Według polityków i przedsiębiorców, zakupowy
„nacjonalizm" to najlepszy sposób na ochronienie własnej gospodarki
przed kryzysem. Ekipa doradców prezydenta Baracka Obamy zapowiedziała niedawno,
że program „Buy American" (kupuj amerykańskie) uczyni częścią planu
ratowania amerykańskiej gospodarki. W Polsce podobna akcja ruszy w lutym.
Polskie firmy wraz z agencją reklamową Demo Effective Launching i fundacją
Dajesz Pracę PL chcą zorganizować akcję pod hasłem: „Bądźmy dumni z
polskich produktów".
To kontynuacja poprzedniej akcji
„Kupując polskie produkty, dajesz pracę". Slogany są zawoalowane, bo
już w 1984 r. Europejski Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu stwierdził, że
kraje członkowskie Unii Europejskiej nie mogą namawiać wprost do kupowania
towarów tylko dlatego, że zostały one wyprodukowane w danym kraju, i
wielokrotnie potwierdzał tę linię orzecznictwa. To jednak tylko inne ujęcie
prostego przekazu: kupuj polskie.
– Kupując polskie produkty, możemy
się obronić przed skutkami kryzysu gospodarczego. Nawet kilkadziesiąt złotych
wydanych przez każdego na krajowe produkty w skali całego rynku tworzy strumień
gotówki, który zasila nasze firmy. Nasze decyzje zakupowe mają wpływ na to, co
się dzieje w realnej gospodarce – mówi Jacek Sadowski, szef Demo Effective
Launching i założyciel fundacji Dajesz Pracę PL. Organizatorzy mogą liczyć na
wsparcie polityków, zwłaszcza Waldemara Pawlaka, wicepremiera i ministra
gospodarki, który sam nieraz rzucał podobne hasła.
Na pozór pomysł wydaje
się prosty i logiczny. Wybierając polskie produkty, przysparzamy krajowym
producentom zysków, ci dają pracę naszym rodakom, do budżetu wpływa więcej
podatków, z których finansowane są świadczenia dla wszystkich. Jeżeli wydamy
1000 zł na produkt firmy zagranicznej, ale wytwarzany w Polsce, PKB naszego
kraju powiększy się o 400 zł (7 proc. ceny to wartość polskiej robocizny,
kolejne 7 proc. – wartość polskich półproduktów użytych do produkcji, 6
proc. – wartość zużytej energii, 20 proc. – koszty dystrybucji i
sprzedaży). Jeżeli podobny produkt kupimy od firmy, której kapitał, zarząd,
dział badań czy rozwoju będą polskie, to nasz PKB zwiększy się o 700 zł –
prawie dwa razy więcej.
Tzw. etnocentryzm konsumencki (czyli przedkładanie
własnych produktów nad zagraniczne) silnie zaznacza się w wielu krajach świata,
m.in. w Japonii, Niemczech czy Irlandii – czy to ze względów kulturowych,
czy w wyniku akcji propagandowych. Tak się składa, że są to kraje kojarzone z
wielkim dobrobytem i gospodarczymi sukcesami (przynajmniej do niedawna). Ale czy
to zasługa „kupowania własnego"?
Za największych nacjonalistów
zakupowych na świecie są uważani Japończycy. – Oni nie kupują nic
zagranicznego, jeżeli tylko ma to japoński odpowiednik – mówi Tomasz
Miklaszewski, pierwszy sekretarz Wydziału Promocji Handlu i Inwestycji Ambasady
RP w Tokio. Przez lata wpajano im, że wspieranie zagranicznych gospodarek jest
równie haniebne jak współpraca z obcymi wywiadami. Gdy w 1994 r. japoński resort
rolnictwa ogłosił, że ze względu na niskie krajowe zbiory ryżu na rynek trafi
ryż importowany z Wietnamu, przed sklepami spożywczymi utworzyły się ogromne
kolejki. Wszyscy chcieli zdążyć kupić japoński ryż. W programach telewizyjnych
namawiano Japończyków do mieszania importowanego ryżu z węglem drzewnym, by
osłabić obcy smak i zapach. W Kraju Kwitnącej Wiśni na pierwszym planie
postawiono interes producentów – nie klientów. Wokół wielkich koncernów
stworzono keiretsu, czyli grupy podwykonawców, którzy zaopatrywali siebie
nawzajem i główną korporację. Był to zamknięty obieg. Można twierdzić, że ta
autarkia leżała u podstaw japońskiego powojennego boomu. Tyle że ceną za to był
fakt, że zarówno japońskie firmy, jak i japońscy konsumenci płacili za wszystkie
towary o kilkadziesiąt procent więcej, niż wynosiły ich rynkowe ceny na
świecie.
W Irlandii rząd w 1975 r. rozpoczął akcję „Kupuj
irlandzkie", usiłując w ten sposób zaradzić katastrofanej wówczas kondycji
wyspiarskiej gospodarki. – Produkcja rosła powoli, mieliśmy ogromne
bezrobocie. Ludzie zrozumieli, że jeśli nie będą kupowali irlandzkich produktów,
to ich dzieci nie będą miały pracy – mówi Tom Rea, dyrektor Guaranteed
Irish, organizacji, która promuje irlandzkie produkty. Akcja trwała do połowy
lat 80., kiedy z powodu unijnych regulacji musiała przybrać inną fromę (dziś
produkty z Zielonej Wyspy są promowane znaczkiem „Gwarantowana
irlandzkość"). Tyle że w połowie lat 80., po dziewięciu latach realizacji
tego programu, Irlandia wciąż była na skraju przepaści, a „The
Economist" okładkowy artykuł na jej temat zilustrował wówczas zdjęciem
żebraka. Późniejszy cud gospodarczy kraj zawdzięczał – jak na ironię
– ogromnemu przypływowi zagranicznego kapitału.
Już w 1817 r.
brytyjski ekonomista David Ricardo zaprezentował tzw. teorię przewag
komparatywnych. Wynika z niej, iż wszystkie kraje będą bogatsze, jeżeli każdy z
nich skoncentruje się na produkcji tego, co mu wychodzi najlepiej i najtaniej, a
pozostałe towary sprowadzi z zagranicy. Ricardo dowodził, że jeśli kupimy coś
zagranicznego, równie dobrego jak nasze, ale tańszego, staniemy się przez to
bogatsi. Za zaoszczędzone pieniądze możemy wtedy nabyć produkty, na które do tej
pory nas nie było stać, dając zyski nowym firmom i zatrudnienie ich pracownikom.
Powoli dociera to do promotorów „patriotycznych" akcji zakupowych.
Polscy organizatorzy podkreślają dziś, że namawiają do kupowania krajowych
towarów tylko wtedy, kiedy są one tak samo dobre jak zagraniczne i oferowane w
podobnej cenie (gdyby były i tańsze, i lepsze, raczej nie trzeba byłoby nikogo
nakłaniać do ich zakupu).
W styczniu i lutym 2008 r. Demo Effective
Launching z fundacją Dajesz Pracę PL zorganizowały w sklepach sieci Tesco w
Polsce akcję pod hasłem: „Kupując polskie produkty, dajesz pracę". W
jej trakcie sklepy odwiedziło 12 mln klientów. Logo kampanii oznaczono 500
towarów 40 producentów, takich jak Kamis (przyprawy), Drosed (pasztety
drobiowe), Bakoma jogurty) czy Soraya (kosmetyki). Po zakończeniu akcji
ogłoszono, że sprzedaż tych produktów wzrosła średnio o 18 proc. Inspiratorzy
kampanii zorganizowali jednocześnie loterię: każdy, kto kupił trzy produkty
oznaczone jako polskie, mógł wygrać różne nagrody (bilety na mecze polskiej
reprezentacji, koszyk produktów, bony towarowe). Wzrost sprzedaży mógł co
najmniej w części wynikać z tego powodu.
Nawet faktyczne wyniki świadczące
o wzroście sprzedaży nie muszą dowodzić skuteczności konsumenckiego
etnocentryzmu. Polacy uważają naszą żywność za najlepszą i najchętniej ją
kupują, ale niekoniecznie dlatego, że jest polska. Krajowi producenci spożywczy
wygrali po prostu z zagraniczną konkurencją w normalnej, rynkowej walce.
Stosowanie się do hasła „kupuj polskie" nie jest zresztą
poświęceniem, bo – jak wynika z opracowanego przez nas koszyka
podstawowych produktów – krajowe wyroby są po prostu tańsze. Gdy chcemy
być patriotycznymi konsumentami, trafiamy na trudną przeszkodę –
konieczność oceny stopnia „polskości" danego produktu. Czy wystarczy
kupować produkty z kodem kreskowym rozpoczynającym się od cyfr 590 (czyli
wytworzone w Polsce)? Czy do tego trzeba dodać wymóg, aby ich producenci byli
polskimi firmami? Może powinni także używać w produkcji polskich składników? W
poprzedniej edycji kampanii fundacji Dajesz Pracę PL w skład „drużyny
polskiego produktu" weszły m.in. produkty niemieckiej firmy Dr Oetker czy
francuskiej firmy Bonduelle. – Na początku rzeczywiście uwzględnialiśmy
także produkty zagranicznych firm, które wytwarzają je w Polsce. Obecnie
wymagamy również, by większościowym właścicielem firmy był Polak –
wyjaśnia Jacek Sadowski. Ale i to rodzi wątpliwości. Wówczas za polskie nie
można uznać na przykład ubrań marek Reserved czy Top Secret, które należą do
firm kontrolowanych przez Polaków, lecz ich szyciem zajmują się zakłady na
Dalekim Wschodzie. Podobnie będzie niedługo z koszulami Wólczanki, która prawie
połowę ubrań będzie szyła w Azji.
– Polacy, kupujcie polskie
produkty, bo to naprawdę działa. Od tego zależy praca waszego szwagra, zięcia,
sąsiadki – apeluje Jerzy Misiak, prezes Wytwórczej Spółdzielni Pracy
Społem w Kielcach, producenta Majonezu Kieleckiego (drugi co do popularności po
majonezie firmy Winiary). Jego produkt spełnia niemal stuprocentowo kryteria
„polskości". Jajka pochodzą od dostawców z Nowej Soli i Nowego Sącza,
olej z Zakładów Przemysłu Tłuszczowego w Warszawie, sól z kopalni w Wieliczce,
pieprz od polskiego producenta przypraw Kamis, a słoiki dostarcza Huta Jarosław.
Gdyby doprowadzić zasadę „kupuj polskie" do absurdu, trzeba by się
przyczepić do owych słoików – wytwarzająca je huta należy do
amerykańskiego holdingu Owens-Illinois. W większości wypadków sprawa jest dużo
bardziej złożona. Na przykład biorąca udział w kampanii „Bądźmy dumni z
polskich produktów" firma Solaris Bus & Coach, producent
najpopularniejszych w naszych kraju autobusów, ma siedzibę w Polsce, należy do
Polaka Krzysztofa Olszewskiego, polscy inżynierowie tworzą projekty jej
pojazdów. Ale prawie połowę surowców i części używanych do produkcji autobusów
sprowadza z zagranicy (m.in. stal, silniki i skrzynie biegów).
W dobie
globalizacji na którymś etapie procesu produkcji i sprzedaży prawie zawsze
zarabia firma zagraniczna. Promowanie produktów ze względu na ich
"narodowość" może nawet czasem prowadzić do odwrotnego efektu –
wzbogacania zagranicznych inwestorów. Trzy marki spożywcze, z których Polacy są
najbardziej dumni i które uważają za warte polecenia, to Wedel, Winiary i
Pudliszki (według badań TNS OBOP). Wszystkie należą do zagranicznych koncernów:
brytyjskiego Cadbury, szwajcarskiego Nestlé i amerykańskiego Heinza. Oczywiście,
kupując ich produkty, zapewniamy miejsca pracy rodakom w polskich zakładach tych
firm, a one od większych zysków odprowadzają wyższe podatki do naszego budżetu
(w każdym razie te, których nie zdołają „zoptymalizować" i
wytransferować za granicę). Przede wszystkim jednak wzbogacamy ich zachodnich
akcjonariuszy.
Możemy uznać, że musimy być patriotami zakupowymi dlatego,
że tak samo zachowują się obywatele innych krajów. W Niemczech czy Szwajcarii
klienci w sklepach bardzo często pytają, czy dany produkt został wyprodukowany w
ich kraju. – Najważniejsze są dla mnie cena i jakość. Jednak w wypadku
niektórych produktów, jak samochody czy
wina, zawsze wybieram niemieckie.
Prywatnie jeżdżę mercedesem, a w izbie mamy do dyspozycji jeszcze BMW i
volkswagena – mówi Lars Bosse, dyrektor generalny Polsko-Niemieckiej Izby
Przemysłowo-Handlowej. Sprytni polscy producenci potrafią tę skłonność
cudzoziemców wykorzystać. Wrocławska Selena, holding firm zajmujących się
produkcją i dystrybucją chemii budowlanej, zwiększyła sprzedaż swoich produktów
w Niemczech o kilkadziesiąt procent od czasu, gdy w 2004 r. przejęła niemiecką
firmę Dr. Schenk z Hagen oraz markę o tej samej nazwie. – Sprzedawaliśmy
tam ten sam produkt co w Polsce. Różnica polegała tylko na nalepce: „Made
in Germany" zamiast „Made in Poland" – mówi Krzysztof
Domarecki, prezes Seleny.
Czy cudzoziemcy „kupują własne" na
pewno po to, by wspierać własne gospodarki? – Oni po prostu są przekonani,
że wyprodukowane w ich krajach towary są lepszej jakości. Dlatego są skłonni
zapłacić za nie nawet więcej – mówi Jeremi Mordasewicz, ekspert PKPP
Lewiatan, który przez dwa lata mieszkał w Szwajcarii. – Jeżdżę niemieckim
audi, ale wolę polskie jedzenie. Na zakupach najważniejszy jest dla mnie
stosunek jakości do ceny. Nawet na własnym podwórku nikt dziś nie wygra
konkurencji, nie mając do zaoferowania nic ponad narodowość marki –
potwierdza Hans-Werner Höfer, członek zarządu koncernu Bosch Siemens BSH i szef
jego oddziału w Łodzi.
Po co więc promuje się patriotyzm zakupowy? Bo to
niezły, grający na emocjach chwyt marketingowy. – Polacy na ogół chętnie
reagują na hasła odwołujące się do sumienia patrioty. Kupując polskie produkty,
wyrażamy solidarność ze znajomym, który szuka pracy, mamy poczucie, że dbamy o
własny interes, że spełniamy obywatelski obowiązek – mówi dr Michał
Wierzchoń, psycholog z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Dr Adam Figiel z Katedry
Handlu i Instytucji Rynkowych Akademii Ekonomicznej w Krakowie napisał w książce
„Etnocentryzm konsumencki: produkty krajowe czy zagraniczne", że dla
producentów promowanie się „polskością" to dobry sposób na dotarcie
do specyficznej grupy klientów – osób starszych, o niższych dochodach,
mających konserwatywne poglądy, przywiązujących dużą wagę do patriotyzmu i
odczuwających zagrożenie utraty pracy. Nie bez powodu hasło „Buy
American" po raz pierwszy pojawiło się w latach 80. wśród robotników
pracujących w fabrykach amerykańskich koncernów motoryzacyjnych w Detroit, kiedy
bytowi ich przedsiębiorstw zagroził zalew importowanych japońskich aut.
Czym innym jest jednak zysk części producentów chwalących się
„polskością" oraz zachwyty polityków, a czym innym faktyczne korzyści
dla całej polskiej gospodarki. Paradoksalnie, to właśnie umiejętność znalezienia
najlepszych i najtańszych półproduktów i podwykonawców – czy to w Polsce,
czy gdziekolwiek indziej – jest jednym ze źródeł sukcesów naszych firm i
gospodarki jako takiej. – Prostą galanterię skórzaną i rękawiczki
wytwarzamy w Chinach ze względu na niskie koszty pracy. Bardziej skomplikowane
produkty, jak buty czy torebki, produkujemy we Włoszech, bo tam są najlepsze
manufaktury z długą tradycją. Jedynie produkcję pasków zlecamy polskim firmom.
Inaczej nie bylibyśmy w stanie zaoferować klientom najwyższej jakości –
mówi „Wprost" Jędrzej Wittchen, założyciel i właściciel firmy
Wittchen.
Najlepsze polskie firmy potrafią pokonać zagranicznych
konkurentów bez proszenia klientów o taryfę ulgową z racji swej
„polskości". – Nie liczymy na patriotyzm klientów. Oferujemy
porządne buty w dobrej cenie, a to dla klientów jest najważniejsze, szczególnie
w czasach kryzysu. Oni już zagłosowali nogami. Rośniemy szybciej od konkurencji
– mówi „Wprost" Piotr Nowjalis, wiceprezes NG2, spółki
zarządzającej siecią obuwniczą CCC. Większą część produkcji firma zleca w
Chinach, a w polskiej fabryce w Polkowicach wytwarza tylko droższe obuwie
skórzane.
W 2008 r. CCC sprzedało 15 mln par butów. Przychody firmy
wyniosły 760 mln zł – o niemal 20 proc. więcej niż polskiego oddziału
firmy Deichmann, niemieckiego giganta o bliźniaczo podobnej ofercie.
Wystarczy, że będziemy robili to, co robi każdy racjonalny konsument –
kupowali dobrej jakości produkty po korzystnych cenach. Coraz więcej takich
towarów pochodzi od polskich firm, więc i tak w jakiejś części wesprzemy naszą
gospodarkę.
Gra na emocjach
Jedną
z firm najczęściej uciekających się do „patriotycznego" marketingu
jest
Grupa Atlas, producent chemii budowlanej. Biało- -czerwony znaczek na
każdym worku kleju czy zaprawy, logo z bocianem, tysiące billboardów z
hasłem „Kocham Polskę!" – z tego firma zasłynęła w latach 90.
Kontrowersje wzbudzały też jej filmy reklamowe, jak ten o porażce
Krzyżaków pod Grunwaldem (głównym konkurentem Atlasa na rynku polskim
jest koncern niemiecki). Dwa lata temu w związku z emigracją zarobkową
Polaków do Wielkiej Brytanii i Irlandii firma przygotowała plakat
reklamowy z lecącym bocianem i podpisem „...Ale w domu najlepiej".
–
Tendencja do sprzyjania rodzimym produktom i niechęć do importowanych
towarów będzie rosła. To efekt upowszechniania się marek globalnych,
które ograniczają w dużym stopniu suwerenność konsumenta. Rośnie też
poczucie dumy narodowej i przekonania o wysokiej jakości rodzimych
produktów – mówi Henryk Siodmok, prezes Grupy Atlas. – Mamy jednak
świadomość, że tak jak trudno być patriotą kiepskiego państwa, tak nie
można liczyć na lojalność klienta wobec zawodnego produktu. Dlatego
budujemy markę przede wszystkim z dbałością o jakość i ciągłe innowacje
– dodaje. |
|
|
|
Wojciech Brzozowski Mistrz windsurfingu
Robiąc
zakupy, zwracam uwagę na kraj produkcji, ponieważ kupowanie niepolskich
towarów osłabia naszą gospodarkę. Moje przywiązanie do
„polskości"
produktu musi mieć jednak uzasadnienie. Często nasze produkty są
zwyczajnie lepsze od zagranicznych, jak choćby polska żywność, która
jest zdrowsza, bo zawiera mniej konserwantów. Innym przykładem mogą być
polscy producenci jachtów i motorówek, dużo lepszych jakościowo niż
amerykańskie.
Olivier
Janiak Prezenter TVN
Po
prostu wypada kupować nasze produkty. Krajową produkcję wspieram
głównie w dziedzinie spożywczej, bo te artykuły nie są naszpikowane
konserwantami tak jak zagraniczne. W innych dziedzinach jest to
trudniejsze. W wypadku elektroniki, komputerów czy artykułów
gospodarstwa domowego nie mamy zbyt wielu dobrych krajowych firm.
Często też zdarza się, że polskie produkty, jak choćby eleganckie
koszule Vistuli, są droższe od ich zagranicznych odpowiedników.
Joanna Mucha Posłanka PO
Na
zakupach zwracam uwagę nie tylko na to, czy produkt pochodzi z Polski,
ale także skąd dokładnie. Pochodzę z Lubelszczyzny i wspieram
przedsiębiorstwa z tego regionu. Uważam, że tam gdzie to tylko możliwe
należy promować polskie wyroby. W ten sposób pośrednio dajemy pracę
naszym rodakom. Jednak ślepe podejście do sprawy w rodzaju: „kupuję
tylko to, co polskie", nie jest właściwe. Sama pamiętam towary
oznaczone jako „polski produkt", a wytwarzane przez niemiecką
firmę |
|
|
|
Klient patriotyczny
Sprawdziliśmy,
jakie będą finansowe skutki „kupowania polskiego". W tym
celu
wybraliśmy w hipermarkecie po kilkanaście popularnych produktów
polskich (wyprodukowanych w Polsce przez firmy kontrolowane przez
polskich właścicieli) oraz zagranicznych (importowanych lub
wyprodukowanych w Polsce, lecz przez firmy należące do zagranicznych
właścicieli). |
|
|
|

Fot.
A.Jagielak



