Jeśli chodzi o przewidzianą w unijnych przepisach
procedurę przyjmowania
euro, z polskiej strony nikt nawet nigdzie nie zatelefonował. Aby
przystąpić do tzw. mechanizmu kursowego ERM 2 latem tego roku i przyjąć
euro 1 stycznia 2012 r., rząd Tuska musiałby dokonać cudu.
Rzucając w
2008 r., podczas Forum Ekonomicznego w Krynicy, hasło
przyjęcia euro w 2011 r., premier ostro przeszarżował (potem uściślił,
że chodzi o początek 2012 r.). Osiągnął tyle, że ze sprawy euro uczynił
jeden z głównych punktów debaty publicznej w Polsce (a także osi sporu
PO z PiS). Ale faktyczna realizacja tego planu od początku była
wątpliwa. I nie chodzi o to, że z powodu kryzysu możemy mieć kłopot z
wypełnieniem tzw. kryteriów z Maastricht, umożliwiających przyjęcie
euro. Cały proces – od podjęcia negocjacji przez co najmniej dwuletni
okres spędzony w ERM 2 („wężu walutowym", nazywanym poczekalnią
przed
euro) po wprowadzenie euro do obiegu – trwa około dwa i pół roku. Bardzo
szybko powinniśmy zatem wejść do ERM 2, co rząd faktycznie zapowiada
(mówi się o maju lub czerwcu). Zdążylibyśmy tylko wtedy, gdyby na każdym
z etapów drogi do euro wszystko szło bardzo sprawnie. A w ogóle nie
idzie.
W listopadzie 2008 r. Donald Tusk rozmawiał
z prezesem EBC
Jeanem-Claude’em Trichetem w siedzibie eurobanku we Frankfurcie.
Spotkali się jeszcze w lutym 2009 r. w szwajcarskim Davos. Tusk
przekonywał Tricheta, że Polska może rozpocząć proces wchodzenia do
strefy euro, mimo że nie ma jeszcze porozumienia głównych partii w tej
sprawie i nie dokonaliśmy stosownych zmian w konstytucji. W tym samym
miesiącu w brukselskiej siedzibie Stałego Przedstawicielstwa Polski przy
UE roboczy lunch zjedli minister finansów Jacek Rostowski i unijny
komisarz ds. gospodarczych i walutowych Joaquím Almunia, którzy omawiali
„mapę drogową" wchodzenia Polski do ERM 2 i później do strefy euro.
Niedawno Ludwik Kotecki, pełnomocnik rządu ds. euro, gościł w Brukseli,
przekonując deputowanych Parlamentu Europejskiego, że Polska jest już
gotowa do wstąpienia do ERM 2.
Prowadzone dotychczas rozmowy to elementy akcji lobbingowej, mającej
przekonać władze UE i eurobanku do politycznej zgody na przyjęcie euro
przez Polskę. Nie należy ich mylić z formalnymi działaniami, których
wszczęcie jest niezbędne, aby zapoczątkować proces przyjmowania euro. Najpierw
musimy wysłać do Komisji Europejskiej i Europejskiego Banku Centralnego
informację o woli i gotowości przystąpienia do ERM 2. Po otrzymaniu
takiej deklaracji EBC w ciągu kilku dni wysyła swą misję, która
rozpoczyna poufne konsultacje z ministerstwem finansów i bankiem
centralnym danego kraju. Do niczego takiego nie doszło.
Wcześniej
niezbędne jest porozumienie między resortem finansów a Radą
Polityki Pieniężnej, gdyż wejście do ERM 2 wymaga decyzji rządu i NBP o
odejściu od płynnego kursu złotego. Trzeba też uzgodnić m.in. sugerowany
termin wejścia do ERM 2, bazowy kurs złotego do euro po przystąpieniu do
tego systemu i zakres dopuszczalnych odchyleń od tego kursu. A wspólnego
stanowiska nie ma. – Rząd prze do euro, a NBP hamuje te zapędy. Nie
ufają sobie. Urzędnicy resortu finansów twierdzą, że gdyby dziś wysłać
przedstawiciela NBP do Brukseli na negocjacje w sprawie euro, to
wróciłby z niczym, opowiadając, że robił co mógł, ale się nie udało –
mówi jeden z ekonomistów.
Załóżmy, że poufne rozmowy Polski z
władzami unii i EBC się rozpoczęły.
Mogą po- trwać od trzech do sześciu miesięcy. Polski rząd zakłada, że
uwinie się szybko – najwyżej w trzy miesiące. Zwykle przedstawiciel
banku centralnego (w wypadku NBP jego wiceprezes, prof. Witold Koziński)
bierze na siebie rozmowy z EBC, a przedstawiciel rządu (w tym wypadku
pełnomocnik rządu ds. euro Ludwik Kotecki) prowadzi rozmowy z członkami
rady Ecofin, w której zasiadają szefowie resortów gospodarki i finansów
wszystkich 27 państw unii. Jeśli negocjacje by się zakończyły i
wszystkie szczegóły zostały uzgodnione, minister finansów i szef NBP
powinni wysłać do EBC i Ecofinu wniosek o dopuszczenie Polski do ERM 2.
Wówczas zebrałby się tzw. komitet EMR 2 (tworzą go wiceministrowie
finansów i wiceprezesi banków centralnych państw unii), który po
konsultacjach z EBC i KE podjąłby decyzję, czy i kiedy Polska wejdzie do
ERM 2, według jakiego kursu złoty zostanie powiązany z euro (zwykle
bierze się pod uwagę kurs rynkowy z poprzedniego dnia) i jak bardzo ten
kurs będzie się mógł odchylać od ustalonego. Jeśli komitet nie byłby w
stanie uzgodnić stanowiska, po tygodniu spotykaliby się ministrowie
finansów i prezesi banków centralnych państw unii i ostatecznie
zdecydowali.
– O tym, że weszliśmy do sytemu EMR 2, Polacy
dowiedzą się w pewien
poniedziałek z komunikatów prasowych. Poza kilkoma osobami w kraju nikt
nie będzie wiedział, czy były prowadzone negocjacje w tej sprawie i na
jakim etapie były w danej chwili –
mówi Krzysztof
Rybiński, były wiceprezes NBP. Cała procedura jest tajna. Przeciek o
możliwej dacie wejścia do ERM 2 czy sugerowanym kursie powiązania
złotego z euro stworzyłby okazję do spekulacji na rynku walutowym.
Słowacy, aby tego uniknąć, ogłosili termin wejścia do ERM 2 na czerwiec
2006 r., a faktycznie przystąpili do niego w listopadzie 2005 r.
Nawet jeśli uda się dotrzymać napiętego harmonogramu i wejdziemy do ERM
2 w czerwcu 2009 r., będzie to początek żmudnej drogi. Okres przebywania
w „wężu walutowym" trzeba wykorzystać do spełnienia kryteriów
przyjęcia
euro (odpowiednio niskiej inflacji, długu publicznego, deficytu
budżetowego, stóp procentowych i stabilności waluty).
Rząd Tuska
musi
ostro zacisnąć pasa, aby utrzymać w ryzach deficyt i dług. Dla
kredytobiorców dobrą wiadomością jest to, że RPP musi obniżyć stopy
procentowe. – W miarę zbliżania się daty wprowadzenia euro powinniśmy
wyrównywać poziom stóp procentowych u nas i w strefie euro aż do
całkowitego ich zrównania. Oznacza to obniżki stóp w Polsce, co przełoży
się na stopniową redukcję oprocentowania kredytów złotowych – mówi Paweł
Kowalewski, dyrektor Biura ds. Integracji ze Strefą Euro (BISE) w NBP. W
czasie przebywania w ERM 2 musimy też utrzymać kurs złotego w
wyznaczonych ramach, co oznacza ko- nieczność interwencji na rynku
walut, gdyby złotówka poza nie wypadła (dlatego obecna niestabilność
złotego, który tylko w ostatnich miesiącach stracił do euro 30 proc.,
mocno niepokoi ekspertów EBC).
Musimy dokonać wielu zmian w
prawie – od istotnych, takich jak zmiany w
konstytucji, po drobne, takich jak zmiana roty przysięgi prezesa NBP.
Największym problemem będzie zmiana konstytucji (trzech artykułów, które
mówią o złotym jako narodowej walucie i prowadzeniu polityki pieniężnej
przez NBP), bo do tego potrzeba
dwóch trzecich głosów w Sejmie. Słowacy niezbędne zmiany legislacyjne
rozpoczęli jeszcze przed wstąpieniem do ERM 2. W lipcu 2003 r. rząd w
Bratysławie przyjął „Strategię wprowadzenia euro w Republice
Słowackiej", przygotowaną wspólnie przez Narodowy Bank Słowacji oraz
Ministerstwo Finansów. – Proces zmiany prawa rozpoczęliśmy już w lipcu
2005 r. Do listopada 2007 r. parlament przyjął wszystkie potrzebne
przepisy, łącznie z przepisami o przejściowym podwójnym obiegu korony
słowackiej i euro – mówi „Wprost” Ivan Štefanec, który był
pełnomocnikiem słowackiego rządu ds. euro.
Tymczasem w zakresie dostosowania prawa nic nie zostało zrobione. –
Pchanie się do ERM 2 bez uchwalenia koniecznych zmian w prawie to błąd.
Wyobraźmy sobie, że ponosimy wszystkie koszty związane ze spełnieniem
kryteriów ekonomicznych przyjęcia euro, a i tak nie mamy pewności, czy
ostatecznie wejdziemy do strefy. Czy uda się zmienić konstytucję, jaki
będzie wynik ewentualnego referendum w sprawie euro? – mówi Janusz
Jankowiak, główny ekonomista Polskiej Radu Biznesu.
Podczas przebywania w „wężu walutowym" musimy dalej negocjować.
Trzeba
przekonać KE i EBC, że spełnimy ekonomiczne i polityczne kryteria
wstąpienia do strefy euro. Trzeba też ustalić konkretne warunki
wprowadzenia euro, czyli przede wszystkim kurs wymiany. Parytet ustalony
dla „węża walutowego” niekoniecznie będzie tym samym, po którym
przeliczymy złote na euro, gdy już wprowadzimy unijną walutę do obiegu.
W okresie przebywania w ERM 2 kurs złotego wobec euro może się wahać w
wyznaczonych granicach. Na przykład Słowacy weszli do ERM 2 z kursem
38,45 korony za euro, a później wymieniali swoją walutę na unijną po
kursie 30,126 koron za euro.
Na początku 2008 r. ekonomiści i przedsiębiorcy twierdzili, że optymalny
dla nas kurs wymiany to 3,8 zł za euro. Złotówka nie byłaby na tyle
mocna, aby zaszkodzić eksporterom i obniżyć konkurencyjność polskiej
gospodarki, ale też nie na tyle słaba, by nasze płace przeliczone na
euro były śmiesznie
małe. Gdy średnią miesięczną pensję (3215 zł brutto w styczniu 2009 r.)
przeliczymy na euro po obecnym kursie rynkowym, wyniesie około 684 euro.
Przeliczona po wspomnianym „kursie równowagi" wynosiłaby 846 euro.
Sęk w
tym, że kurs ustalany w chwili wejścia do ERM 2 nie może nazbyt odbiegać
od rynkowego, a dziś za euro płacimy aż 4,7 zł. Na zbyt niski kurs nie
zgodzą się obecne kraje strefy euro. – Słaby złoty nie jest na rękę
naszym partnerom ze strefy euro. To uczyniłoby polską gospodarkę bardzo
konkurencyjną, przyciągnęłoby do nas inwestycje i miejsca pracy z
Zachodu, a nasi eksporterzy łatwiej podbijaliby zachodnie rynki –
wyjaśnia dr Cezary Wójcik, wykładowca Szkoły Głównej Handlowej, były
szef BISE w NBP.
Aby przyjąć euro w 2012 r. potrzebujemy nie jednego, ale mnóstwa cudów.
Musimy skrócić do minimum wstępne negocjacje i wejść do ERM 2 najpóźniej
w czerwcu tego roku. Musimy też uzyskać zgodę na przebywanie w „wężu
walutowym" krócej niż wymagane dwa lata, bo inaczej 24 miesiące upłyną
nam dopiero w czerwcu 2011 r., czyli miesiąc po tym, kiedy KE i EBC
powinny ocenić, czy spełniamy tzw. kryteria z Maastricht i wydać
formalną rekomendację przyjęcia nas do strefy euro.
Rząd będzie więc musiał przekonać te instytucje, aby do okresu
analizowanego pod kątem wskaźników makroekonomicznych zaliczyły nam dwa
Wprowadzenie euro wymaga zmiany prawa, m.in. konstytucji. A w tym
zakresie nie zrobiono nic miesiące sprzed daty wstąpienia do ERM 2. W
ciągu tych niespełna dwóch lat musimy spełnić wszystkie wymogi, zmienić
odpowiednie przepisy i zrobić, co możliwe, by wywalczyć jak
najkorzystniejszy końcowy przelicznik złotych na euro. W maju 2011 r. KE
i EBC wydadzą wspomnianą ocenę. To będzie ostatni dzwonek na dokonanie
koniecznych zmian w polskiej konstytucji, jeśli nie zostaną
przeprowadzone wcześniej (zrealizowanie tego w czasie krótszym niż trzy
miesiące byłoby kolejnym cudem). Na podstawie rekomendacji KE i EBC –
jeśli będzie pozytywna – oraz po konsultacjach z Parlamentem Europejskim
i Radą Unii Europejskiej w lipcu rada Ecofin kwalifikowaną większością
głosów podejmie decyzję o przyjęciu Polski do strefy euro, ustali
końcowy przelicznik złotych na euro i określi datę wprowadzenia unijnej
waluty do obiegu (na 1 stycznia 2012 r.). Od tej chwili ceny w naszych
sklepach będą podawane w złotych i w euro, choć wciąż będziemy
jeszcze płacili złotówkami. Czeka nas jeszcze ogromne wyzwanie
logistyczne i finansowe – bicie monet euro (monety biją krajowe mennice,
banknoty zaś wytwarzają wybrane drukarnie nadzorowane przez EBC),
przeprowadzenie kampanii informacyjnej, zorganizowanie transportu
banknotów i bilonu do banków (zaczyna się to na mniej więcej cztery
miesiące przed wprowadzeniem euro), przygotowanie wymiany starych
pieniędzy na nowe. Koszty związane z dostosowaniem instytucji i służb
publicznych do używania euro szacuje się na 20-23 mld zł.
Już
dziś się ocenia, że w niecałe pół roku, które zostanie nam od
formalnego przyję-cia Polski do strefy euro do wprowadzenia unijnej
waluty do obiegu, zdążymy wybić zaledwie 30 proc. potrzebnych monet
euro. Wtedy uciekniemy się do ostatniego cudu. Pożyczymy brakujący
eurobilon od Niemców, przymykając oko na widniejącego na monetach
bundes-orzełka. I rankiem w niedzielę 1 stycznia 2012 r. Polacy będą
mogli pojechać na zakupy do hipermarketów z euro w portfelach. Pytanie
tylko, czy nasz limit możliwych cudów nie wyczerpie się na długo przed
tą datą.