System pracy rządu częściowo wynika z rygoru narzuconego przez kapitana
statku, a częściowo z nieróbstwa samych palaczy. W każdym razie efekt
jest taki, że rząd Donalda Tuska kształtem przypomina wertykalną
strukturę, w której wszystkie ważne
decyzje zapadają w gronie kilku osób, a ministrowie to wyłącznie
statyści administratorzy bez własnych pomysłów. Tę polityczną impotencję
ministrów najdobitniej pokazuje niedawny sondaż „Wprost", według którego
tylko połowa badanych wie, że Waldemar Pawlak zajmuje się w rządzie
gospodarką. Reszta albo nie ma zielonego pojęcia, co robi szef PSL, albo
kojarzy go z rolnictwem. A przecież Pawlak w porównaniu
z innymi ministrami to ewenement: dwa razy był premierem, a w polityce
jest od początku lat 90. Ile osób wiedziałoby, co w rządzie robi Maciej
Nowicki czy Aleksander Grad? Pewnie kilka procent. Bo dla Polaków rząd
zaczyna się na premierze i na nim się kończy. Czy w takim razie
ministrowie są w ogóle potrzebni? Jeśli ich rola sprowadza się do
wypełniania instrukcji płynących z kancelarii premiera i odbębniania
biurokratycznej roboty, to odpowiedź brzmi: „nie”. Do mechanicznego
stemplowania i podpisywania papierów wystarczyliby zwykli urzędnicy.
REKLAMA
By się przekonać, ile w gabinecie Donalda Tuska może minister, wystarczy
przeanalizować decyzję o wysłaniu specjalnej kontroli na Uniwersytet
Jagielloński. Teoretycznie podjęła ją minister nauki Barbara Kudrycka. –
Zrobiła to na sugestię kancelarii premiera. Tusk wiedział o wszystkim –
mówi „Wprost" jeden z polityków PO. Potwierdza to fakt, że szef rządu
początkowo nie odcinał się od tej decyzji. Ostatecznie jednak zmienił
zdanie i kazał Kudryckiej wycofać kontrolę. Zrobił to jednak dopiero po
kilku dniach, gdy raban podnieśli politycy opozycji i dziennikarze.
Gdyby trzymać się porównania Kisielewskiego, można by powiedzieć, że
Tusk najpierw kazał Kudryckiej dosypać węgla, a gdy zobaczył, że statek
zostawia za dużo dymu, przeraził się i poprosił o zalanie pieca wodą.
Podobna sytuacja zdarzyła się w październiku 2008 r., kiedy minister
sportu Mirosław Drzewiecki wypowiedział wojnę PZPN. Jego działania
doprowadziły do zawieszenia zarządu futbolowej centrali i pojawienia się
w budynku na Miodowej kuratora. W przeciwieństwie do Kudryckiej
Drzewiecki działał w tej sprawie bez plenipotencji premiera, ale
skończył tak samo jak ona. Tusk kazał mu się wycofać. Minister nie miał
wyjścia i podkulił ogon, a wprowadzony przez niego kurator po kilku
dniach popijał pojednawczą kawkę ze związkowymi działaczami. W obu
wypadkach Tusk podejmował decyzje po konsultacjach z Igorem
Ostachowiczem i Sławomirem Nowakiem, najbliższymi współpracownikami ze
swojej kancelarii. Chociaż pierwszy jest tylko podsekretarzem stanu, a
drugi – sekretarzem – to konstytucyjni ministrowie karnie wykonują ich
polecenia. Nawet tak dumni jak szef MSZ Radosław Sikorski, który
zamierzał wygłosić mowę na pogrzebie Bronisława Geremka. Według
„Dziennika", zrezygnował z tego po lakonicznym SMS-ie od Nowaka:
„Nigdzie nie występujesz”.
Rząd w marynacie
System pracy rządu częściowo wynika z rygoru
narzuconego przez kapitana
statku, a częściowo z nieróbstwa samych palaczy. W każdym razie efekt
jest taki, że rząd Donalda Tuska kształtem przypomina wertykalną
strukturę, w której wszystkie ważne
decyzje zapadają w gronie kilku osób, a ministrowie to wyłącznie
statyści administratorzy bez własnych pomysłów. Tę polityczną impotencję
ministrów najdobitniej pokazuje niedawny sondaż „Wprost", według
którego
tylko połowa badanych wie, że Waldemar Pawlak zajmuje się w rządzie
gospodarką. Reszta albo nie ma zielonego pojęcia, co robi szef PSL, albo
kojarzy go z rolnictwem. A przecież Pawlak w porównaniu
z innymi ministrami to ewenement: dwa razy był premierem, a w polityce
jest od początku lat 90. Ile osób wiedziałoby, co w rządzie robi Maciej
Nowicki czy Aleksander Grad? Pewnie kilka procent. Bo dla Polaków rząd
zaczyna się na premierze i na nim się kończy. Czy w takim razie
ministrowie są w ogóle potrzebni? Jeśli ich rola sprowadza się do
wypełniania instrukcji płynących z kancelarii premiera i odbębniania
biurokratycznej roboty, to odpowiedź brzmi: „nie”. Do
mechanicznego
stemplowania i podpisywania papierów wystarczyliby zwykli urzędnicy.
By się przekonać, ile w gabinecie Donalda Tuska może
minister, wystarczy
przeanalizować decyzję o wysłaniu specjalnej kontroli na Uniwersytet
Jagielloński. Teoretycznie podjęła ją minister nauki Barbara Kudrycka. –
Zrobiła to na sugestię kancelarii premiera. Tusk wiedział o wszystkim –
mówi „Wprost" jeden z polityków PO. Potwierdza to fakt, że szef
rządu
początkowo nie odcinał się od tej decyzji. Ostatecznie jednak zmienił
zdanie i kazał Kudryckiej wycofać kontrolę. Zrobił to jednak dopiero po
kilku dniach, gdy raban podnieśli politycy opozycji i dziennikarze.
Gdyby trzymać się porównania Kisielewskiego, można by powiedzieć, że
Tusk najpierw kazał Kudryckiej dosypać węgla, a gdy zobaczył, że statek
zostawia za dużo dymu, przeraził się i poprosił o zalanie pieca wodą.
Podobna sytuacja zdarzyła się w październiku 2008 r., kiedy minister
sportu Mirosław Drzewiecki wypowiedział wojnę PZPN. Jego działania
doprowadziły do zawieszenia zarządu futbolowej centrali i pojawienia się
w budynku na Miodowej kuratora. W przeciwieństwie do Kudryckiej
Drzewiecki działał w tej sprawie bez plenipotencji premiera, ale
skończył tak samo jak ona. Tusk kazał mu się wycofać. Minister nie miał
wyjścia i podkulił ogon, a wprowadzony przez niego kurator po kilku
dniach popijał pojednawczą kawkę ze związkowymi działaczami. W obu
wypadkach Tusk podejmował decyzje po konsultacjach z Igorem
Ostachowiczem i Sławomirem Nowakiem, najbliższymi współpracownikami ze
swojej kancelarii. Chociaż pierwszy jest tylko podsekretarzem stanu, a
drugi – sekretarzem – to konstytucyjni ministrowie karnie wykonują
ich
polecenia. Nawet tak dumni jak szef MSZ Radosław Sikorski, który
zamierzał wygłosić mowę na pogrzebie Bronisława Geremka. Według
„Dziennika", zrezygnował z tego po lakonicznym SMS-ie od Nowaka:
„Nigdzie nie występujesz”. O ile Nowak i Ostachowicz to
ludzie do zadań
specjalnych, gaszenia pożarów i doraźnych decyzji, o tyle prawdziwym
superministrem jest Michał Boni. Mimo że do kancelarii premiera
przyszedł w worze pokutnym po tym, jak przyznał się do współpracy z SB,
dziś jego pstryknięcie palców znaczy więcej niż decyzje większości
ministrów. Bez przesady można powiedzieć, że Boni jest architektem
wszystkich najważniejszych pomysłów rządu. Kiedy się okazało, że system
dożywiania dzieci szwankuje, Tusk wyznaczył do jego naprawy Boniego. Gdy
pojawił się pomysł aktywizacji zawodowej osób po pięćdziesiątce, do jego
realizacji wziął się Boni. Gdy trzeba było rozmawiać ze stoczniowcami,
jechał Boni. Emerytury pomostowe? Ustawy zdrowotne? Plan B w sprawie
szpitali? Kompromis w sprawie wysyłania sześciolatków do szkół? Pomoc
bezrobotnym w spłacie kredytów? Wszystko to załatwiał Boni. Aktywność
Boniego docenił premier Tusk i awansował go na szefa „małego
rządu",
czyli Komitetu Stałego Rady Ministrów. Po tej nominacji Boni na
dobre rozstał się z worem pokutnym i stał się jedną z trzech
najważniejszych osób w rządzie (po Tusku i wicepremierze Schetynie). –
Gdyby nie współpraca z SB, sam byłby już wicepremierem – mówi
„Wprost”
jeden z członków zarządu PO. „Mały premier” i bez tego czuje się
pewnie.
Czasem ociera się przy tym o arogancję. Kilka tygodni temu w mediach
pojawiła się informacja, że resort gospodarki pracuje nad przepisami
wprowadzającymi dopłaty do nowych aut. Dopłaty te miałyby mieć formę
zwrotu podatku VAT lub bonifikaty w wysokości 5 tys. zł.
O projekcie bąknął też coś Waldemar Pawlak. Boni dowiedział się o tym
pomyśle z mediów. Kilka dni później prowadził obrady komitetu stałego,
na których resort gospodarki reprezentował wiceminister Adam Szejnfeld.
W środku posiedzenia Boni nagle odwrócił się w jego stronę i wypalił:
„No i co, ministrze Szejnfeld? Jak tam projekt Ministerstwa Gospodarki,
który omówiono już w głównym wydaniu ?Wiadomości?, a o którym nie
słyszał jeszcze nikt z rządu? Ma pan coś do powiedzenia?”. Szejnfeld
zrobił się czerwony jak burak. Gdyby projekt jego resortu miał być
traktowany na poważnie, to musiałby mieć akceptację Rządowego Centrum
Legislacji, za pomocą którego Tusk doszczętnie ubezwłasnowolnił swoich
ministrów. Zarządził bowiem, że wszystkie projekty ustaw mają powstawać
w RCL. De facto oznacza to, że resortom pozostało wyłącznie
statystowanie przy procesie legislacyjnym, który zachodzi w kancelarii
premiera.
Jedynym ministrem, który prowadzi z Tuskiem partnerski dialog, jest szef
MSWiA Grzegorz Schetyna. Jego sytuacja jest jednak inna – przyjaźni się
z premierem od lat, a w rządzie jest jego zastępcą. Reszta wychodzi z
założenia, że premierowi się nie odmawia, a z jego decyzjami się nie
dyskutuje. Niektórym taki układ nawet
odpowiada, bo ci, którzy najrzadziej wyściubiają nos z kotłowni,
obrywają najmniej. Najbezpieczniej jest przecież zamarynować się w
ministerstwie i zakopać w papierach. A dokumentów czekających na podpis
zawsze jest tyle, że nikt się nie obija.
W taki sposób postępuje minister środowiska Maciej Nowicki, którego nie
kojarzą nawet politycy PO. Zważywszy, że Tusk jak ognia unika sytuacji,
w których opozycja mogłaby wytykać słabości rządu, Nowicki może dotrwać
do końca kadencji. W razie rekonstrukcji przecież zawsze znajdą się
ministrowie z większą liczbą wpadek niż on. Minister środowiska nawet
podczas negocjacji w sprawie pakietu klimatycznego – kiedy mógł
zabłysnąć – wolał pozostać w cieniu.
To jednak nie Nowicki, lecz szef MON Bogdan Klich ma najsłabszą pozycję
w gabinecie. Nasi rozmówcy twierdzą, że Tusk i Schetyna traktują go jak
powietrze.
– Żartują z niego nawet w obecności innych ministrów. Czasami aż żal na
to patrzeć, ale Bogdan po prostu jest za miękki – mówi jeden z
ministrów. Politycy platformy śmieją się wręcz, że przypadek Klicha
nadaje się na studium ofiary dla wiktymologów. – Gdyby jakiś pijak
chciał zaczepić grupę ludzi, wśród których byłby Bogdan, to jestem
pewien, że zaczepiłby właśnie jego. On przyciąga takie rzeczy – mówi
jeden z posłów platformy. W rządzie przekłada się to na całkowitą
atrofię koncepcyjności i bezwolne realizowanie pomysłów narzucanych
szefowi MON przez Tuska i Schetynę. Tak dzieje się na przykład z reformą
emerytalną w armii. Z jednej strony Klich nie miał odwagi samemu
poruszyć tego drażliwego tematu, a z drugiej był na tyle uległy, że dał
go sobie narzucić. Powstaje więc pytanie, czy rządowi w ogóle potrzebni
są ministrowie, którzy nic do tego rządu nie wnoszą. Gdyby trzymać się
analogii Kisielewskiego i zapytać, czy na statku warto trzymać palaczy,
którzy zamiast dorzucać węgiel, tylko mieszają go pogrzebaczem,
odpowiedź byłaby oczywista.
|
 |
|
|
Bogusław Mazur |
 |
|
|
Stanisław Kania |
 |
|
|
Ezekiel |
|