I
wcale nieprzypadkowo. Procesy sądowe w żółwim tempie to najlepszy sposób
na manipulowanie sprawiedliwością. Gdy wyroki zapadają po latach, nikt
już nie pamięta, o co chodziło, a kara staje się abstrakcyjna w stosunku
do winy. Łatwiej też wtedy ukryć sądowe błędy.
Nie dość, że wymiar sprawiedliwości jest w Polsce pierwszą, a nie
trzecią władzą, to jeszcze jest władzą najniższej jakości ze wszystkich.
W III RP nie panuje demokracja, lecz sądokracja. W
dodatku kontroluje ona samą siebie – poprzez rzadko stosowaną autonomię
prawniczych korporacji – czyli nie jest przez nikogo kontrolowana.
Warszawiak Stanisław Karpow aż 19 lat czekał na prawomocny rozwód. 22
lata trwało rozstrzyganie sprawy spadkowej z powództwa Alicji
Sokołowskiej.
Wszystko dlatego że naszymi sądami rządzi
logika
przywilejów sędziowskich. Sędziowie są niezawiśli, nietykalni i
nieodwoływalni, a nade wszystko chronieni przed jakąkolwiek kontrolą.
Kiedy zapytać sędziego, dlaczego w polskim sądzie sprawy tak się wloką,
usłyszymy, że wszystko przez zbyt niskie nakłady na sądownictwo i zbyt
małą liczbę sędziów. Prawda jest jednak odwrotna: nakłady na sądownictwo
w Polsce są wyższe (proporcjonalnie do PKB) niż w większości krajów
europejskich. Jeśli porównać te wydatki z dochodem narodowym na
obywatela, okazuje się, że Polska jest absolutnym rekordzistą. Nie ma w
Unii Europejskiej kraju, który wydaje więcej na przedstawicieli Temidy.
Również pod względem liczby sędziów jesteśmy potęgą. Wśród dużych państw
europejskich mamy największą liczbę sędziów na obywatela. Na każde 100
tys. Polaków przypada prawie 26 sędziów. Nie może się z nami równać ani
Anglia (7), ani Francja (11,9), ani Irlandia (15,7). Sędziowie bronią
się przed zarzutami ślamazarnego przerabiania spraw, twierdząc, że mają
za mało personelu pomocniczego. Może i tak. Ale mają go zdecydowanie
więcej niż ich koledzy w innych dużych krajach europejskich. W Europie
na 100 tys. obywateli przypada średnio 56 pracowników sądowych. W Polsce
zatrudniamy ich 83 na 100 tys. obywateli. Co tym obywatelom to daje?
Nic. Sprawy jak się wlokły, tak się wloką, a strony nadal są w sądach
traktowane jak natręci.
Proces sądowy w Polsce toczy się błyskawicznie zazwyczaj wtedy, gdy
dotyczy osób z pierwszych stron gazet. Rozstrzygnięcie w sprawie, czy
Doda (piosenkarka Dorota Rabczewska) na gali Telekamer pojawiła się w
majtkach, czy bez, zajęło zaledwie trzy miesiące. Ale
akta Dody nie mogły zginąć ani trafić do niewłaściwej przegródki.
Tymczasem zamknięcie spraw zwykłych obywateli w ciągu kilku dni lub
tygodni wydaje się nie do po- myślenia. Proces to zwykle trwający latami
korowód oddzielnych rozpraw, oddalonych od siebie często o miesiące. W
przeciętnej sprawie w ciągu miesięcy i lat postępowania giną papiery,
umierają świadkowie, a ci, którzy żyją, dawno nie pamiętają, co mieli
zeznawać. Komu to służy? Co sędziowie chcą w ten sposób osiągnąć?
Dlaczego zasłaniają się złą procedurą? A jeśli jest zła, to dlaczego nie
zaproponują jej poprawienia? Sprawiedliwość wymierzana po latach nie
spełnia żadnej ze swoich funkcji, poza utrzymaniem miejsc pracy sędziów.
Najsmutniejszą ilustracją tego problemu stał się ostatnio przykład
Stanisława Szwarackiego, który ponad 10 lat temu został skazany na karę
więzienia za pobicie. Wniósł o ułaskawienie. Odpowiedzi nie dostał.
Myślał, że jego wniosek został uwzględniony, lecz sąd po prostu zgubił
akta. W tym czasie Szwaracki ustatkował się, zajął się gospodarstwem,
samotnie wychowuje córkę. I nagle sąd papiery znalazł, więc chce
mężczyznę zamknąć. Zaleca, by ten gospodarstwo sprzedał, a córkę oddał
do rodziny zastępczej.
Powolność sądów to nie tylko subiektywne odczucie oparte na medialnie
nagłośnionych sprawach. Coroczne badanie Banku Światowego „Doing
Business", które mierzy m.in. czas potrzebny na wyegzekwowanie długu na
drodze sądowej, stawia Polskę na szarym końcu rankingu. Zajmujemy za to
czołowe miejsca, jeśli chodzi o najczęściej przegrywane sprawy z art. 6
Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, gwarantującego prawo do rychłego
sądu. W sprawach cywilnych w 2006 r. przegraliśmy takich spraw 42,
podczas gdy ludniejsze Niemcy przegrały ich zaledwie 3, a Włochy – 10.
Sędziowie tymczasem wolą gardłować za podwyżkami pensji oraz urządzać
kolejne „dni bez wokandy".
Kiedy już jednak doczekamy się orzeczenia, często jest ono
niezrozumiałe. W takich samych lub podobnych sprawach zapadają bardzo
różne wyroki. Sędziowie w Polsce kurczowo trzymają się zasady, że
formalnie nie muszą uwzględniać precedensów. Ale zapominają, że gdy
wydają wyrok inny niż w podobnych sprawach, powinni wyjaśnić dlaczego.
Nie robiąc tego, podważają zaufanie do sądów i utwierdzają obywateli w
przekonaniu, że nie liczy się rozsądne rozwiązanie, lecz widzimisię
sędziego. Widzimisię obwarowane żelaznymi zapisami o niezawisłości
sędziowskiej. Rozstrzał orzecznictwa najlepiej znają ci, którzy musieli
się sądzić z fiskusem. W każdym sądzie obowiązuje inna interpretacja
tego samego prawa podatkowego. Duże kancelarie podatkowe stworzyły nawet
bazy danych orzecznictwa poszczególnych sądów administracyjnych, by
skuteczniej dbać o interesy swoich klientów. Bo sąd w orzeczeniu potrafi
wręcz napisać, że znane mu są inne orzeczenia WSA, ale on decyduje
inaczej – bez słowa uzasadnienia. Co to ma wspólnego ze
sprawiedliwością?
Wszystko to nie jest winą poszczególnych sędziów.
Nie można wymagać od
ludzi heroizmu i winić ich za instynktowną ciągotę ku nikczemności.
Problemem są przepisy. Takie, które dają im poczucie bezkarności i
wyjątkowo sprzyjają korupcji. Ponad
miarę rozbudowany immunitet chroni sędziów przed karą za nierzetelną
pracę i zwykłe naruszenia prawa, chociażby za przekraczanie dozwolonej
prędkości. Sędzia może być usunięty z urzędu dopiero wtedy, gdy zostanie
przyłapany na grubym przestępstwie. Za wykroczenia odpowiada je- dynie
dyscyplinarnie przed swoimi kolegami. Niestety, postępowania
dyscyplinarne toczą się za zamkniętymi drzwiami, więc obywatele nie mają
pojęcia, jak bardzo ulgowo sędziowie traktują swoich kolegów po fachu.
Słynna była sprawa sędziego Grzegorza W. z Bielska-Białej. Immunitet
stracił, ale nie z powodu największego jego przewinienia, czyli brania
łapówek. Odebrano mu go dopiero po dwóch latach, gdy wyszło na jaw, że
utrzymywał kontakty seksualne z oskarżoną, którą sądził. Nie wyłączył
się z tej sprawy, a za kilkadziesiąt oszustw, jakich dokonała, wymierzył
jej karę w zawieszeniu. W bydgoskim sądzie rejonowym przez
wiele lat pracował z kolei sędzia Waldemar Z., który zasłynął pozwaniem
rodziny człowieka, który zginął pod kołami jego volkswagena, o
odszkodowanie za potłuczone auto. Kilka lat później Z. stracił immunitet
za fałszowanie podpisów na fakturach firmy, w której nielegalnie jako
sędzia dorabiał przez ponad 10 lat.
Do dziś nie są upubliczniane
oświadczenia majątkowe sędziów. Skoro
przedstawiciele władzy ustawodawczej oraz wykonawczej mają taki
obowiązek, dlaczego ci, którzy reprezentują wymiar sprawiedliwości, są z
niego zwolnieni?
Można wręcz twierdzić, że oni powinni robić to w pierwszej kolejności.
Sędziowie muszą być poza wszelkim podejrzeniem, a nie są. Czy to się
zmieni? Nieprędko. Minister sprawiedliwości Andrzej Czuma uważa, że tak
jak jest, jest dobrze: – Wątpię, żeby publikując oświadczenie, można
było powstrzymać ludzi z premedytacją nieuczciwych, którzy potrafią za
podstawionymi osobami lub firmami ukrywać na przykład łapówki – mówi
Andrzej Czuma. Nic też nie zmieni się w kwestii rodzinnych powiązań
sędziów z prokuratorami czy radcami prawnymi. W latach 90. zlikwidowano
przepis zabraniający pracy w jednym okręgu takim prawniczym małżeństwom.
Formalnie więc nie ma nic zdrożnego w sytuacji znanej z Wrocławia: ona
jest sędzią w Wydziale Gospodarczym Sądu Okręgowego, on zaś jest
adwokatem i ma kancelarię. W sali sądowej co prawda się nie spotykają,
ale w światku prawniczym wiadomo, że to, na co inni czekają długo, on
może w sądzie załatwić szybciej. Dziekan Okręgowej Rady Adwokackiej
mecenas Andrzej Malicki jest zdania, że nowelizacja pozwalająca, by w
jednym okręgu mogły pracować takie małżeństwa, była błędem. – Kiedy
trwała dyskusja na ten temat, rada adwokacka była zmianie absolutnie
przeciwna. Silną presję wywierały natomiast środowiska sędziów i radców
prawnych, które uważały, że jest to naruszenie praw człowieka i
ograniczenie wolności wykonywania zawodu – wspomina Malicki. –
Docierają
do mnie sygnały o budzących wątpliwości związkach towarzyskich, a czasem
i rodzinnych pomiędzy przedstawicielami wymiaru sprawiedliwości a
pełnomocnikami procesowymi – przyznaje minister Czuma. – Ale nie
wyobrażam sobie, żeby władze publiczne decydowały, z kim sędzia może
zawrzeć związek małżeński. Jeśli tego rodzaju wątpliwość pojawia się w
sali sądowej, zainteresowana strona może wnosić o wyłączenie sędziego. W
ferworze nawoływań do otwarcia adwokatury nie mówi się nic o otwarciu
zawodów sędziego czy prokuratora. W małych polskich miejscowościach
praktyką jest, że do zawodu wchodzą dzieci czy krewni sędziów. I później
bywa tak jak w Słupsku, gdzie prezes Sądu
Okręgowego Wiesław Mikliński został przełożonym własnego syna i dwóch
synowych. Syn pracował w Sądzie Rejonowym w Słupsku na stanowisku
kuratora. Jedna synowa kierowała oddziałem administracyjnym Sądu
Okręgowego, a druga była kuratorem w Sądzie Rejonowym w Lęborku. Sprawą
zainteresowało się Ministerstwo Sprawiedliwości, ale sędzia Mikliński
odszedł ze stanowiska dopiero w 2008 r., kiedy upłynęła jego
sześcioletnia kadencja.
Większość sędziów starających się pracować w miarę sprawnie odbiera
piętnowanie nieprawidłowości jako atak albo pogoń za sensacją.
Zapominają, że w normalnym świecie każdą pracę ktoś kontroluje i
rozlicza. Pierwsza władza rozlicza drugą, trzecia – pierwszą, tylko tej
trzeciej formalnie nie ma kto patrzeć na ręce. I są na to ustawowe
gwarancje – immunitet, gwarancja zatrudnienia itp. Nawet jeśli w
ostatnich latach pod naporem krytyki mediów i polityków sędziowie stali
się mniej pobłażliwi dla najbardziej skrajnych wypadków łamania prawa w
sądach, to stali się bardziej roszczeniowi i coraz nachalniej domagają
się zwiększenia uposażeń. Ale porównajmy naszych sędziów z innymi.
Polski sędzia, zaczynając karierę, zarabia (w stosunku do średniej
krajowej) więcej niż większość jego zachodnioeuropejskich kolegów. Od
razu wskakuje bowiem na pułap 1,9 średniej krajowej. Jego kolega w
Niemczech na początku kariery dostanie 0,9 średniej krajowej, w Austrii
1,1, we Francji 1,2, a w Belgii 1,5. Jedynie w takich krajach jak Wielka
Brytania czy Irlandia początkujący sędziowie zarabiają znacznie więcej
niż w Polsce. Tyle że tam, by zostać sędzią, nie wystarczają dyplom
magistra i dobre chęci. Tam pozycja sędziego jest ukoronowaniem kariery
i zwieńczeniem kilkudziesięciu lat przepracowanych w innych zawodach
prawniczych. Dzięki temu może nastąpić sprzężenie zwrotne: szanujemy
sędziów, bo mają doświadczenie i sądzą sprawiedliwie, więc dajemy im
większe pensje, które z kolei zobowiązują, by starać się wypracować
sobie autorytet.
Receptą na bolączki polskiego sądownictwa
powinno być więcej jawności,
mniej immunitetu, jasne zasady awansu zawodowego i więcej publicznej
krytyki sądów. W demokracji odpowiedzialność sędziów domaga się bowiem
przejrzystości ich działań wobec społeczeństwa. Dlatego
należałoby zacząć od obowiązkowej publikacji w Internecie pełnej treści
wszystkich jawnych wyroków sądów, tak jak to się dzieje w USA. Dziś
jakość orzeczeń wydawanych zwłaszcza przez niższe instancje woła często
o pomstę do nieba. Sędziowie mogą jednak pisać, co chcą, bo większość
orzeczeń i tak znika w czeluściach archiwów. Jawne i publicznie dostępne
powinny też być wyniki kontroli sądów przez sądy wyższej instancji oraz
Ministerstwo Sprawiedliwości. Oceny jakości pracy sądów i sędziów
prowadzone przez władze publiczne są w końcu własnością obywateli, a nie
tajemnicą państwa lub korporacji. Skoro dajemy sędziom prawo do sądzenia
nas, to powinniśmy też wiedzieć o sprawach sądowych i postępowaniach
podatkowych toczonych wobec nich.
Sędziów chroni bardzo szeroki immunitet, przyznany m.in. dlatego że
oczekujemy, iż będą oni lepszymi ludźmi niż przeciętny obywatel i
zasługują na podwyższone zaufanie. Jednakże ochrona przed światem
zewnętrznym musi jednocześnie dopuszczać swobodną krytykę tych, którzy
zaufanie zawiodą. Prezydent, premier i posłowie przyzwyczaili się do
tego, że w demokracji podlegają krytyce. Sędziowie mają to odkrycie
jeszcze przed sobą. Ciągle upierają się więc, że „nie komentuje się
wyroków niezawisłego sądu". Tymczasem w demokracji wyroki niezawisłego
sądu nie tylko wolno, ale nawet trzeba krytykować, gdy istnieją ku temu
powody.
Warto pamiętać, że wyroki wydają konkretni sędziowie, mamy zatem prawo
znać ich nazwiska. Chociażby po to, by autorytet sędziów sprawiedliwych
rósł, a sędziów niesprawiedliwych malał. Dziennikarze czytający ten
tekst powinni, pisząc o kuriozalnych wyrokach i niemożliwie odwlekanych
sprawach, podawać nazwiska sędziów, którzy za to odpowiadają. Nie ma
sensu chować ich za formułką „sąd orzekł".
Sędzia schowany za immunitetem
Ponad 12 lat ciągnęła się sprawa wypadku samochodowego spowodowanego
przez byłego ministra sprawiedliwości Marka Sadowskiego. 6 sierpnia 1995
r. Sadowski, wówczas sędzia, jadąc peugeotem, uderzył w inny samochód.
Kierująca nim kobieta została kaleką. Proces nie mógł ruszyć przez
dziesięć lat, bo Sadowski krył się za immunitetem (na jego odebranie nie
zgodził się sędziowski sąd dyscyplinarny). Kiedy w 2004 r. Sadowski
został ministrem sprawiedliwości w rządzie Marka Belki, jego problemy z
wymiarem sprawiedliwości przypomniały media. Podał się wtedy do dymisji,
ale tydzień później został prokuratorem Prokuratury Krajowej i znów
zaczął go chronić immunitet. Tym razem uchylił go jednak prokuratorski
sąd dyscyplinarny. Sprawa ostatecznie zakończyła się w styczniu 2008 r.
Sadowski został skazany na karę półtora roku więzienia z zawieszeniem na
dwa lata.

