|
|
Ta scenka z początku XIX w. przychodzi mi na myśl, gdy śledzę wydarzenia w Rosji. Dlaczego naród rosyjski, tak utalentowany w literaturze, sztuce i nauce, nie potrafi zorganizować życia społecznego tak, by zapewnić sobie stabilizację i rządy prawa? Dlaczego Rosjanie słaniają się od kryzysu do kryzysu, kompensując to arogancją i terroryzowaniem sąsiadów? Godny pożałowania to spektakl. 17 lat minęło od upadku ZSRR. Kraje Europy Wschodniej, wyzwolone spod rosyjskiego ucisku, zbudowały mniej lub bardziej udane ustroje demokratyczne i przyłączyły się do wspólnoty europejskiej.
REKLAMA
Wiedzą, do czego przynależą. Tylko Rosja nadal nie wie. Według badań opinii publicznej, obywatele Rosji odrzucają zachodni styl życia i wartości. Ponieważ pod względem rasy i religii nie należą do świata islamu ani buddyjskiego Wschodu, twierdzą, że wolą iść własną drogą, choć nie potrafią określić, czym ona jest. Z tego powodu znajdują się w samoizolacji, nie umiejąc znaleźć dla siebie miejsca w światowej rodzinie narodów. Ludzie rządzący Rosją – w większości weterani sowieckiej policji politycznej – uświadomili sobie marność komunistycznej ekonomii i przestawili się na kapitalizm. Lecz jest to kapitalizm, w którym państwo kontroluje dochodowe sektory gospodarki, takie jak nafta i gaz, wykazując brak poszanowania dla własności prywatnej. Przykładem są umowy z British Petroleum i Shell, zerwane pod pretekstem nieprzestrzegania ochrony środowiska. Majątek Michaiła Chodorkowskiego, właściciela Jukosu, został skonfiskowany na podstawie fałszywych oskarżeń o nadużycia i uchylanie się od płacenia podatków. Prawdziwe powody były polityczne. Ani Putin, ani Miedwiediew nie byli przygotowani na skutki światowego kryzysu finansowego. Obaj uważają, że Rosja jest tak samo odizolowana od gospodarki światowej jak kiedyś ZSRR. Dlatego zapewniają, że kryzys, który jest wynikiem „niefrasobliwości" Amerykanów, mają pod kontrolą. Nie tłumaczą jednak narodowi, dlaczego moskiewska giełda zanotowała spadek wartości o 85 proc., tracąc więcej niż każda inna giełda na świecie. Nie potrafią wyjaśnić, dlaczego rubel traci na wartości. Ich gospodarka, uzależniona od eksportu nośników energii, jest zagrożona, gdy na światowym rynku cena baryłki ropy spada poniżej 70 dolarów. Rosyjscy przywódcy dopiero teraz uświadomili sobie, jak drogo kosztował ich najazd na Gruzję, po którym zagraniczni inwestorzy wycofali z Rosji kapitały wartości ok. 100 mld USD. W dziedzinie polityki sprawy mają się nie lepiej. Rosjanie cynicznie uważają, że każdym rządem kierują politycy dbający o własny interes. Dlatego większość obywateli Rosji nie dba o wybór rządzących. Rządy autokratyczne im odpowiadają. Rządzący mają być „silni, zdeterminowani i bezwzględni". Putin i Miedwiediew dali jasno do zrozumienia, że nie zamierzają przekształcić Rosji w państwo demokratyczne. Powtarzają poglądy Katarzyny Wielkiej i Aleksandra II, że demokracja spowodowałaby rozpad Rosji. W wykładzie na Uniwersytecie Columbia w USA w 2003 r. Putin odrzucił krytykę, że w jego kraju nie ma wolności słowa, powołując się na argument, iż Rosja nigdy w swej historii nie znała takiej wolności. Niechęć obecnych władz rosyjskich do wolności słowa kosztowała życie trzynaściorga dziennikarzy, którzy odważyli się krytykować reżim. Dotychczas nie znaleziono sprawców.
Smutna Rosja
Ta scenka z początku XIX w. przychodzi mi na myśl, gdy
śledzę wydarzenia w Rosji. Dlaczego naród rosyjski, tak utalentowany w
literaturze, sztuce i nauce, nie potrafi zorganizować życia społecznego tak, by
zapewnić sobie stabilizację i rządy prawa? Dlaczego Rosjanie słaniają się od
kryzysu do kryzysu, kompensując to arogancją i terroryzowaniem sąsiadów? Godny
pożałowania to spektakl. 17 lat minęło od upadku ZSRR. Kraje Europy Wschodniej,
wyzwolone spod rosyjskiego ucisku, zbudowały mniej lub bardziej udane ustroje
demokratyczne i przyłączyły się do wspólnoty europejskiej. Wiedzą, do czego przynależą. Tylko Rosja nadal nie wie. Według badań opinii
publicznej, obywatele Rosji odrzucają zachodni styl życia i wartości. Ponieważ
pod względem rasy i religii nie należą do świata islamu ani buddyjskiego
Wschodu, twierdzą, że wolą iść własną drogą, choć nie potrafią określić, czym
ona jest. Z tego powodu znajdują się w samoizolacji, nie umiejąc znaleźć dla
siebie miejsca w światowej rodzinie narodów. Ludzie rządzący Rosją –
w większości weterani sowieckiej policji politycznej – uświadomili sobie
marność komunistycznej ekonomii i przestawili się na kapitalizm. Lecz jest to
kapitalizm, w którym państwo kontroluje dochodowe sektory gospodarki, takie jak
nafta i gaz, wykazując brak poszanowania dla własności prywatnej. Przykładem są
umowy z British Petroleum i Shell, zerwane pod pretekstem nieprzestrzegania
ochrony środowiska. Majątek Michaiła Chodorkowskiego, właściciela Jukosu, został
skonfiskowany na podstawie fałszywych oskarżeń o nadużycia i uchylanie się od
płacenia podatków. Prawdziwe powody były polityczne. Ani Putin, ani
Miedwiediew nie byli przygotowani na skutki światowego kryzysu finansowego. Obaj
uważają, że Rosja jest tak samo odizolowana od gospodarki światowej jak kiedyś
ZSRR. Dlatego zapewniają, że kryzys, który jest wynikiem
„niefrasobliwości" Amerykanów, mają pod kontrolą. Nie tłumaczą jednak
narodowi, dlaczego moskiewska giełda zanotowała spadek wartości o 85 proc.,
tracąc więcej niż każda inna giełda na świecie. Nie potrafią wyjaśnić, dlaczego
rubel traci na wartości. Ich gospodarka, uzależniona od eksportu nośników
energii, jest zagrożona, gdy na światowym rynku cena baryłki ropy spada poniżej
70 dolarów. Rosyjscy przywódcy dopiero teraz uświadomili sobie, jak drogo
kosztował ich najazd na Gruzję, po którym zagraniczni inwestorzy wycofali z
Rosji kapitały wartości ok. 100 mld USD. W dziedzinie polityki sprawy
mają się nie lepiej. Rosjanie cynicznie uważają, że każdym rządem kierują
politycy dbający o własny interes. Dlatego większość obywateli Rosji nie dba o
wybór rządzących. Rządy autokratyczne im odpowiadają. Rządzący mają być
„silni, zdeterminowani i bezwzględni". Putin i Miedwiediew dali jasno
do zrozumienia, że nie zamierzają przekształcić Rosji w państwo demokratyczne.
Powtarzają poglądy Katarzyny Wielkiej i Aleksandra II, że demokracja
spowodowałaby rozpad Rosji. W wykładzie na Uniwersytecie Columbia w USA w 2003
r. Putin odrzucił krytykę, że w jego kraju nie ma wolności słowa, powołując się
na argument, iż Rosja nigdy w swej historii nie znała takiej wolności. Niechęć
obecnych władz rosyjskich do wolności słowa kosztowała życie trzynaściorga
dziennikarzy, którzy odważyli się krytykować reżim. Dotychczas nie znaleziono
sprawców. Autokratyczne praktyki, które wydają się odrażające dla
zachodniej tradycji, odpowiadają dwóm trzecim Rosjan. Ich skutkiem jest
odizolowanie ludzi od wpływu na sprawy państwa. Można wątpić, czy w razie
wybuchu kryzysu politycznego rosyjscy obywatele staną do pomocy rządowi. W
takich momentach ludność wycofuje się w życie prywatne, pozwalając rządowi
samemu się bronić. Taka postawa objawiła się w Rosji w 1917 r. i w 1991 r., gdy
rozpadał się Związek Sowiecki, przy apatii obywateli. Gdy Rosjanie mówią,
że chcą, by ich rząd był „silny, zdeterminowany i bezwzględny", mają
też na myśli politykę zagraniczną. Zapytani przez ankieterów, jak ich kraj
powinien być postrzegany za granicą, prawie połowa badanych obywateli
odpowiedziała, że jako „potężny, niezwyciężony, potęga światowa".
Tylko 3 proc. odpowiedziało, że „miłujący pokój i przyjazny", a 1
proc. – „praworządny i demokratyczny”. Taka postawa większości
społeczeństwa tłumaczy obsesyjne dążenie Rosjan do odbudowania statusu
„wielkiego mocarstwa”, którym szczycili się pod rządami reżimu
sowieckiego i który utracili. Z tego samego powodu większość Rosjan uważa
Stalina za największego z władców, a czuje pogardę dla Kiereńskiego i Jelcyna,
którzy starali się przynieść im wolność. Największą ambicją władców jest
odbudowa zdolności Rosji do zastraszania i wymuszania respektu. Każdego
roku rosyjska polityka zagraniczna staje się coraz bardziej agresywna. Reżim
wściekle reaguje, gdy czuje, że jego życzenia są ignorowane, jak to się stało w
wypadku Kosowa, Gruzji lub elementów amerykańskiej tarczy antyrakietowej w
Polsce i w Czechach. W tej ostatniej sprawie powodem butnego sprzeciwu Rosji nie
jest obawa, że urządzenia te zagrożą Rosji. Gen. mjr Władimir Dworkin, były
dyrektor departamentu w Ministerstwie Obrony odpowiedzialny za planowanie użycia
broni jądrowej, powiedział „Izwiestii": „Dla rosyjskiego
potencjału odstraszania nuklearnego system antyrakietowy w Europie nie stwarza
zagrożenia. By strącić naszą rakietę jądrową, trzeba około 10 antyrakiet. My
mamy setki rakiet jądrowych". To oświadczenie czyni pośmiewisko z
rosyjskich „alarmów" w sprawie polskich i czeskich elementów tarczy.
Prawdziwym powodem oburzenia Rosji jest to, że USA odważyły się na zaangażowanie
wojskowe w strefie, którą Miedwiediew nazwał uprzywilejowaną strefą wpływów. Nękanie i dyskredytowanie USA wydaje się głównym celem interwencji w Gruzji.
Moskwa chciała pokazać – i się jej udało – że Ameryka nie jest w
stanie uratować żadnego sojusznika w rosyjskiej „uprzywilejowanej strefie
wpływów". Temu celowi podporządkowane są wysiłki Rosji, by odseparować
Europę od USA. Moskwa realizuje tę politykę z powodzeniem. Częściowo z powodu
uzależnienia Europy od rosyjskich dostaw nośników energii, częściowo z powodu
zazdrości o przewodnią rolę Ameryki na świecie europejscy mężowie stanu –
Berlusconi, Sarkozy i Merkel – wybrali neutralność wobec napięć Waszyngton
– Moskwa. Rosja podziękowała UE za nienałożenie na nią sankcji za inwazję
na Gruzję. Przygotowując ludność na rzekomy upadek Ameryki, rosyjskie media
malują radosny obraz własnego kraju, który do 2020 r. ma osiągnąć gospodarczą i
wojskową przewagę nad USA i być w stanie – wraz z Chinami – zastąpić
znienawidzone supermocarstwo. Rubel miałby się stać główną walutą rezerwową, a
Moskwa – finansową stolicą świata. Kiedy się czyta takie prognozy, można
się zastanawiać, czy autorzy w nie wierzą, czy snują intrygę. Nie ma
niczego niepokojącego w tym, że rosyjski parlament uchwalił przedłużenie
kadencji prezydenta do sześciu lat. Okoliczności, w których taka rekomendacja
się pojawiła, sugerują, że jej celem jest umożliwienie Putinowi powrotu na
stanowisko prezydenta. Przedłużenie kadencji umożliwiłoby mu sprawowanie władzy
przez dwie kadencje, które doprowadziłyby go do 2020 r., gdy wszystkie rosyjskie
problemy mają być rozwiązane, a kraj ma ponownie wyłonić się jako światowe
mocarstwo pierwszej rangi. Wierzę, że aby Rosja przestała być problemem dla
samej siebie i reszty świata, musi wreszcie wyłonić rząd, który zaniecha
wielkomocarstwowych fantazji i odda się pracy nad rozwojem produktywnej
gospodarki kraju i rządów prawa. Taki rząd musi także zrezygnować z samoizolacji
i przyjąć mocny prozachodni kurs. Taka polityka nie ma szans pod rządami Putina
– Miedwiediewa. Być może Rosja potrzebuje nowego wstrząsu, by stawić czoło
rzeczywistości. © Richard Pipes 2008
|
 |
|
|
Ezekiel |
 |
|
|
Maria Biardzka |
 |
|
|
Łukasz Starowieyski |
|
|
|