewiele obchodzi. Jeśli Polska okaże się nieprzygotowana na kryzys, a ludzie
zaczną go mocno odczuwać we własnych portfelach, wystawią rachunek za brak
obiecanej „zmiany". Chyba że za nią uznamy kryzys. Ale wtedy politycy
powinni przypomnieć sobie AWS zmiecioną ze sceny politycznej także po kryzysie
– wówczas dotcomów – który przełożył się dotkliwie na polską
gospodarkę.
