|
|
Irlandczycy popierają układ z Lizbony jako ważny krok na drodze do nowej Wspólnoty Europejskiej. Proeuropejska jest także większość irlandzkich obywateli, którzy traktat lizboński odrzucili z powodów zupełnie innych niż sam traktat. Powyższa konkluzja powstała nie na podstawie pobożnych życzeń, ale wyników badań socjologicznych, które na Zielonej Wyspie przeprowadzono po referendum. Czesi, którzy w najbliższym półroczu będą przewodniczyć unii, jako Europejczycy są elastyczni i podatni na manipulacje. Wystarczyło, by prezydent Václav Klaus zdecydowanie wystąpił przeciwko euro, i Czesi w zaledwie kilka miesięcy ze zwolenników wspólnotowej waluty przeistoczyli się w jej przeciwników.
REKLAMA
Równie złożoną sytuację można obserwować w wypadku czeskich elit. W wyborach w 2006 r. pierwsze i trzecie miejsce zajęły partie mające jeśli nie antyunijny, to przynajmniej krytyczny wobec UE program. Chodzi o Komunistyczną Partię Czech i Moraw (którą część wyborców poparła ze względu na głoszone przez nią nacjonalistyczne hasła) i zwycięską Obywatelską Partię Demokratyczną (ODS). ODS była początkowo ugrupowaniem wyraźnie proeuropejskim. W 1997 r. odeszło z niej jednak wielu polityków euroentuzjastów, którzy założyli konkurencyjną, centrową partię, związaną z ówczesnym prezydentem Václavem Havlem – Unię Wolności. ODS w 1998 r. przeszła do opozycji i pod przewodnictwem Klausa stała się zdecydowanie antyeuropejska – podczas kampanii wyborczych nie wahała się, by, podobnie jak komuniści, straszyć obywateli zagrożeniem ze strony Niemiec i odgrywać rolę obrońcy „interesów narodowych". Wraz z odejściem Václava Klausa z władz ODS i jego „zesłaniem" na Praski Hrad wiosną 2003 r. antybrukselski nurt w ODS stracił wprawdzie przywódcę (a z biegiem czasu także dominującą rolę w ugrupowaniu), ale nazwanie obywatelskich demokratów siłą proeuropejską byłoby nadużyciem. „Chwilami miałem wrażenie, że jestem na zjeździe Ligi Polskich Rodzin" – powiedział trzy lata temu w wywiadzie dla dziennika „Lidové noviny” ówczesny lider Platformy Obywatelskiej Jan Rokita, który jako gość honorowy uczestniczył w kongresie ODS. Z pewną przesadą można by powiedzieć, że „europeizacja" ODS rozpoczęła się wraz z jej powrotem do władzy. Przełomowy był przede wszystkim koniec 2006 r., gdy demokraci utworzyli koalicję z proeuropejskimi zielonymi i ludowcami. Najbliższymi współpracownikami premiera Mirka Topolánka stało się dwoje ludzi Havla – wicepremier ds. europejskich Alexandr Vondra i minister spraw zagranicznych Karel Schwarzenberg. Obaj nakierowali politykę zagraniczną rządu pod przywództwem Obywatelskiej Partii Demokratycznej na główny unijny nurt.
Czeski film europejski
Irlandczycy popierają układ z Lizbony jako ważny krok
na drodze do nowej Wspólnoty Europejskiej. Proeuropejska jest także większość
irlandzkich obywateli, którzy traktat lizboński odrzucili z powodów zupełnie
innych niż sam traktat. Powyższa konkluzja powstała nie na podstawie pobożnych
życzeń, ale wyników badań socjologicznych, które na Zielonej Wyspie
przeprowadzono po referendum. Czesi, którzy w najbliższym półroczu będą
przewodniczyć unii, jako Europejczycy są elastyczni i podatni na manipulacje.
Wystarczyło, by prezydent Václav Klaus zdecydowanie wystąpił przeciwko euro, i
Czesi w zaledwie kilka miesięcy ze zwolenników wspólnotowej waluty przeistoczyli
się w jej przeciwników. Równie złożoną sytuację można
obserwować w wypadku czeskich elit. W wyborach w 2006 r. pierwsze i trzecie
miejsce zajęły partie mające jeśli nie antyunijny, to przynajmniej krytyczny
wobec UE program. Chodzi o Komunistyczną Partię Czech i Moraw (którą część
wyborców poparła ze względu na głoszone przez nią nacjonalistyczne hasła) i
zwycięską Obywatelską Partię Demokratyczną (ODS). ODS była początkowo
ugrupowaniem wyraźnie proeuropejskim. W 1997 r. odeszło z niej jednak wielu
polityków euroentuzjastów, którzy założyli konkurencyjną, centrową partię,
związaną z ówczesnym prezydentem Václavem Havlem – Unię Wolności. ODS w
1998 r. przeszła do opozycji i pod przewodnictwem Klausa stała się zdecydowanie
antyeuropejska – podczas kampanii wyborczych nie wahała się, by, podobnie
jak komuniści, straszyć obywateli zagrożeniem ze strony Niemiec i odgrywać rolę
obrońcy „interesów narodowych". Wraz z odejściem Václava Klausa
z władz ODS i jego „zesłaniem" na Praski Hrad wiosną 2003 r.
antybrukselski nurt w ODS stracił wprawdzie przywódcę (a z biegiem czasu także
dominującą rolę w ugrupowaniu), ale nazwanie obywatelskich demokratów siłą
proeuropejską byłoby nadużyciem. „Chwilami miałem wrażenie, że jestem na
zjeździe Ligi Polskich Rodzin" – powiedział trzy lata temu w
wywiadzie dla dziennika „Lidové noviny” ówczesny lider Platformy
Obywatelskiej Jan Rokita, który jako gość honorowy uczestniczył w kongresie
ODS. Z pewną przesadą można by powiedzieć, że „europeizacja" ODS
rozpoczęła się wraz z jej powrotem do władzy. Przełomowy był przede wszystkim
koniec 2006 r., gdy demokraci utworzyli koalicję z proeuropejskimi zielonymi i
ludowcami. Najbliższymi współpracownikami premiera Mirka Topolánka stało się
dwoje ludzi Havla – wicepremier ds. europejskich Alexandr Vondra i
minister spraw zagranicznych Karel Schwarzenberg. Obaj nakierowali politykę
zagraniczną rządu pod przywództwem Obywatelskiej Partii Demokratycznej na główny
unijny nurt. W czasie, gdy u władzy w Polsce byli bracia Kaczyńscy, Czechy
wyglądały często jak swoisty moderator ożywionej dyskusji między stawiającymi
warunki Polakami a resztą UE, która momentami nie wiedziała, jak sobie poradzić
z Warszawą. Zeuropeizowała się większość europosłów ODS tworzących w
Brukseli największy czeski klub. Zaprzysięgły krytyk unii, były doradca Václava
Klausa, Jan Zahradil, z czasem stał się realnie patrzącym na rzeczywistość
politykiem, który nie odrzuca ani eurokonstytucji, ani traktatu lizbońskiego. W
wypadku tego ostatniego pomagał nawet w pertraktacjach. Premier Topolánek, co
było zaskoczeniem, przezornie mianował go głównym negocjatorem w tej sprawie. Europeizacja obywatelskich demokratów, czyli czeskiej prawicy, nie objęła
jednak prezydenta Klausa ani jego urzędniczo--ideowego zaplecza. W poprzednich
latach kilka razy wydawało się, że oferta wejścia na europejskie salony
polityczne skusi przywódcę Czech lub przynajmniej zneutralizuje jego postawę
tak, że nie będzie on szkodził unii. Klaus jednak zawsze się wycofywał ze
współpracy i czekał na odpowiedni moment – co (jak wiemy z II wojny
światowej, podczas której Czesi zaczęli walczyć z Niemcami dopiero w maju 1945
r.) jest typowo czeską cechą. Odpowiedni moment zawsze po jakimś czasie
nadchodził. Prezydent Czech, który na początku procesu ratyfikacji
eurokonstytucji wydawał się osamotniony w sprzeciwie wobec tej inicjatywy,
niezwykle się ożywił, gdy w 2006 r. Francuzi i Holendrzy odrzucili dokument.
Klaus przycichł dopiero podczas niemieckiej prezydencji – po wizycie
kanclerz Angeli Merkel w Pradze czeski przywódca nie sabotował negocjacji w
sprawie traktatu europejskiego. Na początku 2008 r. obiecał nawet publicznie
prezydentowi Austrii Heinzowi Fischerowi, że układ z Lizbony podpisze, jeśli
ratyfikuje go czeski parlament. Klaus przerwał milczenie w chwili, gdy
traktatu nie uchwalili Irlandczycy. Podczas gdy wszyscy pozostali szefowie
państw europejskich wyrażali z tego powodu żal albo przynajmniej, jak Lech
Kaczyński, milczeli, prezydent Czech otwarcie się cieszył. Wydał nawet
oświadczenie, w którym pochwalił odwagę Irlandczyków i stwierdził, że
„traktat lizboński jest martwy". Klaus próbował też, dotychczas
z powodzeniem, zniechęcić Lecha Kaczyńskiego do podpisywania traktatu. Podobną
taktykę zastosował w odniesieniu do prezydenta Słowacji Ivana Gašparoviča.
Publikował artykuły, w których domagał się rozwiązania Unii Europejskiej w jej
obecnym kształcie. Według Klausa, UE to projekt jeśli nie totalitarny, to
przynajmniej niedemokratyczny. Apogeum działań czeskiego prezydenta okazała się
jego podróż do Irlandii, gdzie porównał przywódcę antylizbońskiej organizacji
Libertas, Declana Ganleya, do czeskich dysydentów z czasów komunizmu, czym
obraził irlandzką scenę polityczną. Przyjęcie przez Klausa na początku grudnia
2008 r. delegacji europarlamentarzystów zakończyło się kłótnią, a poufną treść
rozmów prezydent Czech umieścił na swej stronie internetowej, czym wywołał
skandal. Na krajowej scenie Klaus i jego ludzie chcieli zapobiec
ratyfikacji traktatu przez odwołanie Mirka Topolánka. Kiedy okazało się to
niemożliwe, Klaus na początku grudnia 2008 r. ostentacyjnie, podczas kongresu
ODS, zrezygnował z funkcji honorowego przewodniczącego partii. – Nic się
nie kończy, nasze działania będziemy kontynuować za pomocą innych środków
– powiedział przywódca Czech. Wkrótce Petr Mach, dyrektor założonego przez
Klausa Centrum ds. Ekonomii i Polityki, ogłosił, że zakłada nową prawicową
partię. Jej główny cel programowy: uniemożliwienie wprowadzenia w życie traktatu
lizbońskiego. Mimo tych porażek Klausowi na razie udaje się blokowanie
umowy. Czeski parlament (jako ostatni w unii) zaczął wprawdzie w grudniu 2008 r.
debatować na temat układu z Lizbony, ale Topolánek, ciągłe niepewny głosów
posłów ODS, zawiesił rozmowy w tej sprawie do lutego 2009 r. W ten sposób
Republika Czeska 1 stycznia obejmie przywództwo w UE w sytuacji, w której
traktatu nie zdąży uchwalić czeski parlament. Klaus zapowiedział, że umowę
podpisze dopiero gdy zatwierdzą ją Irlandczycy. Niechęć do Czechów wzrosła
w Europie do tego stopnia, że jesienią w poważnym tonie pisano o planach
odebrania im prezydencji lub przynajmniej o zamianie ich kadencji ze Szwedami
(ci przewodnictwo obejmą po półrocznych rządach Pragi). Całkiem serio rozważano
też propozycję, by faktyczne rządy nad unią sprawowała grupa państw, które
przyjęły walutę euro. Nieformalne szczyty eurostrefy miały się tak
zinstytucjonalizować, by ów rdzeń unii mógł narzucać swe postanowienia całej
wspólnocie. Ostatecznie, głównie dzięki sprzeciwowi Niemiec, do tego nie
dojdzie. Mimo to Francja zdołała doprowadzić do tego, że podczas półrocznej
prezydencji Czesi nie będą mogli podjąć żadnej ważnej decyzji. Mimo wojny w
Gruzji Sarkozy zdołał jeszcze przed wygaśnięciem swego unijnego mandatu wznowić
rokowania w sprawie partnerstwa strategicznego z Rosją. Francuzom podczas
ostatniego szczytu, któremu przewodniczyli, udało się ponadto osiągnąć
porozumienie w kwestii nowego referendum w Irlandii. Paryż nie zostawił Czechom
nawet negocjacji w sprawie pakietu klimatycznego, którego plan, mimo komplikacji
(wywołanych przez uzależnionych od węgla Polaków wspartych przez dziesiątkę
nowych państw UE), został przyjęty. Porozumienie osiągnięto także w
kluczowej dla Francji i ważnej dla Unii Europejskiej kwestii reformy rolnej.
Przejrzysta sytuacja panuje też na polu ograniczeń przepływu pracowników –
przez kolejne dwa lata obowiązuje austriackie i niemieckie „nie". W
ostatniej istotnej z punktu widzenia francuskich interesów inicjatywie, Unii dla
Morza Śródziemnego, Sarkozy porozumiał się z Topolánkiem – podczas obiadu
w Pałacu Elizejskim czeski premier wspaniałomyślnie obiecał prezydentowi
Francji, że pozostawi go u sterów tego projektu. Czechom z europejskiej
prezydencji nie zostało prawie nic poza funkcją mistrza ceremonii różnych
szczytów i spotkań ministerialnych, podczas których w kolejnym półroczu nie
będzie w zasadzie o czym debatować. Oczywiście, są takie kwestie, jak europejska
polityka bezpieczeństwa, szczyt UE – USA z udziałem nowego prezydenta
Baracka Obamy czy pogłębiający się już nie tylko finansowy, ale także
gospodarczy kryzys. Żaden z tych problemów nie będzie jednak dla UE kluczowy.
Z realnych zadań czeskiej prezydencji pozostaje tylko Partnerstwo
Wschodnie, które ma się stać przeciwwagą dla Unii Śródziemnomorskiej. Choć
powstanie i założenia partnerstwa Komisja Europejska ogłosiła w grudniu 2008 r.
, uroczysta inauguracja tej inicjatywy nastąpi w 2009 r. w Pradze. Dzięki temu
to Czesi będą mogli sfinalizować udany projekt polsko-szwedzkiego autorstwa
– ma on zbliżyć pięć wschodnioeuropejskich państw do UE. Ze względu
na chaos, który na czeskiej scenie politycznej poprzedzał prezydencję Pragi w UE
(jeszcze na początku grudnia nie było pewności, czy u władzy pozostanie
mniejszościowy rząd premiera Topolánka), samo pełnienie przez Czechy roli
solidnego „kierownika ruchu" unii może się dla tego kraju okazać
sukcesem. Dzięki bonusowi w postaci inicjatywy Partnerstwa Wschodniego (które
można uznać za wydarzenie historyczne, stawiające relacje postsocjalistycznego
świata ze wspólnotą na równi czy nawet ponad jego stosunkami z Rosją) faktycznie
nim będzie. „Przewodnictwo w Europie to nic ważnego" – zdążył
powiedzieć Václav Klaus, według którego Czechy bez problemu poradzą sobie z tym
zadaniem. W ten sposób czeski prezydent dał do zrozumienia, że nie zamierza brać
udziału w działaniach związanych z prezydencją jego państwa w UE. Jeśli tak się
stanie, Europa nie musi się obawiać Czechów. Zresztą ze wszystkim, co ich w
najbliższym czasie czeka (może poza Partnerstwem Wschodnim), radę daliby sobie z
pewnością nawet Irlandczycy.
|
 |
|
|
Łukasz Starowieyski |
 |
|
|
Maciej Kawiński |
 |
|
|
Maria Biardzka |
|
|
|