| Skąd się biorą pieniądze w polityce? |
|
Platforma Obywatelska ogłosiła właśnie projekt zawieszenia finansowania
partii z budżetu do końca 2010 r. z uwagi na kryzys finansowy. Pomysł
raczej nie ma szans na realizację, bo wszystkie inne partie są
przeciwne. Platforma liczy jednak na
wygranie kilku punktów w sondażach, ponieważ z badań opinii publicznej
wynika, że zawieszenie dotacji popiera ogromna większość Polaków (86
proc. według badań GFK Polonia dla „Rzeczpospolitej"). Politycy PO od
początku działalności wypowiadali się przeciwko dotacjom budżetowym.
REKLAMA
W
2001 r. PO trafiła do Sejmu jako komitet wyborców i nie miała prawa do
dotacji. Przed wyborami w 2005 r. czołowi politycy tej partii
zapowiadali, że nie przyjmą subwencji. Po wyborach zmienili zdanie i
sięgnęli po pieniądze z budżetu, tłumacząc, że nie mogą być w gorszej
sytuacji niż inne ugrupowania. Niezależnie od wysuwanych przez PO
kolejnych pomysłów zawieszenia lub zlikwidowania dotacji nie ma dziś
realnej możliwości, aby przeforsować takie prawo. – Może Platforma
Obywatelska da przykład innym i nie będzie pobierać dotacji na partię, a
nawet zwróci to, co otrzymała? – skomentował pomysły koalicjanta szef
PSL Waldemar Pawlak. Podobne opinie wygłaszają również politycy PiS i
SLD. Finansowanie działalności partii z budżetu państwa wprowadzono w
2001 r. pod pretekstem uniezależnienia partii od sponsorów. „Jeśli
partie nie będą otrzymywać pieniędzy z budżetu, to będą musiały brać
pieniądze od biznesmenów, a później się im odwdzięczać" – tłumaczono.
Ten argument przemawiający za dotowaniem partii pieniędzmi publicznymi
faktycznie oznaczał szantażowanie podatników: albo dacie nam fundusze,
albo będziemy zmuszeni je zdobywać niezbyt czystymi metodami. Chociaż
Polacy nie dali się przekonać, politycy postawili na swoim. Jak pokazują
badania opinii, około 60 proc. Polaków od 15 lat konsekwentnie uważa, że
partie powinny być finansowanie w głównej mierze ze składek członków i
sympatyków.
Nie ma takich pieniędzy, które wystarczyłyby politykom na prowadzenie
działalności. Zawsze potrzebują więcej. Parafrazując Napoleona, można
stwierdzić, że do prowadzenia polityki tak jak wojny potrzeba trzech
rzeczy: pieniędzy, pieniędzy i pieniędzy. Partie
stoją więc przed dylematem: albo będą miały lewą kasę na drogie kampanie
w mediach, albo przegrają wybory. Finansowanie z budżetu działalności
partyjnej w żadnym państwie nie spowodowało likwidacji problemu
nielegalnych funduszy. W Niemczech, gdzie partie od lat otrzymują co
roku do podziału dotację wynoszącą 133 mln euro (ponadpięciokrotnie
więcej niż polskie ugrupowania), co jakiś czas wybuchają afery na styku
biznesu i polityki.
Najgłośniejsza była sprawa kanclerza Helmuta Kohla, „ojca" zjednoczenia
Niemiec, który w 1998 r. odchodził z polityki w atmosferze skandalu.
Oskarżono go o nielegalne finansowanie kierowanej przez niegopartii CDU.
Dochodzenie objęło także innych niemieckich polityków. Prasa informowała
też o naciskach Helmuta Kohla na Joachima Gaucka, aby ten nie ujawniał
zawartości teczki kanclerza, sporządzonej przez Stasi. To właśnie
materiały zebrane przez wywiad NRD doprowadziły do ujawnienia
mechanizmów nielegalnego finansowanie CDU. Pod lupą prokuratury znalazły
się m.in. umowy na dostawy sprzętu wojskowego dla Arabii Saudyjskiej i
Tajlandii oraz sprzedaż rafinerii w Leuna francuskiemu koncernowi Elf
Aquitaine. Były szef tego koncernu Philippe Jaffre przyznał, że w
związku z transakcją przelał w grudniu 1992 r. 256 mln franków na konto
pewnej firmy w Liechtensteinie. Spekuluje się, że część pieniędzy była
pomocą prezydenta Francji Franćois Mitterranda dla Helmuta Kohla w walce
wyborczej z rywalem do urzędu kanclerskiego Rudolfem Scharpingiem. To by
znaczyło, że niemiecki chrześcijański demokrata, aby pokonać
niemieckiego socjaldemokratę, skorzystał ze wsparcia francuskiego
socjalisty.
Większość europejskich państw ma mniej rygorystyczne przepisy dotyczące
finansowania polityki niż Polska. Partie mogą tam pozyskiwać na dużą
skalę fundusze od firm i osób prywatnych, ale i to rozwiązanie nie
eliminuje korupcji.
W 2007 r. w Wielkiej Brytanii wybuchła afera związana ze skarbnikiem
Partii Pracy lordem Michaelem Levym, przyjacielem i doradcą politycznym
premiera Tony’ego Blaira. W zamian za finansowanie kampanii wyborczej
przyznawano pożyczkodawcom tytuły szlacheckie. Dotacje nazywano
pożyczkami, bo w przeciwieństwie do darowizn nie musiano ich wykazywać w
sprawozdaniach finansowych. Skandal zatuszowano: prokurator generalny
Peter Goldsmith wstrzymał nawet emisję programu BBC na ten temat. Sprawa
wyszła na jaw, kiedy nie dotrzymano obietnic i jeden z donatorów
poskarżył się, że wycofano jego nominację do tytułu lordowskiego,
chociaż przekazał partii 1,5 mln funtów.
Zwykle w finansowaniu polityki chodzi o bardziej wymierne przysługi niż
przyznanie tytułu szlacheckiego. „Z dotychczasowych doświadczeń
zagranicznych m.in. ze Słowacji, Francji, Izraela i Stanów Zjednoczonych
wiemy, że dość często firmy, a tam, gdzie jest to zakazane prawem, ich
właściciele i szefowie, którzy wspierali finansowo partie w okresie
wyborów, otrzymują następnie intratne zlecenia i kontrakty od instytucji
publicznych, w których władzę objęły po zwycięskich wyborach wspierane
wcześniej partie" – można przeczytać w raporcie „Monitoring wydat-
kowania wybranych funduszy publicznych" Fundacji im. Stefana Batorego.
Skąd się biorą pieniądze w polityce?
Platforma Obywatelska ogłosiła właśnie projekt
zawieszenia finansowania
partii z budżetu do końca 2010 r. z uwagi na kryzys finansowy. Pomysł
raczej nie ma szans na realizację, bo wszystkie inne partie są
przeciwne. Platforma liczy jednak na
wygranie kilku punktów w sondażach, ponieważ z badań opinii publicznej
wynika, że zawieszenie dotacji popiera ogromna większość Polaków (86
proc. według badań GFK Polonia dla „Rzeczpospolitej"). Politycy PO
od
początku działalności wypowiadali się przeciwko dotacjom budżetowym.
W
2001 r. PO trafiła do Sejmu jako komitet wyborców i nie miała prawa do
dotacji. Przed wyborami w 2005 r. czołowi politycy tej partii
zapowiadali, że nie przyjmą subwencji. Po wyborach zmienili zdanie i
sięgnęli po pieniądze z budżetu, tłumacząc, że nie mogą być w gorszej
sytuacji niż inne ugrupowania. Niezależnie od wysuwanych przez PO
kolejnych pomysłów zawieszenia lub zlikwidowania dotacji nie ma dziś
realnej możliwości, aby przeforsować takie prawo. – Może Platforma
Obywatelska da przykład innym i nie będzie pobierać dotacji na partię, a
nawet zwróci to, co otrzymała? – skomentował pomysły koalicjanta szef
PSL Waldemar Pawlak. Podobne opinie wygłaszają również politycy PiS i
SLD. Finansowanie działalności partii z budżetu państwa wprowadzono w
2001 r. pod pretekstem uniezależnienia partii od sponsorów. „Jeśli
partie nie będą otrzymywać pieniędzy z budżetu, to będą musiały brać
pieniądze od biznesmenów, a później się im odwdzięczać" –
tłumaczono.
Ten argument przemawiający za dotowaniem partii pieniędzmi publicznymi
faktycznie oznaczał szantażowanie podatników: albo dacie nam fundusze,
albo będziemy zmuszeni je zdobywać niezbyt czystymi metodami. Chociaż
Polacy nie dali się przekonać, politycy postawili na swoim. Jak pokazują
badania opinii, około 60 proc. Polaków od 15 lat konsekwentnie uważa, że
partie powinny być finansowanie w głównej mierze ze składek członków i
sympatyków.
Nie ma takich pieniędzy, które wystarczyłyby politykom na prowadzenie
działalności. Zawsze potrzebują więcej. Parafrazując Napoleona, można
stwierdzić, że do prowadzenia polityki tak jak wojny potrzeba trzech
rzeczy: pieniędzy, pieniędzy i pieniędzy. Partie
stoją więc przed dylematem: albo będą miały lewą kasę na drogie kampanie
w mediach, albo przegrają wybory. Finansowanie z budżetu działalności
partyjnej w żadnym państwie nie spowodowało likwidacji problemu
nielegalnych funduszy. W Niemczech, gdzie partie od lat otrzymują co
roku do podziału dotację wynoszącą 133 mln euro (ponadpięciokrotnie
więcej niż polskie ugrupowania), co jakiś czas wybuchają afery na styku
biznesu i polityki.
Najgłośniejsza była sprawa kanclerza Helmuta Kohla, „ojca"
zjednoczenia
Niemiec, który w 1998 r. odchodził z polityki w atmosferze skandalu.
Oskarżono go o nielegalne finansowanie kierowanej przez niegopartii CDU.
Dochodzenie objęło także innych niemieckich polityków. Prasa informowała
też o naciskach Helmuta Kohla na Joachima Gaucka, aby ten nie ujawniał
zawartości teczki kanclerza, sporządzonej przez Stasi. To właśnie
materiały zebrane przez wywiad NRD doprowadziły do ujawnienia
mechanizmów nielegalnego finansowanie CDU. Pod lupą prokuratury znalazły
się m.in. umowy na dostawy sprzętu wojskowego dla Arabii Saudyjskiej i
Tajlandii oraz sprzedaż rafinerii w Leuna francuskiemu koncernowi Elf
Aquitaine. Były szef tego koncernu Philippe Jaffre przyznał, że w
związku z transakcją przelał w grudniu 1992 r. 256 mln franków na konto
pewnej firmy w Liechtensteinie. Spekuluje się, że część pieniędzy była
pomocą prezydenta Francji Franćois Mitterranda dla Helmuta Kohla w walce
wyborczej z rywalem do urzędu kanclerskiego Rudolfem Scharpingiem. To by
znaczyło, że niemiecki chrześcijański demokrata, aby pokonać
niemieckiego socjaldemokratę, skorzystał ze wsparcia francuskiego
socjalisty.
Większość europejskich państw ma mniej rygorystyczne przepisy dotyczące
finansowania polityki niż Polska. Partie mogą tam pozyskiwać na dużą
skalę fundusze od firm i osób prywatnych, ale i to rozwiązanie nie
eliminuje korupcji.
W 2007 r. w Wielkiej Brytanii wybuchła afera związana ze skarbnikiem
Partii Pracy lordem Michaelem Levym, przyjacielem i doradcą politycznym
premiera Tony’ego Blaira. W zamian za finansowanie kampanii wyborczej
przyznawano pożyczkodawcom tytuły szlacheckie. Dotacje nazywano
pożyczkami, bo w przeciwieństwie do darowizn nie musiano ich wykazywać w
sprawozdaniach finansowych. Skandal zatuszowano: prokurator generalny
Peter Goldsmith wstrzymał nawet emisję programu BBC na ten temat. Sprawa
wyszła na jaw, kiedy nie dotrzymano obietnic i jeden z donatorów
poskarżył się, że wycofano jego nominację do tytułu lordowskiego,
chociaż przekazał partii 1,5 mln funtów.
Zwykle w finansowaniu polityki chodzi o bardziej wymierne przysługi niż
przyznanie tytułu szlacheckiego. „Z dotychczasowych doświadczeń
zagranicznych m.in. ze Słowacji, Francji, Izraela i Stanów Zjednoczonych
wiemy, że dość często firmy, a tam, gdzie jest to zakazane prawem, ich
właściciele i szefowie, którzy wspierali finansowo partie w okresie
wyborów, otrzymują następnie intratne zlecenia i kontrakty od instytucji
publicznych, w których władzę objęły po zwycięskich wyborach wspierane
wcześniej partie" – można przeczytać w raporcie „Monitoring
wydat-
kowania wybranych funduszy publicznych" Fundacji im. Stefana Batorego.
Cechą afer związanych z finansowaniem polityki jest bezkarność ich
głównych bohaterów.
Helmut Kohl najzwyczajniej w świecie odmówił prokuratorom wskazania
sponsorów swojej partii i nie poniósł konsekwencji. Bohater wielu afer
korupcyjnych Romano Prodi w czasie między ujawnianiem kolejnych skandali
był szefem Komisji Europejskiej i premierem Włoch. Przykładem
wyrozumiałości, z którą podchodzi się do europejskich polityków, jest
sprawa Jacques’a Barrota. W 2000 r. skazano go na dwa lata więzienia w
zawieszeniu za przelanie 25 mln franków (około 3,8 mln USD) państwowych
pieniędzy na konto swej partii. Jego partyjny kolega, ówczesny prezydent
Francji Jacques Chirac, ułaskawił go i dzięki temu Barrot może się dziś
resocjalizować jako wiceszef Komisji Europejskiej i komisarz do spraw
sprawiedliwości, wolności i bezpieczeństwa. Barrot pewien dyskomfort
może odczuwać tylko za granicą, bo francuskie media z uwagi na
ułaskawienie nie mogą mu przypominać, za co został skazany.
Także
w Polsce pobieżna tylko lektura sprawozdań z kampanii wyborczych
wskazuje, że partie korzystają z lewej kasy. Dobrym
przykładem jest kampania prezydencka w 2005 r. Każdy z
kandydatów mógł maksymalnie wydać 13,8 mln zł, w tym na reklamę – 11,04
mln zł. Specjaliści szacowali, że komitety wyborcze dwóch kandydatów
wydały na promowanie liderów po 20-25 mln zł. Ich wątpliwości zostały
częściowo potwierdzone. Z raportu Fundacji im. Stefana Batorego wynika,
że czołowi kandydaci w wyborach prezydenckich w 2005 r. wydawali
znacznie więcej pieniędzy, niż deklarowali. Na przykład komitet wyborczy
Lecha Kaczyńskiego nie przedstawił do rozliczenia rachunków za telefon,
kupno lub użytkowanie komputerów czy obsługę lokalnych
przedstawicielstw. Eksperci fundacji zwrócili uwagę na rażąco niski
koszt druku plakatów wyborczych Kaczyńskiego, deklarowany przez komitet.
Problemy z wytłumaczeniem się z wydatków miał też komitet wyborczy
Donalda Tuska, który jako jedyny przyznał się do przekroczenia limitu
wydatków (o 461 tys. zł, ale wydatki na reklamę były wyższe od
dozwolonych o ponad 2 mln zł). Nie wyjaśniono również słynnej „afery
billboardowej". W 2005 r. Fundacja im. Stefana Batorego skontrolowała
podczas kampanii 100 billboardów. Według fundacji, plakaty Donalda Tuska
wisiały m.in. na powierzchniach reklamowych firmy Sorter w Rudzie
Śląskiej i Świętochłowicach. W Olsztynie i Katowicach były zarówno na
tablicach Sortera, jak i AMS, a w Warszawie – AMS. Politycy PO
konsekwentnie zarzucali fundacji Batorego pomyłkę i twierdzili, że nie
współpracowali z tymi firmami. Grażyna Kopińska z Fundacji im. Stefana
Batorego nie miała wątpliwości: gdyby w grę wchodził jeden obserwator,
mogłaby zaistnieć pomyłka, gdy jest kilku z różnych miast, nie było
możliwości – tłumaczyła.
Nie ma idealnego systemu finansowania polityki. Stosunkowo najlepiej
radzą sobie Amerykanie. Dają politykom więcej swobody w zbieraniu
pieniędzy niż Europejczycy, uważając,
że to jawność, a nie przepisy ograniczają korupcję. Pieniądze z budżetu
politycy mogą otrzymać tylko podczas kampanii prezydenckiej. W walce o
nominacje swoich partii na kandydata na prezydenta USA Barack Obama i
John McCain zebrali podobne fundusze. Po zdobyciu nominacji musieli
zdecydować, czy przyjąć dotację federalną w wysokości 84,1 mln USD na
prowadzenie kampanii, czy też prowadzić ją na własny rachunek. McCain
skorzystał z funduszy rządowych, a Obama jako pierwszy kandydat w
historii zdecydował się na samodzielną zbiórkę. W ten sposób otrzymał
trzy razy więcej (około 300 mln USD) pieniędzy od rywala. To pozwoliło
mu na zakup trzykrotnie większej liczby reklam w telewizji i
wykorzystanie mediów na niespotykaną skalę. W USA nie ma limitów
wydatków na kampanię wyborczą, ale Federalna Komisja Wyborcza nadzoruje
transakcje dokonywane przez komitety wyborcze oraz główny sztab wyborczy
kandydatów. Także ten system ma ciemne strony. Podstawową jest możliwość
„kupowania" głosów kongresmenów i senatorów, o przychylności
prezydenta
nie wspominając. W jedną z takich afer był zamieszany sam John
McCain. W 1989 r. został wraz z czterema senatorami oskarżony o korupcję
polegającą na interwencji w śledztwo przeciwko Charlesowi Keatingowi,
prezesowi kas pożyczkowo-oszczędnościowych Lincoln Savings and Loan
Association. Interwencja miała doprowadzić do zaniechania śledztwa, ale
kasy wkrótce zbankrutowały. Rząd federalny stracił około 3 mld USD, a 23
tys. osób – oszczędności życia. Keatinga skazano na karę więzienia, a
datki, które przekazał senatorom na łączną sumę 1,3 mln USD skłoniły
media do spekulowania, czy nie była to łapówka. W 1991 r. Senacki
Komitet Etyki oczyścił z zarzutów Johna McCaina i Johna Glenna, a
pozostałych polityków uznano za winnych utrudniania śledztwa.
Także w USA zdarzają się decyzje, które podobnie jak w państwach UE
wynikają z mechanizmów wdzięczności i solidarności klasy politycznej i
wspierających ich biznesmenów. W 1994 r. Dan Rostenkowski (były szef
komisji finansów Izby Reprezentantów), wpływowy kongresmen z Chicago,
został oskarżony o popełnienie 17 rodzajów przestępstw finansowych.
Zarzucono mu wyłudzenie ok. 700 tys. dolarów z funduszy na utrzymanie
biur kongresmenów. Oskarżenia zrujnowały karierę Rostenkowskiego, ale w
2000 r. został on ułaskawiony przez ustępującego prezydenta Billa
Clintona. Clinton ułaskawił też poszukiwanego przez wymiar
sprawiedliwości biznesmena Marca Richa, hojnego sponsora Partii
Demokratycznej.
Praktyka pokazała, że przepływu pieniędzy z biznesu do polityki nie
zatrzyma żadna ustawa. System finansowania z budżetu sprzyja natomiast
tworzeniu kartelu partii. Nowe ugrupowania nie mają szansy na
konkurowanie z tymi, które są w parlamencie i otrzymują dotacje. Skoro
więc oficjalnie nie wolno przyjmować funduszy od firm ani dużych kwot od
obywateli, to żeby wejść do polityki, trzeba się dogadać w sprawie
nieoficjalnego finansowania. Nowa siła już na starcie może więc być
uwikłana w niejasne układy.
Kanclerz Otto Bismarck mawiał, że lepiej nie wiedzieć, jak się robi
kiełbasę i politykę. Przykłady afer związanych z finansowaniem polityki
w USA, gdzie system jest najbardziej transparentny, pokazują, że lewa
kasa w polityce jest nieodłącznym elementem demokracji. Sytuacja jest
jak w reklamie popularnego proszku do prania: skoro nie widać różnicy
między jednym systemem a drugim, to po co przepłacać?
Czy partie powinny być finansowane z budżetu
państwa?
TAK
Tadeusz
Iwiński Poseł SLD Obowiązujący
w Polsce system finansowania partii z budżetu należy zreformować, ale
nie zlikwidować. Projekt PO, aby w związku z kryzysem zamrozić
finansowanie partii politycznych oceniam krytycznie. Partie muszą
prowadzić działalność statutową. Zgadzamy się, że wszyscy powinni
zaciskać pasa. Dlatego proponujemy obcięcie finansowania na przykład o
połowę, ale degresywnie, by mniejsze partie straciły mniej i mogły
działać. Podobne rozwiązanie wprowadził SLD w latach 2002-2003. Należy
także zakazać wydawania pieniędzy z subwencji państwowych na reklamy,
spoty itp. Trzeba też wprowadzić przepis, by określoną kwotę subwencji
partie musiały przeznaczać na prace programowe.
Paweł Poncyljusz Poseł PiS System
finansowania partii powinien być maksymalnie przejrzysty. Istniejące
dziś rozwiązania uniezależniają polityków od donatorów, którzy dziś
dają pieniądze, a jutro w rewanżu żądają konkretnych decyzji. Pozwalają
również partiom prowadzić kampanie informacyjne na tematy, których
media nie uważają za atrakcyjne. Chociaż nie ma idealnych rozwiązań, to
taki system finansowania partii jest bezpieczniejszy niż poleganie na
sponsorach liczących na rewanż. Nie jest dobrym pomysłem finansowanie
partii przez obywateli w formie odpisu 1 proc. podatku na wybraną
partię. Mniej zamożni są wrażliwi na inne hasła społeczne niż bogatsi i
mieliby mniejsze możliwości realizacji swoich politycznych postulatów.
Stanisław Żelichowski Przewodniczący
Klubu Poselskiego PSL PSL jest partią, która przeżyła cztery lata
bez dotacji i subwencji. Pokazaliśmy, że można to zrobić. Zmiany w
systemie finansowania partii powinny być wprowadzane w życie z
wyprzedzeniem. Partia ma podpisane umowy z pracownikami, wynajmuje
lokale, ma zobowiązania i plany. Wstrzymanie finansowania nagle jest
nie do zaakceptowania. Przyznawanie pieniędzy na działalność
polityczną musi się odbywać w ramach czytelnego, sprawiedliwego systemu
albo możemy rozpisać konkurs i zapewne paru biznesmenów byłoby chętnych
na kupno partii. W niektórych państwach tacy przedsiębiorcy
oligarchowie sprawują władzę. Polska młoda demokracja jest podatna na
tego typu ataki. W perspektywie takie oszczędności się nie opłacają.
NIE
Zbigniew Chlebowski, przewodniczący Klubu Parlamentarnego PO Zaprzestanie
finansowania partii przez budżet państwa to jeden z najważniejszych
celów programowych Platformy Obywatelskiej. Mimo wielu wysiłków do tej
pory nie znaleźliśmy politycznych sojuszników dla całkowitego
zniesienia subwencji budżetowej. Tym razem proponujemy wstrzymanie
dofinansowania partii do końca 2010 r. Mamy nadzieję, że kryzys
gospodarczy sprawi, że inne ugrupowania zmienią zdanie. Proponowane
rozwiązanie jest spowodowane koniecznością poszukiwania dodatkowych
oszczędności we wszystkich sferach finansowanych z budżetu państwa.
Partie nie mogą żyć w oderwaniu od rzeczywistości budżetowej. Nie mogą
być jedynymi podmiotami w Polsce, które nie odczuwałyby skutków kryzysu
i spowodowanego tym zmniejszenia dochodów państwa. Rezygnacja z dotacji
przez prawie dwa lata pozwoliłaby zaoszczędzić około 220 mln zł.
|
|
|
|
Portfel polityka
Francja Aby
otrzymać pieniądze z budżetu, partie muszą dostać w wyborach minimum 1
proc. głosów i przez kolejne 12 miesięcy wpłaty od przynajmniej 10 tys.
osób na kwotę nie mniejszą niż 150 tys. euro. Limit wpłat od prywatnych
osób wynosi 7,5 tys. euro.
Kanada Partie są dotowane
podobnie jak w Polsce, z tym że uprawnione do pobierania dotacji są
ugrupowania, które w wyborach krajowych dostały minimum 2 proc. (w
Polsce 3 proc.) głosów. Każdy głos oddany na partię wart jest 1,95
kanadyjskiego dolara (około 6 zł). Limit to 30 mln dolarów kanadyjskich
(około 90 mln zł) na partię.
Niemcy Niemieckie partie
są finansowane z budżetu państwa. Maksymalna kwota dotacji to 133 mln
euro rocznie na wszystkie partie. Państwo dofinansowuje ugrupowania,
które zdobyły co najmniej 0,5 proc. w wyborach do Bundestagu lub
europarlamentu albo co najmniej 1 proc. głosów w wyborach do landtagów.
Partie mogą przyjmować darowizny, składki oraz prowadzić działalność
gospodarczą. Jeśli osoba prywatna bądź firma wpłaci w ciągu roku na
konto partyjne powyżej 10 tys. euro, partia musi opublikować to w
sprawozdaniu rocznym, wymieniając darczyńcę z nazwiska. Jeśli zaś
donacja przekroczy 50 tys. euro w ciągu roku, trzeba też natychmiast
zawiadomić szefa Bundestagu.
Szwecja Partie nie muszą
ujawniać, ile zebrały pieniędzy ani kto je wpłacił. Nie ma także limitu
kwoty, którą można uzbierać. Nie istnieją żadne zastrzeżenia dotyczące
osób albo podmiotów, które mogą ofiarowywać pieniądze (korporacje, a
nawet zagraniczni darczyńcy są mile widziani). Partie mogą wydawać
pieniądze, na co chcą. Dostają też publiczne pieniądze, które są
uzależnione od wyniku wyborczego.
USA Partie i
kandydaci zbierają pieniądze za pośrednictwem tzw. komitetów PAC
(Political Action Committee, czyli komitet akcji politycznej). Kwota,
którą obywatel lub korporacja może dać, jak i suma, którą kandydat lub
partia może wziąć, są ograniczone. Kandydaci nie otrzymują środków
publicznych, z wyjątkiem wyborów prezydenckich, w których główni
kandydaci mogą liczyć na dotację z budżetu federalnego (ale w zamian
rezygnują ze zbiórki pieniędzy).
Wielka Brytania Partie
mogą przyjmować pieniądze od wszystkich. Warunkiem jest jawność
darczyńców. Nie określono limitu pieniędzy, które może zebrać partia na
swoją aktywność. Partie obecne w parlamencie dostają 2 mln funtów z
publicznych pieniędzy na tzw. politykę długoterminową. |
|
|
|
Pustynia w szufladzie
Przemysław
Wipler Dyrektor generalny
Instytutu Jagiellońskiego
Projekty
ustaw dla polityków piszą w Polsce głównie lobbyści. Dzieje się tak,
mimo że partie finansowane z pieniędzy podatników mają fundusze na
kupno profesjonalnych projektów i ekspertyz. Każda partia wręcz musi
mieć fundusz ekspercki i przeznaczyć na niego 5-15 proc. dotacji (w tym
roku jest to łącznie od 4,75 mln zł do 14,25 mln zł). Tymczasem w 2007
r. na zakup ekspertyz wszystkie partie wydały niewiele więcej niż 1
proc. uzyskanej subwencji. Na to, na co faktycznie wydawane są te
pieniądze, spuszcza się zasłonę milczenia. W 2007 r. przygotowujące się
do objęcia władzy PO i PSL wydały z funduszu eksperckiego łącznie 100
tys. zł (PO ponad 80 tys. zł, PSL – niespełna 20 tys. zł). To mniej niż
koszt organizacji jednej konwencji wyborczej lub koszt trzech średniej
wielkości opinii prawnych. Tajemnice funkcjonowania zaplecza
eksperckiego polskich partii mają wiele wspólnego z innym tajemniczym
procesem: wyłanianiem władz urzędów centralnych, agencji rządowych,
składów rad nadzorczych i zarządów spółek skarbu państwa oraz ich
doradców. Równie często nie wiemy, kto faktycznie doradza danemu
politykowi, jak nie wiemy, co sprawiło, że dana osoba stała się
członkiem zarządu spółki strategicznej dla gospodarki. Powód takich
tajemnic jest wspólny: powszechną praktyką jest korzystanie z
nieodpłatnej pomocy prawnej i wsparcia eksperckiego w ramach
mechanizmu, który można w skrócie opisać hasłem: „nie zapomnimy o tobie
po wyborach". Reguły kupowania pomocy prawnej i eksperckiej przez
administrację publiczną są na tyle anachroniczne, że często droga
najbardziej przejrzysta jest praktycznie niemożliwa do zastosowania.
Instytucje publiczne, kupując analizy i opinie, dbają o to, by
„wyglądały poważnie", co oznacza, że mają być grube. Jest to
konsekwencja funkcjonującego wciąż mechanizmu wyceniania wartości danej
opinii zgodnie z liczbą stron maszynopisu. Do tych absurdów dochodzą
długotrwałe i skomplikowane zasady wydawania większych środków na zakup
usług prawnych i doradczych w ramach procedur dotyczących zamówień
publicznych. Gdy danemu politykowi niebo leci na głowę i ma kilka dni
na przygotowanie ustawy lub opinii jej dotyczącej, nie rozpisuje
przecież przetargu publicznego. Raczej korzysta z pomocy osób (a często
kancelarii prawnych, firm doradczych), za którą płaci w inny sposób.
Podczas nieformalnych rozmów z politykami o finansowaniu ekspertów i
doradców ze środków publicznych można usłyszeć, że „temat jest śliski i
lepiej go nie ruszać". Zdaniem polityków z różnych partii, środki z
funduszu eksperckiego są wydatkowane na „działalność wydawniczą”,
czyli
na materiały promocyjne, a opinie i badania kupowane za środki
publiczne przez partie to głównie sondaże. Takie działanie politycy
tłumaczą „logiką polityki” – jakość tworzonego przez nich
prawa nie
jest czynnikiem, z którego rozliczą ich wyborcy. W efekcie współczesna
polityka to nie szachy, ale raczej squash, to nie spokojne planowanie
reform i ich wdrażanie, ale bieganie na wariata po boisku i zbieranie
piłeczek, które lecą na podłogę. Dlatego zakup wsparcia agencji
reklamowych i sondaży jest ważniejszy niż kupno pomocy eksperckiej w
zakresie legislacji i w odczuciu polityków jest wyborem jak najbardziej
racjonalnym. |
|
|
|
Diagnoza w pigułce
Nie
ma uniwersalnego systemu finansowania działalności politycznej.
Większość europejskich państw dotuje działalność partii z budżetu. W
systemie amerykańskim politycy mają więcej swobody w zbieraniu
pieniędzy niż w krajach europejskich. Amerykanie uważają, że to
jawność, a nie przepisy, ogranicza korupcję.
Strumienie
„lewych" pieniędzy w polityce to nieodłączny problem
demokracji,
lekceważony w Europie. Do władz Unii Europejskiej dopuszczane są osoby
oskarżane i skazywane za nielegalne finansowanie działalności
politycznej.
Większość afer
wokół nielegalnego finansowania
partii rozbija się o mur solidarności polityków. Politycy skazani
sądownie za takie przestępstwa mogą często liczyć na ułaskawienie lub
umorzenie ich sprawy.
Istniejący w
Polsce system
finansowania partii z budżetu konserwuje układ polityczny i sprzyja
tworzeniu kartelu partii. Nowi ludzie i nowe ugrupowania, które nie
mają pieniędzy, mają małe szanse na konkurowanie z partiami obecnymi
już w parlamencie. |
|
|
|


 
|
 |
|
|
Stanisław Kania |
 |
|
|
Ezekiel |
 |
|
|
Maria Biardzka |
|