Ten fakt w żaden sposób nie przeszkadza nam jednak w
zamiłowaniu do
samochodów luksusowych. Tempem wzrostu liczby nowych mercedesów, audi,
bmw czy volvo możemy zawstydzić nawet Niemców. Kochamy
przy tym samochody nie mniej niż Włosi, oszczędzamy, jeżdżąc na gazie, a
pod względem liczby aut na tysiąc mieszkańców doganiamy już Wielką
Brytanię.
Jesteśmy trudnym do wyjaśnienia fenomenem na skalę europejską – twierdzą
europejscy analitycy z branży motoryzacyjnej.
Z jednej
strony,
oczyszczamy szroty i złomowiska za Odrą z samochodów, którymi przeciętny
Niemiec wstydzi się i boi jeździć, a z drugiej, kupujemy coraz więcej
nowych aut z segmentu premium. Wybierając nowy samochód, celujemy jednak
głównie w dolną półkę i wyjeżdżamy z salonu škodą, fiatem albo oplem czy
toyotą. Gdy przyjdzie nam kupić auto używane, przeskakujemy jednak kilka
oczek w górę – do bmw, audi albo mercedesa. Od początku 2004 r.
sprowadziliśmy do Polski prawie 4,8 mln samochodów używanych ( jedna
trzecia całego obecnego parku samochodowego), podczas gdy w rodzimych
salonach sprzedano w tym czasie 1,5 mln nowych aut. Nawet wyraźnie
biedniejsi od nas Rumuni, Bułgarzy i Ukraińcy nie lubują się tak bardzo
w samochodach z drugiej ręki. Ale u nich ogromną popularnością cieszą
się nowe auta marek budżetowych, jak dacia logan czy FSO lanos, podczas
gdy u nas na takie auta mało kto chce patrzeć.
Kiedy Polska wstąpiła w 2004 r. do Unii Europejskiej, na naszym rynku
motoryzacyjnym zaczęła panować różnorodność. Przed kierowcami znad Wisły
otworzyły się wówczas granice, pękły bariery celno-prawne i mogliśmy
zacząć sprowadzać z Zachodu wszystko, co nam się tylko podobało. A
podobały się głównie auta stare i tanie, kosztujące nie więcej niż
tysiąc euro, mocno wyeksploatowane przez poprzednich właścicieli, z
wątpliwą przeszłością i ogromnym przebiegiem. Miały jednak wielką zaletę
– markę. – Nawet bardzo stare samochody zachodnie wydawały się nam
o
wiele lepsze od młodszych krajowych odpowiedników – mówi Eliza Kamińska
z firmy EurotaxGlass’s monitorującej rynek samochodów używanych.
Dla milionów Polaków było jasne, co kupić, mając do wyboru 25-letniego
mercedesa i pięcioletniego poloneza. Samochodów kojarzących się
niezmiennie z PRL mieli po prostu po dziurki w nosie. – Nie wiem, co
mnie podkusiło, by pod koniec lat 90. kupić sobie nowego poloneza caro.
Męczyłem się z nim półtora roku. W ciągu 12 miesięcy miał 25 napraw
gwarancyjnych – wspomina Ryszard Kubiak, właściciel firmy ochroniarskiej
z Łodzi. To była jego pierwsza i jednocześnie ostatnia przygoda z autem
made in Poland. Od tamtej pory jeździ wyłącznie samochodami zachodnimi.
Dzięki takim kierowcom jak Kubiak z polskich ulic niemal całkowicie
zniknęły fiaty 126p, a w ich miejsce pojawiły się niemieckie ikony
motoryzacji z początków rządów Helmuta Kohla. Ze statystyk jasno wynika,
że dopiero od 2004 r. spełniamy swoje marzenia o zagranicznych
samochodach, najczęściej tych, które spędzały nam sen z powiek jeszcze w
latach 80. Ponad 20 proc. całego importu stanowią volkswageny, a audi,
bmw i mercedesy podzieliły między siebie kolejne 20 proc. rynku.
Importerzy nowych aut skarżą się, że zalewająca Polskę gigantyczna
fala
używanych samochodów od pięciu lat znacznie pogorszyła ich sytuację.
Sprzedaż nowych aut się załamała – w 2008 r. kupiono w Polsce 320 tys.
fabrycznie nowych samochodów, podczas gdy pod koniec lat 90. kupowano aż
500- -600 tys. rocznie. Dilerzy zapominają
jednak, że w tym czasie znacznie zmieniły się zarówno wymagania, jak i
możliwości finansowe Polaków. W 1998 r. w pierwszej dziesiątce najlepiej
sprzedających się nowych samochodów znalazły się takie „tuzy"
polskiej
motoryzacji, jak fiat 126p, uno, seicento, polonez czy daewoo
tico. Większość modeli z listy „top ten" kosztowała znacznie
poniżej 20
tys. zł. Tymczasem średnia wartość samochodu sprzedanego przez polskich
dilerów w roku 2008 przekroczyła 70 tys. zł. W pierwszej dziesiątce obok
škody znalazły się modele toyoty, opla, renault czy forda.
W tym czasie nasze samochody znacznie też urosły. Dekadę temu prawie
30-procentowy udział w rynku miały auta klasy A, czyli najmniejsze, jak
seicento czy tico, podczas gdy w 2008 r. skurczył się on do 5 proc.
Dzisiaj znacznie chętniej kupujemy auta z segmentu D, czyli porządne
rodzinne limuzyny lub kombi, mające już 15-procen- towy udział w rynku.
– To dowód na to, że samochód nadal jest wskaźnikiem naszego statusu
materialnego, choć mechanizm działania tego zjawiska nieco się zmienił.
Kiedyś wystarczyło po prostu mieć jakieś auto, podczas gdy dziś trzeba
mieć samochód dobrej marki, w miarę nowy i duży – ocenia prof. Janusz
Czapiński, psycholog społeczny. A najlepiej także dobrze wyposażony.
Czasy, gdy kryterium wyboru samochodu była wyłącznie cena, przeszły do
historii. –
Praktycznie nie ma już klientów, którzy wybierają najtańszą wersję auta
z najsłabszym silnikiem i podstawowym wyposażeniem. Znalezienie nabywcy
wersji auta bez klimatyzacji jest trudniejsze niż sprzedanie rolls-
-royce’a – mówi Jarosław Muszyński z salonu Toyoty Carolina Car
Company
w Warszawie. Zdarzają się nawet klienci zamawiający wyposażenie, o
którego działaniu nie mają zielonego pojęcia. – Niektóre osoby pytają
nas o kurtyny boczne i od ich obecności w aucie uzależniają zakup.
Tymczasem z rozmów wynika, że nie do końca orientują się, jak owe
kurtyny działają – przyznaje Marek Zajączkowski, szef salonu Škody
Carsed w Siedlcach na Mazowszu. Przy obecnej podaży aut używanych ich
nabywcy mogą sobie pozwolić na to, by kręcić nosem nie tylko nad
szczegółami wyposażenia czy silnikiem, ale nawet nad kolorem. – Auta
białe i czerwone są praktycznie niesprzedawalne, więc ich właściciele
muszą się liczyć z koniecznością wyraźnego obniżania ceny, jeśli chcą
się ich pozbyć – twierdzi Kamil Puchalski z warszawskiego komisu
Car4You. Jednocześnie zwraca on uwagę na to, że samochodami z drugiej
czy trzeciej ręki jeździmy coraz krócej – zwykle kilkanaście miesięcy, a
rzadko dłużej niż dwa lata. W tym okresie nie tracą one dużo na
wartości, więc za niewielką dopłatą można sobie pozwolić na coś
młodszego, większego czy lepszego. – Mamy stałego klienta, który do
niedawna jeździł samochodami aż do ich śmierci technicznej. Od kilku lat
praktycznie co roku kupuje u nas dwuletnie auto klasy średniej, a stare
zostawia w rozliczeniu – mówi Puchalski.
Zakup samochodu nie jest już – jak to było dawniej – wielkim
wydarzeniem
rodzinno-towarzyskim. Jest czynnością niemal tak naturalną i normalną
jak kupno butów. Wynika to ze zmiany sposobu, w jaki wykorzystujemy
samochody. Dawniej auta służyły uroczystym
rodzinnym wypadom weekendowym, a dziś wożą nas codziennie do pracy i
traktujemy je jak narzędzie. A to wymusza ich częstszą
wymianę. Fabrycznie nowym samochodem jeździmy zwykle nie dłużej niż 4-5
lat, po czym sprzedajemy auto i szukamy nowego lub choć trochę nowszego.
Dla porównania, auto kupione w salonie na początku lat 90. nie zmieniało
właściciela nawet przez dekadę. Na sprzedaż wystawiano je dopiero wtedy,
gdy stopień jego zużycia powodował, że nie można było na nim polegać.
Zużytych samochodów jest w Polsce nadal bardzo dużo. Średnia wieku
wszystkich 14,6 mln aut jeżdżących po polskich drogach przekracza 14
lat, a 70 proc. całego naszego parku samochodowego ma więcej niż 10 lat.
–
Po otwarciu granic nawet 20-letnie modele zagranicznych marek wydawały
nam się atrakcyjne. Na Zachodzie nikt ich nie chciał ze względu na
przepisy podatkowe czy stopień gładkim asfalcie i nigdy nie
oszczędzają na naprawach samochodów – zauważa. To doprowadziło do
gigantycznych nadużyć i przekrętów. Znakiem firmowym polskich handlarzy
autami używanymi stało się cofanie liczników przebiegu oraz naprawianie
samochodów, które ze względu na stopień uszkodzeń po wypadku powinny się
znaleźć na złomowisku. Do legendy przeszły już wypadki, kiedy polskim
fachowcom udało się złożyć jeden cały „bezwypadkowy" samochód z
dwóch
różnych po poważnych kraksach.
Na takich „okazjach"
polscy klienci zdążyli się sparzyć i wyciągnęli z
nich odpowiednie wnioski. Coraz rzadziej dają się nabrać na zapewnienia,
że „kobieta jeździła tym autem tylko raz w tygodniu do kościoła".
–
Z pełną odpowiedzialnością mówię: na rynku nie ma okazji. Jeśli samochód
ma atrakcyjną cenę, to na pewno coś się za tym kryje – przestrzega
Puchalski.
Rośnie także świadomość klientów planujących zakup nowego auta. O ile
kilka lat temu ufali jedynie stereotypom i radom znajomych, o tyle
dzisiaj dokształcają się, porównują oferty i negocjują. – Dekadę temu
pojęcie „jakość toyoty" zastępowało wszelkie negocjacje cenowe.
Dzisiaj
to tylko miłe wspomnienie – mówi Jarosław Muszyński i zwraca uwagę na
to, że obecnie zanim klient zajrzy do salonu, zapoznaje się z ofertą
marki w Internecie i porównuje ją z konkurentami. Dobrze się też
zastanowi przed ostatecznym wyborem wyposażenia czy silnika. W wypadku
tego ostatniego coraz częściej skłaniamy się ku dieslom. Mimo że są
droższe od wersji benzynowych, to wyraźnie mniej spalają, a niższe
wydatki na stacji paliw dają nam większy komfort psychiczny. Efekt –
udział samochodów z silnikami wysokoprężnymi w sprzedaży nowych aut
wzrósł w ciągu ostatnich dziesięciu lat z mniej więcej 1,3 proc. do
ponad 42 proc.
Właściciele aut używanych oszczędzają inaczej – zakładają w
samochodach
instalację LPG.
Jesteśmy pod tym względem światowym ewenementem. Po
naszych drogach jeździ ponad 2 mln samochodów zasilanych gazem. Powody
są oczywiście wyłącznie finansowe – litr LPG jest dzisiaj ponad połowę
tańszy od benzyny, więc inwestycja 1,5-2 tys. zł w specjalną instalację
do auta bardzo szybko się zwraca. Podobną popularnością gaz cieszy się
jedynie w Korei Południowej i we Włoszech.
Polską motoryzację łączy z włoską jeszcze stosunkowo liczna grupa ludzi,
którzy nie traktują samochodów przedmiotowo. Liczba polskich klubów
zrzeszających fanów marek czy modeli jest porównywalna z
tymi z Półwyspu Apenińskiego. W Polsce nie brakuje też osób, które auta
kolekcjonują lub po prostu kupują sercem, a nie głową. – Swoją pierwszą
miłość zobaczyłem w 1982 r. w wieku 22 lat na placu Dzierżyńskiego. Była
to alfa romeo GTV 1750 – wspomina Michał Niedzielski z Wrocławia.
Właścicielowi włoskiej piękności zostawił za wycieraczką karteczkę, że
chętnie ją odkupi. Po kilku dniach, aby uzbierać potrzebne pieniądze,
szybko sprzedawał motor MZ, wieżę, kolumny, adapter i jeszcze zapożyczał
się u ojca. Po alfi
e miał jeszcze 21 aut, dzisiaj jeździ hondą prelude. – Moim zdaniem
samochody nie dzielą się na niemieckie, francuskie czy japońskie, ale na
praktyczne i z duszą. Tymi praktycznymi jeździ się w małżeństwie, po
rozwodzie człowiek przesiada się do uduchowionych – śmieje się
Niedzielski.
– Elegancki jest nie ten, kto chodzi we fraku, lecz ten, kto
ubrany jest
stosownie do okoliczności. Podobnie jest z samochodami – mówi Marcin
Skawiński, biznesmen z ?Warszawy. Dlatego w swoim garażu ma dwa auta –
350-konne rodzinne subaru imprezę STI prodrive na dalekie wypady i
211-konnego mini coopera, którym jeździ głównie po mieście. Skawiński
zawsze lubił samochody nietuzinkowe i z górnej półki. W swoim życiu miał
łącznie około 20 aut.
W Polsce wyrosła stosunkowo liczna i silna
grupa zamożnych kierowców,
którzy gustują wyłącznie w autach luksusowych. Tzw. klasa premium
wykazuje u nas wyższą dynamikę wzrostu niż gdziekolwiek indziej w
Europie. Choć od 1998 r. sprzedaż
samochodów w Polsce spadła z 515 tys. do 320 tys., to w tym samym czasie
segment aut luksusowych zwiększył się z 5,5 tys. do prawie 19 tys.
pojazdów i przy jego rocznym 20-procentowym tempie wzrostu wyprzedzamy
nawet Niemców. Co więcej, obok najnowszych mercedesów, bmw, volvo czy
lexusów w naszych garażach coraz częściej parkują także prawdziwe
„rodzynki". Tylko w 2007 r. nad Wisłą zarejestrowano 11 bentleyów,
cztery ferrari, cztery aston martiny, a nawet jedno bugatti veyron –
najdroższy samochód świata, wart 2 mln euro. Porsche to już codzienność
i choć jeździ nim sporo gwiazd polskiego show-biznesu, to nie wzbudza
już na ulicach takiego podziwu i zainteresowania jak dawniej. No, chyba
że jest to porsche przerobione na zasilanie gazem LPG.
OD WARSZAWY DO
PANDY
Włochy zmotoryzował fiat
500, Niemcy – volkswagen garbus, Wielką
Brytanię – mini morris a Amerykę – ford T. Co
zmotoryzowało Polskę, na dobrą sprawę nie wiadomo. To chlubne
osiągnięcie można zrzucić na karoserię kilku samochodów: warszawy,
syreny, fiata 125p, poloneza czy „malucha". W czasach PRL
wszystkie one były szczytem marzeń większości obywateli i jednocześnie
powodem do dumy dla ówczesnych władz. To, co było dumą w latach 70. i
80., już w połowie lat 90. stało się jednak tematem drażliwym i
wstydliwym. Polska motoryzacja stopniowo rozpadała się w oczach aż do
kwietnia 2002 r., kiedy ostatni „narodowy" samochód osobowy –
polonez –
wyjechał z fabryki. Wcześniej, bo w marcu 2000 r., z taśm fabryki Fiata
zjechał ostatni model 126p, produkowany nieprzerwanie i praktycznie bez
większych zmian przez 30 lat. Upadku polskich marek szkoda, tym bardziej
że dzisiaj z powodzeniem produkują u nas auta duże zachodnie koncerny. Z
fabryki w Gliwicach wyjeżdżają ople astra i zafira i już mówi się o
rozszerzeniu produkcji o kolejny model. W Tychach powstają najlepiej
sprzedające się modele fiata – panda i 500 – oraz najnowszy ford
ka
(ponad 95 proc. całej produkcji kierowane jest na eksport). W Poznaniu
volkswagen montuje auta dostawcze, a na warszawskim Żeraniu amerykańsko-
-koreański chevrolet wytwarza miejski model aveo. Łącznie fabryki nad
Wisłą opuściło w 2008 r. milion samochodów. Szkoda, że żaden z nich nie
był polski.
DIAGNOZA W PIGUŁCE
Średnia wieku 14,6 mln
aut jeżdżących po polskich drogach przekracza 14
lat. 70 proc. z nich ma więcej niż 10
lat.
Od
początku 2004 r. sprowadziliśmy do
Polski prawie 4,8 mln
używanych samochodów.
Kupując auto w salonie,
decydujemy się
na samochody tańsze (škoda, toyota, fiat), podczas gdy
w autach używanych gustujemy w modelach z wyższej półki.
Sprzedaż nowych aut
załamała się – w
2008 r. kupiono ich w Polsce 320 tys.
W Polsce wyrosła stosunkowo liczna i silna grupa
zamożnych kierowców, amatorów
aut luksusowych. Polska tzw. klasa premium wykazuje najwyższą dynamikę
wzrostu w Europie.
W 2008 r. wyprodukowano w Polsce milion
samochodów. Żaden z nich nie był polski.
